Gdy przez ostatnie cztery lata z troską zwracaliśmy się ku próbom zaprojektowania możliwych scenariuszy powojnia we wschodniej Europie, w centrum naszego zainteresowania stale była Ukraina i pytanie, czy otrzyma ona od swoich sojuszników coś na kształt w miarę sprawiedliwego i stabilnego pokoju. Ten problem oczywiście pozostaje aktualny. Ale o warunki powojnia musimy się zacząć poważnie martwić także w kontekście naszych własnych, polskich losów.
Rok 2025 przyniósł ze sobą najpoważniejszą przemianę geopolityczną od wydarzeń lat 1989–91. Stany Zjednoczone, filar wspólnoty cywilizacyjnej Zachodu, wokół którego od roku 1945 ogniskowało się pojmowanie jej aksjologicznego dorobku, zasad i wartości, porzuciły tą wspólnotę ideałów. Podobnie jak Rosja, która sformułowała to dosadnie w ultimatum z jesieni 2021 r., od spełnienia którego uzależniła wtedy ewentualne powstrzymanie się od agresji na Ukrainę, także USA odrzuciły model międzynarodowego ładu oparty o strukturę sojuszy i instytucji gwarantujących bezpieczeństwo zbiorowe oraz wybrały wizję świata opartego o ponowiony „koncert mocarstw”, z którym każde z nich ma tytuł do określenia pewnej części świata swoją wyłączną strefą wpływów i podejmowania tam dowolnych działań. Akcja sił USA w Wenezueli stanowi pierwszy praktyczny przykład zastosowania tego rozumowania przez Waszyngton w konkretnej polityce.
Rok 2026 przyniesie określenie swojej postawy wobec zarysowującego się nowego ładu przez różne państwa świata. Gdy NATO przestaje dla USA stanowić wykaz najbliższych sojuszników podzielających te same lub podobne wartości polityczne i moralne, rolę tą ma zacząć odgrywać ogłoszona przez Donalda Trumpa w ostatnich tygodniach „Rada Pokoju”. Arbitralne wybieranie miejsc na świecie i toczących się konfliktów – niejako à la carte – angażowanie się w ich wygaszenie (albo i eskalację), aby następnie zdobywać nowe wpływy polityczne w różnych regionach i – najważniejszy element – przekuwać je na warunki do zawierania gospodarczych umów i zarabiania pieniędzy. Tak w gruncie rzeczy wygląda wizja polityki zagranicznej amerykańskiego prezydenta i ją chce teraz realizować z partnerami, którzy będą jej „wartości” (anty-wartości?) podzielać. To właśnie takie państwa jako pierwsze zgłaszają do „Rady Pokoju” najbardziej ochoczy akces i podpisują w Davos zobowiązania, aby płacić bodaj osobiście Trumpowi (który ogłosił się dożywotnim „prezesem Rady Pokoju”, ma zatem zamiar zarabiać w tym modelu biznesowym także po odejściu z urzędu) po miliard dolarów za „członkostwo stałe” w „Radzie” (z której jednak Trump może każdego w każdej chwili wykluczyć). Uczynienie Strefy Gazy pierwszym zadaniem dla „Rady” obnaża biznesowy charakter sprzysiężenia, ponieważ nic nie wskazuje na to, aby prezydent USA zrezygnował z ogłaszanych wiosną planów deportacji Palestyńczyków i stworzenia w Gazie kurortów do zarabiania bajecznych pieniędzy w stylu Abu Zabi, Dubaju czy Rijadu.
W tym samym Davos premier Kanady wygłosił programowe przemówienie i ustawił się w roli lidera opozycji wobec świata spod znaku „Rady Pokoju”. Mark Carney apeluje do pozostałych na „placu boju” epigonów świata Zachodu i jego wartości, aby przyłączyli się do kanadyjskich wysiłków na rzecz budowy sojuszu będącego w gruncie rzeczy partią modelu bezpieczeństwa zbiorowego, partią słabnących idei liberalnych, partią traktatowych zobowiązań, partią wolnego handlu, partią praw człowieka. Utraciwszy najsilniejszy filar, USA, sojusz zachodnich liberałów z wizji Carneya chce iść w kierunku opartego o wartości realizmu. Zdając sobie sprawę z pozycji większości jego uczestników jako co najwyżej średniaków w światowej grze potęg, stawia sobie cele skromniejsze aniżeli chciał je mieć Zachód w chwili swojego największego triumfu sprzed 35 lat. Celem naczelnym jest zapewnienie liberalnym demokracjom Zachodu, już bez USA w roli sprzymierzeńca, bezpieczeństwa przed zagrożeniami ze strony wrogów zadeklarowanych i wrogów potencjalnych. Na pewno Rosji. Nie wiadomo, czy nie Chin. Ale niewykluczone, iż także i USA.
Zarysowuje się powstanie w naszym otoczeniu dwóch konkurencyjnych bloków: zeuropeizowanego NATO sprzężonego z Unią Europejską, wspartego przez Kanadę, Wielką Brytanię i Norwegię, ostoję demokracji i praw człowieka, oraz rozsypanych po świecie państw „Rady Pokoju”, w większości autorytarnych i całkowicie cynicznych w odniesieniu do polityki zagranicznej. W tym drugim bloku już znajduje się Białoruś, a kwestię sprzymierzenia się z nim analizuje zaproszona przez Trumpa Rosja. Trzecim ośrodkiem globalnej siły pozostaną naturalnie Chiny, które nie wejdą do żadnego z bloków, ale mogą okazać się arbitrem w ich wzajemnym ścieraniu się. Przejście USA z obozu NATO do obozu „Rady Pokoju” niewątpliwie, po raz pierwszy, zarysowuje dla Pekinu realną ścieżkę do osiągnięcia pozycji najbardziej wpływowego państwa na globie.
Bliższa ciału koszula. Podczas gdy Polską i innymi krajami wschodniej flanki NATO najbardziej wstrząsnąć musiała polityka administracji Trumpa wobec Rosji i Ukrainy (w Polsce, takie można mieć wrażenie, niektórymi wstrząsnęła niewystarczająco), tak Europa Zachodnia przeżyła swój moment opadnięcia łusek z oczu, gdy Trump nie wykluczył militarnego wkroczenia na Grenlandię, czyli faktycznej agresji na Danię. W efekcie w większości państw zachodniej Europy, w tym w samej Danii, Francji, Niemczech, Hiszpanii i choćby Włoszech, ponad 50% respondentów niedawnego sondażu uznała Donalda Trumpa za „wroga” Europy. W Polsce to przez cały czas niewielka grupa – 28%, aczkolwiek już wyraźnie większa od zwolenników tezy, iż prezydent USA jest naszym „przyjacielem” – w to przez cały czas wierzy 17% Polaków. Większość z nas jest więc… pozbawiona poglądu w tej kluczowej kwestii. Jak się wydaje, Polacy są w stanie stuporu spowodowanego szokiem, zdradą ze strony ich największej, amerykańskiej miłości, w której pokładali tak wiele złudnych nadziei. Większość podskórnie wie, iż Trump to nasz nieprzyjaciel, a przynajmniej nie-przyjaciel, ale woli o tym – przysłowiowo – pomyśleć „jutro”.
To problem. Czytelna postawa opinii publicznej popchnie bowiem polityków w poszczególnych państwach Europy do konkretnych działań, do europeizacji NATO i budowy równoległego, a z czasem alternatywnego układu militarnych sojuszy. Sojusze te będą miały oczywiście oko głównie na Rosję, ale w polu ich uwagi znajdą się także inne, pomniejsze państwa „Rady Pokoju”, na wypadek gdyby zechciały one swoje biznesowe nastawienie do relacji międzynarodowych zaspokajać poprzez wywoływanie jakiegoś kryzysu bezpieczeństwa w Europie. Wielu komentatorów twierdzi, iż to było ostatecznie celem Trumpa i jest mu w smak, gdy Europejczycy wezmą sprawy swojego bezpieczeństwa na wyłącznie własne barki. Wynika to na pewno z obu strategii opublikowanych w ostatnich tygodniach przez administrację Trumpa: odpowiednio przez Radę Bezpieczeństwa Narodowego oraz Departament Obrony (Wojny). Oba dokumenty jasno mówią o kaskadowym wycofywaniu się USA ze struktur zapewniania bezpieczeństwa europejskim państwom NATO (w tym kontekście euforia polskich polityków z deklaracji o nieredukowaniu na razie kontyngentu US Army w Polsce jest doprawdy rozczulająca). Jednak pierwsza ze strategii mówi także o rozbijaniu i osłabianiu sieci współpracy pomiędzy Europejczykami, a więc o osłabianiu Europy. To zupełnie niekompatybilne z ideą zachęcania Europy do większych wysiłków i samodzielności militarnej podejście jest zogniskowane w deklarowanym poparciu administracji Trumpa dla antyunijnych sił skrajnej prawicy, których walce o władzę Waszyngton ma zamiar co najmniej przyklaskiwać. Fidesz Orbana poparciem kręgów MAGA cieszy się już od ponad 5 lat (czego wyrazem są wspólne projekty węgiersko-amerykańskie realizowane m.in. przez Instytut Naddunajski w Budapeszcie), AfD została jasno wzmocniona przez wiceprezydenta Vance’a i sponsora kampanii Trumpa, Elona Muska, na początku 2025 r. w toku kampanii wyborczej, na podobne poparcie może za rok liczyć partia Le Pen we Francji oraz później Farage w Wielkiej Brytanii. Wydaje się, iż Trump nie tylko chce Europy pozbawionej parasola USA, ale także słabej, wcale nie zdolnej bronić się, a już na pewno nie zdolnej bronić się przed naciskami USA. Podejście prezydenta USA do Europy rodzi uderzające podobieństwa do podejścia Władimira Putina.
Tymczasem Polska jest podzielona. Jesteśmy krajem, w którym walka polityczna coraz częściej nie toczy się już w przedmiocie sporu, ale dla samego faktu zwalczania przeciwnika. Problemem Polski, począwszy od tego roku, będzie więc także to, iż nie uzyskamy żadnego konsensusu co do miejsca naszego kraju w obliczu nowego podziału świata. Obecny rząd Donalda Tuska i wspierające go siły polityczne prawdopodobnie opowiedzą się za udziałem w sojuszu opartym o zachodnie wartości, jaki chcą rozwijać kraje Europy z Kanadą. Pomimo zaogniającej się retoryki w relacjach europejsko-amerykańskich polscy demokraci przez cały czas jednak unikają zbyt mocnej krytyki pod adresem Trumpa, choćby jeżeli byłaby adekwatna, przykładowo po obraźliwych słowach pod adresem polskich żołnierzy, którzy onegdaj służyli i ginęli w amerykańskich operacjach w Iraku i Afganistanie. Dużym problemem dla wyboru ścieżki udziału w sojuszu bez USA będzie także fakt zakupienia przez rząd PiS większości nowoczesnego uzbrojenia dla polskiego wojska w USA właśnie, ponieważ faktyczna możliwość używania amerykańskiej broni jest uzależniona od kontynuowania politycznej współpracy z Amerykanami. Scenariusz, w którym Rosja stosuje wobec Polski środki nacisku o charakterze militarnym, a Polska nie może wyjechać ze swoim sprzętem z hangarów, gdyż Amerykanie odmówili nam przekazania aktualnych kodów, bo np. realizują właśnie wraz z Rosją interesujące projekty biznesowe w ramach „Rady Pokoju”, powinien stać się przedmiotem szczerej rozmowy polskich polityków i ekspertów. Na razie jest to wielki słoń na środku pokoju, którego wszyscy wolą nie dostrzegać.
Podczas gdy polscy demokraci będąc lgnąć do udziału w europejskich sojuszach obronnych, trudno sobie wyobrazić, iż polska prawica nie wybierze „Rady Pokoju” i sojuszu z USA opartego wyłącznie na transakcjach. Autorytarny charakter większości państw tej rady nie będzie przeszkadzać siłom politycznym, które w gruncie rzeczy chcą w Polsce także zaprowadzić pewną formę autorytaryzmu. Ewentualne współdziałanie z Rosją w „Radzie Pokoju” będzie wyborcom sprzedawane jako nowy pomysł na bezpieczeństwo kraju, jako swoisty appeasement Moskwy pod parasolem Waszyngtonu. W końcu, cała „doktryna” bezpieczeństwa polskiej prawicy od 1989 r. nie znała żadnej innej refleksji, żadnego innego impulsu i żadnej innej iskry myślowej, jak tylko „jak najściślejszy sojusz z USA”, zatem od tych środowisk trudno oczekiwać nagłej fundamentalnej rewolucji mentalnościowej, równoznacznej z wyparciem się cząstki własnej tożsamości ideologicznej. Jarosław Kaczyński domaga się więc od rządu wpłacenia na konto Trumpa owego miliarda dolarów i wejścia Polski do „Rady Pokoju” już publicznie. Gdyby w 2027 r. jego partia przejęła władzę, to taki krok niechybnie wykona.
Zatem w Polsce nie będziemy mieli konsensusu co do zupełnie podstawowych zagadnień strategii bezpieczeństwa narodowego. Jak nietrudno odgadnąć, nasz kraj znajdzie się w bardzo trudnym położeniu, bo jednak rewolucja w tym zakresie i zmienianie sojuszy co 4 lata, w takt wyborów i ewentualnych transferów władzy, nie wchodzi w grę. Wchodzimy w epokę, w której bezpieczeństwo Polski będzie oparte albo o mający ograniczone możliwości odstraszania sojusz Europy i Kanady, albo o chybotliwą obietnicę jednego człowieka, który jest znany z częstego zmieniania zdania, skłonności do kłamstw i oszustw oraz z całkowitego braku jakiejkolwiek osobistej moralności.
Gdy przez ostatnie cztery lata z troską zwracaliśmy się ku próbom zaprojektowania możliwych scenariuszy powojnia we wschodniej Europie, w centrum naszego zainteresowania stale była Ukraina i pytanie, czy otrzyma ona od swoich sojuszników coś na kształt w miarę sprawiedliwego i stabilnego pokoju. Ten problem oczywiście pozostaje aktualny. Ale o warunki powojnia musimy się zacząć poważnie martwić także w kontekście naszych własnych, polskich losów.

1 dzień temu










