Liberalizm przegrywa. Czy to w Polsce, czy na świecie, liberałowie mają się w sondażach kiepsko. We Francji popierany przez obecnego prezydenta Emmanuela Macrona kandydat centroprawicowej partii Horizons, Édouard Philippe, przegrywa w sondażach z kandydatem skrajnie prawicowego Zjednoczenia Narodowego, Jordanem Bardellą o około 20 punktów procentowych. We Włoszech, po wielu latach rządów, narodowo-konserwatywni Fratelli d’Italia nie zwalniają i komfortowo prowadzą w sondażach, wyprzedzając zarówno centrolewicową Partię Demokratyczną, jak i centroprawicową Forza Italia. W Niemczech popularność otwarcie skrajnie prawicowej Alternatywy dla Niemiec tylko wzrosła od czasu wyborów parlamentarnych w 2025 roku kosztem ordoliberałów z CDU. Historyczna ostoja niemieckich liberałów, Wolna Partia Demokratyczna, nie przekracza choćby progu wyborczego. W Wielkiej Brytanii i w Polsce natomiast liberałów prawie już nie ma — zostali wypchnięci ze sceny politycznej przez, z jednej strony, coraz bardziej autorytarną prawicę, a z drugiej – wyczerpaną socjaldemokrację (w Polsce), lub nowopowstały populistyczny socjalizm (w Wielkiej Brytanii).
Daleko nam od nirwany, którą liberałowie cieszyli się na przełomie wieku. Niespełna dwadzieścia lat temu obywatele Wielkiej Brytanii wybierali między centrolewicowym liberalizmem Tony’ego Blaira, a centroprawicowym liberalizmem Davida Camerona, zaś Polacy zagłosowali na Donalda Tuska, który wówczas prowadził konserwatywno-liberalną kampanię pod hasłem budowy „drugiej Irlandii”. Zaledwie sześć lat później — nieprzypadkowo w następstwie globalnego kryzysu finansowego — Tusk dystansował się już od liberalizmu i zaczął przedstawiać siebie jako socjaldemokratę.
Rodzi się pytanie pod adresem liberałów: dlaczego ponieśliśmy porażkę? Dla niektórych, w tym dla Tuska, odpowiedź jest prosta — ponieśliśmy ją, bo liberalizm był błędem. Byłoby to jednak zbyt łatwe wytłumaczenie. Centralna wartość liberalizmu — wolność życia wedle własnej wolnej woli — wydaje się być zbyt wartościowa, by po prostu ją porzucić. W rzeczywistości liberalizm poniósł porażkę, bo zapomniał o swoich korzeniach. Dla centrolewicy zdegenerował się w menedżerski identytaryzm, a dla prawicy: w ideologiczny libertarianizm.
Gdy na horyzoncie liberalizmu zaczęły zbierać się ciemne chmury, w Wielkiej Brytanii założono think tank Bright Blue. Teraz, gdy jesteśmy w samym środku tej burzy, opublikowaliśmy zbiór esejów czołowych brytyjskich polityków i myślicieli, aby wspierać renesans liberalizmu — jego nową-starą wizję, spójną z myślą wielkich liberalnych filozofów XVIII, XIX i XX wieku, ale i zdolną sprostać wyzwaniom XXI wieku; wizję zdolną naprawić liberalne grzechy ostatnich kilku dekad.
Pierworodnym grzechem jest tutaj wstyd przed historią. Być może chcąc odróżnić się od konserwatystów liberałowie tak bardzo zakochali się w nowoczesności, iż zaczęli patrzeć z góry na przeszłość i zapomnieli o własnych korzeniach. Dzisiaj zbyt często kojarzeni są z lewicą gospodarczą, identytarnym kolektywizmem lub bezwzględnym libertarianizmem — ideałami, które byłyby obce ojcom liberalizmu. Liberalizm powinien po pierwsze oznaczać umożliwianie osobistej wolności, a nie wtłaczanie ludzi w bezmyślne kolektywy na podstawie polityki tożsamości — to, co stało się znakiem rozpoznawczym amerykańskich liberałów w ostatnich dekadach. Liberałowie powinni też jednak rozumieć, iż rząd nie jest jedynym źródłem restrykcji, a kaprysy prywatnych interesów mogą być równie autorytarne, jak kaprysy rządu, co John Locke dostrzegał już w XVII wieku, kiedy jako pierwszy naprawdę formułował, co oznacza własność prywatna.
W praktyce ta nowa-stara doktryna jest wciąż zdolna odpowiedzieć na niektóre z największych wyzwań współczesności. Pierwszym z nich są nierówności społeczne. W Wielkiej Brytanii stosunek majątku domowego do przeciętnych rocznych zarobków domowych wzrósł z około 2,5 w latach powojennych do około 6 obecnie. Od lat 90. Polska przeszła podobną transformację: w 1995 roku majątek gospodarstw domowych wynosił zaledwie około 50% rocznego dochodu rozporządzalnego; dziś jest to około 120%. To, iż ludzie są zamożniejsi, jest dobre, ale w miarę jak majątek się kumuluje, a stosunek dochodów do majątku pogarsza, coraz większa część życiowych szans determinowana jest nie przez własne wybory, ale przez okoliczności, w których przyszliśmy na świat.
Rozwiązanie? Były brytyjski naczelny sekretarz skarbu, Liam Byrne, sugeruje w naszym zbiorze esejów nie bezwarunkowy dochód podstawowy, ale bezwarunkowy kapitał podstawowy, gdzie każdy obywatel otrzymuje od państwa wydzielone fundusze do zainwestowania. Singapur już stosuje podobny mechanizm. Kapitalizm nie jest wtedy zarezerwowany wyłącznie dla tych, którym poszczęściło się odziedziczyć kapitał, ale dostępny dla dobra wszystkich.
Liberalizm oferuje też odpowiedź na kryzys demograficzny. Na Zachodzie kobiety mają z reguły znacznie mniej dzieci, niż same chciałyby mieć — w prawie każdym zachodnim kraju kobiety relacjonują, iż chcą mieć średnio pomiędzy dwojgiem a trojgiem dzieci. Najlepszą odpowiedzią na słabą dzietność jest więc umożliwienie kobietom posiadania tylu dzieci, ile chcą. Kobiety powinny mieć swobodę łączenia obowiązków związanych z opieką nad dziećmi z pracą zawodową, bez konieczności dokonywania wyboru między jednym a drugim, jak postulują w swoim eseju ekonomiści Paul Gregg i Gavin Kelly. Pracodawcy nie powinni wymagać od kobiet, aby rezygnowały z zostania mamą, często na rzecz niejasnych korzyści wynikających z nieelastycznych godzin wyłącznie stacjonarnej pracy. Przeciętny pracownik jest nie tylko bardziej zadowolony i produktywny, kiedy możwe pracować zdalnie wtedy, kiedy jest to odpowiednie, ale i pary, w których oboje rodziców spędza przynajmniej jeden dzień w tygodniu pracując zdalnie, mają średnio o 0,32 dzieci więcej niż podobne pary, w których rodzice muszą pracować stacjonarnie.
Nasz zbiór oferuje też odpowiedź na problem wysokich kosztów mieszkań dla dużych rodzin. Można je obniżyć jedynie poprzez wzrost podaży owych mieszkań, więc liberałowie powinni aktywnie promować liberalne podejście do prawa budowlanego. Dowodów na skuteczność takiego podejścia jest wiele. Dobrym przykładem jest prawo wprowadzone w 2016 w Auckland w Nowej Zelandii, które dało domyślne pozwolenie na budowę wyższych kamienic blisko stacji kolejowych. Spowodowało ono 15-procentowy spadek we współczynniku stawek do cen mieszkań, podczas gdy ten sam współczynnik wzrósł o 8 proc. w reszcie kraju.
Liberałowie także jako jedyni oferują wizję rozwiązania problemu uzależnień. Zamiast minimalizowania prewalencji substancji uzależniających, poinniśmy skupić się na minimalizowaniu szkód z nimi związanych. Karanie ludzi za używanie substancji, takich jak alkohol czy narkotyki, może działać prewencyjnie, zanim ktoś wpadnie w nałóg, ale zupełnie zawodzi w przypadku tych, którzy już są uzależnieni. Jak pisze dla naszego zbioru neuropsychofarmakolog David Nutt, od 2001 roku, kiedy Portugalia zdekryminalizowała używanie narkotyków, liczba związanych z nimi zgonów spadła o 70 proc. Dla porównania: w Wielkiej Brytanii, która prowadziła w tym okresie coraz bardziej restrykcyjną politykę narkotykową, liczba takich zgonów podwoiła się między 2012 a 2024 rokiem. Liberalne podejście polegałoby nie na delegalizacji używania narkotyków, ale doprowadzeniu do warunków, w których ich użytek jest stosunkowo bezpieczny. Ta sama logika powinna dotyczyć tytoniu, otyłości i alkoholu — ten ostatni jest już główną przyczyną śmierci osób poniżej 50. roku życia — poprzez ułatwienie dostępu do mniej szkodliwych alternatyw, zamiast karania tych, którzy tkwią w złych nawykach.
Ważna jest też kwestia kontroli politycznej. Zaufanie polityczne osiąga na całym świecie najniższe wartości w historii. Andy Street, były Mayor hrabstwa West Midlands, tłumaczy w swoim eseju, jak populiści wykorzystują poczucie bycia kontrolowanym przez odległe elity, by mobilizować wyborców przeciwko liberałom, którzy to rzekomo owe elity reprezentują. By temu zaradzić, liberałowie powinni oddać lokalnym społecznościom większą kontrolę nad tym, co dzieje się w ich własnym mieście czy dzielnicy: czy to poprzez „street votes” — referenda dla mieszkańców danej ulicy lub sąsiedztwa, pozwalające im automatycznie na dany rodzaj zabudowy, aukcje gruntów państwowych na rzecz spółdzielni mieszkaniowych, czy choćby dewolucję fiskalną, która umożliwiłaby większą lokalną kontrolę nad państwowymi inwestycjami oraz opodatkowaniem. Warto przypomnieć, iż za poprzedniej kadencji rządu PiS jednym ze sposobów kontrolowania samorządów było ograniczenie ich funduszy i zmuszanie lokalnych polityków do ubiegania się o doraźne środki z Warszawy w zamian za polityczne przysługi.
Nasza książka zawiera też wiele innych pomysłów, ale najważniejsza jest zmiana w samej filozofii liberalizmu. Przez ostatnie kilka dekad liberałowie bronili przegranego konsensusu. Protekcjonalne wielkomiejskie elity pouczały zwykłych ludzi, próbując przekonać ich, iż lepiej wiedzą, jakie są ich rzeczywiste problemy. Ta wersja liberalizmu jest martwa — zarówno w Polsce, jak i za granicą — odrzucona przez wyborców i niezdolna do realizacji własnych obietnic. Była jednak antytezą tego, czym liberalizm powinien być w rzeczywistości — wiarą, iż ludzie powinni mieć swobodę życia zgodnie z własnym przekonaniem o tym, co jest dla nich dobre.
Wyborcy nie chcą autorytaryzmu. Widzimy tego przebłyski — czy to na Węgrzech, gdzie Viktora Orbána pokonał bardziej umiarkowany i instytucjonalistyczny Péter Magyar, czy w USA, gdzie popularność Donalda Trumpa spada z każdym kolejnym tygodniem. Zamiast bronić skompromitowanego status quo z przełomu wieków, liberałowie muszą znowu przejść do ofensywy, oferując konstruktywną wizję nowego-starego liberalizmu; wizję, w której każdy człowiek może być panem samego siebie.
red. Katarzyna Bieńkiewicz

21 godzin temu







