Afera z udziałem Michała Kołodziejczaka, jak większość afer, wybuchła niespodziewanie i została ujawniona dzięki zeznaniom ofiar byłego wiceministra rolnictwa, w którego nominację i promocję osobiście zaangażował się Donald Tusk. Koalicja Obywatelska i wcześniej Platforma Obywatelska, od zawsze miała problem z pozyskiwaniem głosów na wsi. Kołodziejczak miał tę lukę wypełnić, ale kompletnie nic nie wskazuje na to, iż tak się stało, bo ta operacja po prostu nie mogła się udać.
Michał Kołodziejczak to były działacz PiS, ale najbardziej zasłynął jako lider Agrounii, ruch społecznego, który był nieudaną próbą reanimowania Samoobrony. Radykalizm w działaniu połączony z naśladownictwem protestów w wykonaniu francuskich rolników, to wizytówka Agrounii i gdy nagle jej lider przeszedł na stronę byłej i przyszłej partii władzy natychmiast stał się zdrajcą. W środowisku liberalno-lewicowym także nie był mile widziany, od pierwszej chwili stał się ciałem obcym i wstydliwym. Podobnie wyglądało to w odbiorze społecznym, równie wiarygodny byłby Grzegorz Braun, który przechodzi do Partii Razem albo PSL. Dlaczego doświadczony polityk Donald Tusk zdecydował się na tak ryzykowną operację? Oprócz naiwnej wiary, iż na KO zagłosuje wieś, prawdopodobnie chodziło o to, żeby KO dodać trochę radykalnego kolorytu. Radykalizm stał się modny, poza tym służył Tuskowi do reżyserowanego sprzeciwu wobec zalewu produktów rolnych z Ukrainy, co było jednym z istotnych punktów kampanii wyborczej w 2023 roku.
W polityce nie ma jednak nic za darmo i podobne transfery zawsze mają pewne gwarancje. Michał Kołodziejczak dostał od Donalda Tuska więcej niż standardowo liderzy partii oferują, oprócz „biorącego” miejsca na liście, Tusk obiecał Kołodziejczakowi ministra rolnictwa i o dziwo słowa dotrzymał, przynajmniej w pewnym zakresie, bo ostatecznie były lider Agrounii został wiceministrem. Od samego początku były z Kołodziejczakiem problemy i najmocniej żalił się jego szef Czesław Siekierski z PSL. Przepychanki w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi trwały ponad dwa i pół roku, w końcu Michał Kołodziejczak złożył dymisję albo został do niej zmuszony, czego nigdy nie można wykluczyć w podobnych sytuacjach. Pewnie dymisja nastąpiłaby dużo wcześniej, ale Donald Tusk w takich okolicznościach musiałby się też bardzo gwałtownie przyznać do porażki, a tego nie zwykł robić.
Jest prawie pewne, iż już dymisja była ostatecznym przekreśleniem kariery politycznej Michała Kołodziejczaka, przynajmniej w KO i u boku Donalda Tuska, ale nokautujący cios zadały ofiary przemocy seksualnej, najpierw były to dwie kobiety, ale teraz liczba rośnie i to w niemałym tempie. Kołodziejczak miał zmuszać swoje ofiary do zażywania narkotyków i wykorzystywać je seksualnie. Takie zarzuty to polityczny wyrok śmierć, ale też groźba śmierci cywilnej i kilka da się z tym zrobić, jednak Kołodziejczakowi udało się zrobić bardzo dużo, żeby odwrócić uwagę opinii publicznej od siebie i niestety od Donalda Tuska. Osiągnął ten podwójny efekt jedną decyzją, która początkowo była wyśmiewana przez niejednego komentatora i eksperta od PR-u, ale ostatecznie Kołodziejczak tą decyzją wygrał.
Zatrudnienie byłego funkcjonariusza ZOMO, więcej niż kontrowersyjnego Krzysztofa Rutkowskiego, to wbrew pozorom i śmiechom strzał w dziesiątkę. Po pierwsze Rutkowski ustawił siebie w centrum uwagi i od tego momentu więcej się mówi o nim, niż o Kołodziejczaku, a Donald Tusk całkowicie zniknął. Po drugie kolejne deklaracje detektywa-celebryty, w których zapowiada „polityczne trzęsienie ziemi” i pozwy na 5 milionów przeciw „Kanałowi ZERO” za ujawnienie afery, chociaż wyglądają groteskowo, to skutecznie chronią klienta Kołodziejczaka i rozmywają temat. Gdyby się kierować rzymską zasadą cui bono, to zatrudnienie Rutkowskiego służy nie tylko Michałowi Kołodziejczykowi, ale praktycznie całkowicie z afery został wymazany Donald Tusk i cała KO. Powstaje zatem pytanie czyj to był pomysł i kto naprawdę Rutkowskiego zatrudnił?!
Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!

6 godzin temu














