Nowogrodzka jak koszary. Kaczyński wzywa, PiS się sypie

1 dzień temu
Zdjęcie: Kaczyński


Jeśli ktoś chciałby dziś zobaczyć partię w kryzysie, nie musi sięgać po politologiczne podręczniki. Wystarczy spojrzeć na to, co dzieje się przy ulicy Nowogrodzkiej. Prawo i Sprawiedliwość znów zbiera się na obowiązkowej naradzie, zwołanej przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Obowiązkowej – to słowo klucz. Bo w PiS, jak w dawnych koszarach, rozkaz wciąż zastępuje rozmowę, a dyscyplina ma przykrywać chaos.

O spotkaniu informuje TVN24. Godzina 14.00, pełna mobilizacja, brak usprawiedliwień. A wieczorem – wyjazdowe posiedzenie klubu. Plan dnia godny sztabu kryzysowego. Tyle iż kryzys nie przyszedł z zewnątrz. To kryzys wewnętrzny, wyhodowany przez lata autorytarnego zarządzania i polityki opartej na lojalności wobec prezesa, a nie wobec idei czy wyborców.

Oficjalnie chodzi o „zawieszenie broni” w wojnie frakcji. Nieoficjalnie – o ratowanie resztek autorytetu Kaczyńskiego, który coraz wyraźniej traci kontrolę nad własnym obozem. Konflikt między ludźmi Mateusz Morawiecki a grupą skupioną wokół Tobiasza Bocheńskiego, Przemysława Czarnka, Jacka Sasina i Patryka Jakiego przestał być zakulisowym sporem. Stał się publicznym widowiskiem, w którym każdy gra na siebie.

– „Jeśli chodzi o PiS, są w bardzo trudnym momencie. Jarosław Kaczyński wraca po przerwie świątecznej i wzywa na dywanik bardzo konkretne grupy” – mówiła na antenie TVN24 Arleta Zalewska. I dodała coś jeszcze bardziej znaczącego: „To ma być pokaz jedności, przynajmniej próba pojednania tych frakcji”. Innymi słowy: teatr. Bo – jak sama przyznała – w realne zakończenie wojny frakcji nikt już nie wierzy.

Trudno się dziwić. PiS jest dziś partią po władzy, ale bez planu na opozycję. Kaczyński, przyzwyczajony do jednoosobowego sterowania państwem, nie potrafi zarządzać pluralizmem we własnym ugrupowaniu. Każda frakcja walczy o schedę, a prezes – zamiast zaproponować nową wizję – sięga po sprawdzone narzędzie: dyscyplinujące zebranie. Tyle iż to narzędzie działało, gdy PiS rozdawał stanowiska. Teraz rozdaje już tylko reprymendy.

Nie jest to zresztą pierwsza taka próba. W połowie grudnia odbyło się podobne spotkanie przy Nowogrodzkiej. I już wtedy okazało się, jak krucha jest „jedność”. Mateusz Morawiecki po prostu się nie pojawił. Były premier był na Podkarpaciu, demonstrując, iż nie zamierza ustawiać się w szeregu jak partyjny rekrut. To był czytelny sygnał: era strachu minęła.

Jakby tego było mało, oliwy do ognia dolał Jacek Kurski, który w długim wpisie skrytykował Morawieckiego – między innymi za to, iż zorganizował własną wigilię, osobną wobec tej partyjnej. Trudno o lepszy symbol rozpadu: choćby opłatek przestał być wspólny. W partii, która przez lata głosiła hasła „wspólnoty” i „jedności narodowej”, dziś każdy łamie się sam.

Narada Kaczyńskiego ma więc charakter obronny. To próba zamrożenia konfliktów, zanim wymkną się spod kontroli. Ale zamrażarka nie rozwiązuje problemu – tylko go konserwuje. Prezes PiS wciąż wierzy, iż autorytet można przywrócić przez wezwanie „na dywanik”. Tymczasem polityka się zmieniła, a on najwyraźniej nie.

PiS płaci dziś cenę za własny model władzy: scentralizowany, personalny, oparty na strachu przed liderem. Gdy lider słabnie, wszystko się rozsypuje. I żadna obowiązkowa narada tego nie zmieni. Można zebrać ludzi w siedzibie partii, można kazać im słuchać, ale nie da się już zmusić ich do wiary. A bez niej Nowogrodzka staje się nie centrum dowodzenia, ale domem wariatów, w którym każdy mówi o jedności, myśląc wyłącznie o sobie.

Idź do oryginalnego materiału