W Prawie i Sprawiedliwości coraz trudniej odróżnić strategię od improwizacji, a politykę od czystej walki o wpływy. Partia Jarosława Kaczyńskiego, pozbawiona realnej perspektywy powrotu do władzy, zaczyna funkcjonować jak zamknięty system, w którym energia nie jest już kierowana przeciwko rządzącym, ale przeciwko własnym kolegom. To klasyczny objaw ugrupowania w kryzysie. I właśnie w tym momencie na scenę wchodzi nowa „nadzieja” – Zbigniew Bogucki.
Jeszcze niedawno był jednym z wielu technokratów PiS. Dziś jego nazwisko odmieniane jest przez wszystkie przypadki. „Sposób, w jaki mówi się dziś w PiS o Zbigniewie Boguckim, oznacza bardzo znaczący awans” – słyszymy w partyjnych korytarzach. Padają pytania, które w zdrowej partii padać nie powinny: „Czy to przyszły kandydat na premiera?”. Sam fakt, iż formacja, która od dwóch lat przegrywa kolejne starcia, już produkuje „następców”, mówi wiele o jej stanie.
Wygrana Karola Nawrockiego dała chwilowe wytchnienie. „To było jak krótkie wyjście z piwnicy na powietrze” – mówi jeden z posłów. Problem w tym, iż po chwili trzeba było wrócić pod ziemię. Sondaże nie drgnęły, a elektorat nie powiększył się ani o centymetr.
Za to drgnęły ambicje. Na prawo od PiS rośnie Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna, odbierając partii Kaczyńskiego to, co jeszcze niedawno wydawało się jej naturalnym zapleczem. Zamiast odpowiedzi programowej mamy jednak wewnętrzną wojnę. Konflikt wokół Mateusza Morawieckiego przestał być incydentem, a stał się stanem trwałym.
Dwa spotkania opłatkowe były tego groteskowym symbolem. Jedno – oficjalne, pod okiem prezesa. Drugie – frakcyjne, zorganizowane przez byłego premiera, w praktyce będące „liczeniem lojalnych”. „To nie była żadna Wigilia, to była partyjna defilada” – komentował jeden z uczestników. Efekt? Jeszcze głębsze podziały i jeszcze mniej zaufania.
List w obronie Morawieckiego, w którym czytamy, iż „miała miejsce seria niegodnych i szkodliwych ataków”, tylko dolał oliwy do ognia. Zamiast refleksji nad przyczynami porażek, PiS produkuje kolejne odsłony personalnej telenoweli. Program, wizja państwa, odpowiedź na zmieniającą się rzeczywistość – wszystko to schodzi na dalszy plan.
W tym krajobrazie Bogucki staje się nie tyle rozwiązaniem, co pretekstem. „Bogucki to dziś projekt polityczny” – słyszymy. Projekt, który dla jednych oznacza nadzieję na odświeżenie, dla innych – sygnał zagrożenia. W praktyce jest kolejnym elementem układanki, w której każdy ruch jednego gracza osłabia drugiego.
Partia, która nie ma realnej drogi do władzy, zaczyna żywić się konfliktami. Zamiast walczyć z rządem, PiS walczy ze sobą. „Jeśli ktoś gwałtownie rośnie, to znaczy, iż komuś innemu właśnie obcinają skrzydła” – mówi jeden z działaczy. I właśnie tak dziś wygląda ta formacja: jako zbiór rywalizujących klanów, połączonych już głównie wspólną nazwą.
Kariera Boguckiego nie jest więc dowodem siły PiS, ale raczej kolejnym symptomem jego słabości. Im dłużej partia pozostanie w opozycji, tym bardziej będzie przypominać ugrupowanie zajęte sobą, a nie państwem. A to dla wyborców bywa sygnałem, iż czas szukać gdzie indziej.

5 godzin temu












