Nowe czasy. (Nie)Polityczny Kraków

1 godzina temu

W ostatnich dniach media opublikowały kolejny prezydencki sondaż w Krakowie (autorstwa Opinii 24) i poważnie pomyliłby się ten, kto uważa, iż przed 27 września pod Wawelem wszystko jest absolutnie jasne.

Niby jasne są miejsca liderów. Na pierwszym miejscu Łukasz Gibała z ponad 25% poparciem, na drugim Monika Piątkowska, mająca o 10% głosów mniej. Potem Daria Gosek-Popiołek – 8,7%, Michał Drewnicki – 7,6%. Aleksandra Owca może liczyć na 4,3% głosów, a Bartosz Bocheńczak na 3,2%. 25% krakowian wciąż zastanawia się, na kogo zagłosuje. Koń, jaki jest, każdy widzi. W powyższym zaskakuje niewiele, ale przynajmniej jedna rzecz – owszem.

Co do zasady ci, którzy chodzą na wybory lokalne, chodzą też na ogólnopolskie, a tam na kogoś głosują. Nie znaczy to, iż popieranie konkretnej partii w wyborach parlamentarnych równa się poparciu w wyborach lokalnych. Tym razem w Krakowie nie równa się jednak bardzo. Łukasz Gibała, który w wyborach dwa lata temu był popierany przez mocno lewicową Razem, teraz jest popierany przez prawicę, której do niego ideologicznie dość daleko. Gibała, sam niebędący członkiem żadnej partii, jest popierany przez 49% wyborców Konfederacji i 33% elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. W tłumaczeniu z polskiego na polski oznacza to, iż wyborcy tych partii w Krakowie mają głęboko w nosie wskazania swoich ogólnopolskich liderów i głosują, jak im się podoba. W demokracji to piękna rzecz, ale na przykład w takim PiS dotąd była to rzecz nie do pojęcia, co zresztą stanowiło o sile tej partii. jeżeli Centrala (a więc prezes) mówiła, iż należy głosować w swoim okręgu na „spadochroniarza” z drugiej części Polski, to się głosowało. jeżeli Centrala (a więc prezes) mówiła, iż prezydentem ma zostać „no name”, to zostawał. A tutaj jednak centralne wskazania dają kilka i 1/3 elektoratu PiS głosuje, jak jej się podoba – na dodatek ideologicznie kompletnie wbrew poglądom. Wskazań centrali (a więc prezesa) słucha w tej chwili jedynie 37% krakowskiego elektoratu Prawa i Sprawiedliwości, który chce zagłosować na Michała Drewnickiego. I takie obchodzenie się z wolą centrali PiS (a więc prezesa) jest rzeczą dotąd niespotykaną.

Trochę inaczej wygląda to w Konfederacji, gdzie brak spoistości był dotąd jedną z głównych sił napędowych ugrupowania. Cechą spajającą jest tutaj to, co w naszej historii spajało od lat i na krótko. Fakt, iż nam się nie podoba. Rozwalamy więc to, co się nam nie podoba, a potem zaczynają się schody, przez które nie zawsze udaje nam się przebrnąć. To może być scenariusz Konfederacji za półtora roku. Natomiast dziś bardzo realną częścią tego scenariusza jest kwestia tego, iż prawie połowa krakowskich wyborców Konfederacji nie zamierza głosować na jej kandydata, który, nawiasem mówiąc, dwoi się i troi w kampanii, którą zaczął jako jeden z pierwszych. Przekłada się to jednak na 3% głosów, a najbardziej doskwierający Bocheńczakowi jest chyba fakt, iż ostatnie badanie pokazuje, iż popiera go tylko 1% spośród osób młodych, czyli naturalnego rezerwuaru wyborców Konfederacji. Konfederacja zawsze w swoim programie podkreślała postulat wolności. W tym wypadku wolność ukazuje się z całą mocą, ale Konfederacja niespecjalnie na tym korzysta.

Wskazania centralnych władz partii nie robią też dużego wrażenia na wyborcach Koalicji Obywatelskiej. 45% z nich deklaruje głos na Monikę Piątkowską, ale 10% chce zrobić rzecz dziś z punktu widzenia KO najgorszą, czyli zagłosować na Gibałę. Kandydatka nie ma też powodów do euforii w grupie wiekowej poniżej 40 lat, gdzie chce na nią zagłosować tylko 3% wyborców. Nawiasem mówiąc, najbardziej zdyscyplinowany elektorat i w KO, i w PiS to wyborcy powyżej sześćdziesiątki. Na krótką metę to plus, bo oni będą najbardziej niezawodni przy urnach 27 września, a frekwencja będzie tu miała niebagatelne znaczenie. Jednak na dłuższą metę to nie jest dobra prognoza dla dwóch największych w tej chwili polskich partii. Ich naturalny elektorat wymiera dosłownie i w przenośni i nie odnawia się wystarczająco w młodszych pokoleniach. To szansa na „odbetonowanie” trwającego od ćwierćwiecza stanu na polskiej scenie politycznej. Szansa najbardziej realna od początku istnienia tego duopolu, ale wciąż tylko szansa.

Problem z elektoratem swojej partii ma też Aleksandra Owca. Popiera ją tylko 41% wyborców Razem w Krakowie. Tutaj jednak rekompensatą jest aż 13% wsparcia najmłodszych wyborców, a więc coś, o czym kandydaci dużych partii mogą jedynie marzyć.

Najciekawsze w ostatnim sondażu jest bez wątpienia rozprzęgnięcie krajowych i lokalnych preferencji wyborczych. Wierność krajowym szyldom partyjnym niemal zupełnie nie ma zastosowania w wyborach lokalnych. Nadchodzą nowe czasy i z punktu widzenia społeczeństwa i państwa czy wspólnoty lokalnej to dobrze, bo klasa polityczna musi się porządnie postarać, by zdobyć głos wyborców. Nie wystarczy, iż jeden czy drugi lider partyjny powie: „Popieram! Głosować, o trudnościach nie meldować”. Potrzebny jest pomysł, spryt i determinacja. To bardzo zła wiadomość z punktu widzenia klasy politycznej, której ostatnio wyraźnie brakuje polotu.

Jakub Olech, politolog, wykładowca akademicki, krakowianin z importu, obserwator (bliższy) i uczestnik (dalszy) życia miasta i regionu.

Idź do oryginalnego materiału