Niemieckie służby wskazują na 9 110 osób zaliczanych do środowiska islamistycznego nastawionego na przemoc. Po zamachu w Berlinie te liczby przestały być statystyką z raportu. To ostrzeżenie dla całej Europy, także dla Polski: państwo, które traci kontrolę nad bezpieczeństwem, gwałtownie wystawia własnych obywateli na rachunek ideologicznych eksperymentów.
Tysiące osób w zainteresowaniu służb
Jak podał The European Conservative, niemieckie dane bezpieczeństwa wskazują na 9 110 islamistów uznawanych za gotowych do przemocy. W szerszym ujęciu Federalny Urząd Ochrony Konstytucji szacował potencjał islamistyczny w Niemczech w 2025 r. na 28 645 osób. To nie są marginesowe liczby. To obraz państwa, które przez lata słyszało uspokajające formuły o integracji, a dziś liczy ludzi wymagających nadzoru kontrwywiadowczego i policyjnego.
Oficjalny komunikat rządu federalnego po publikacji raportu za 2025 r. mówił o prawie 60 tysiącach przestępstw o tle ekstremistycznym oraz o wzroście liczby czynów z użyciem przemocy. Rząd w Berlinie sam przyznaje, iż zagrożenia rosną we wszystkich obszarach. W sprawie islamizmu dochodzi jednak szczególny problem: radykalizacja religijno-polityczna, propaganda w sieci i trudność w fizycznym pilnowaniu osób, które służby uważają za niebezpieczne.
Berlin jako sygnał alarmowy
Tło tych danych stało się jeszcze poważniejsze po ataku w Berlinie. Według Associated Press 21-letni Abdul Ballout, obywatel Niemiec o libańskich korzeniach, miał wjechać vanem w ludzi w pobliżu wydarzenia Pride, a następnie atakować maczetą. Zginęła jedna kobieta, jak przekazał burmistrz Berlina Kai Wegner, była obywatelką Polski. Rannych zostało 29 osób. Sprawca został później zabity podczas policyjnej akcji.
AP podała także, iż Ballout był wcześniej skazany w Niemczech za przygotowywanie poważnego aktu przemocy zagrażającego państwu oraz za publikowanie propagandy Państwa Islamskiego. W 2025 r. miał jechać przez Liban z zamiarem przedostania się do Syrii i dołączenia do IS. Nie chodzi więc o człowieka całkowicie nieznanego systemowi. Chodzi o przypadek, przy którym państwo miało sygnały, procedury i akta, a mimo to nie zapobiegło tragedii.
Gdy doktryna wygrywa z rozsądkiem
Tu zaczyna się sedno sprawy. Niemcy przez lata budowały własny wizerunek na moralizatorskiej opowieści o otwartości. Każdy, kto pytał o kontrolę granic, deportacje, asymilację i bezpieczeństwo obywateli, był spychany do narożnika debaty. Teraz te pytania wracają przez policyjne raporty, śledztwa i znicze stawiane po zamachach.
To nie jest argument przeciw ludziom ze względu na pochodzenie czy religię. To argument przeciw polityce, która udaje, iż państwo może przyjmować masową presję migracyjną, tolerować gettoizację, reagować miękko na radykalizację i jednocześnie obiecywać obywatelom pełne bezpieczeństwo. Nie może. Państwo istnieje po to, aby rozpoznawać zagrożenia i usuwać je, zanim padną ofiary.
Lekcja dla Polski
Polska powinna patrzeć na niemieckie doświadczenie bez kompleksów. Nasz interes narodowy wymaga twardej kontroli granic, realnej polityki deportacyjnej wobec cudzoziemców łamiących prawo oraz odmowy przyjmowania mechanizmów migracyjnych narzucanych przez Brukselę. Solidarność europejska nie może oznaczać importu cudzych błędów.
Stawką jest bezpieczeństwo Polaków: w tramwaju, na koncercie, na ulicy, pod szkołą. Gdy elity mówią o abstrakcyjnej otwartości, zwykły obywatel płaci konkretną cenę. Niemcy właśnie pokazują, jak wysoki może być ten rachunek.
Źródło: Do Rzeczy













