Niech politycy i „naukowczynie” trzymają się jak najdalej o Marki Polska!

13 godzin temu

„Kochaj albo rzuć” to trzecia cześć kultowej trylogii komediowej i zdania jak zwykle są podzielone, czy to część najsłabsza, czy najśmieszniejsza. Nie ma się czemu dziwić, tak jest od samego początku ludzkości, ale nie ma też sensu tak daleko się zapędzać, wystarczy z Kargulem, Pawlakiem i Anią popłynąć do Ameryki. Na drugi dzień warto wybrać się do chicagowskiego baru i tam spotkamy Polkę, która płynęła tym samym transatlantykiem TSS Stefan Batory, a teraz za konturem podaje nie wódkę tylko drinki. Kargul skwitował tę przemianą krótko: „Na Batorym jeszcze umiała po polsku”.

Pani Barbara Mróz-Gorgoń Batorym do Ameryki płynąć nie mogła, bo statek ostatni rejs do tego kraju odbył w 1976 roku, a w 1988 roku poszedł na żyletki, ale i tak była pełnomocnik rządu do spraw promocji marki Polska jest bardziej amerykańska niż barmanka grana przez Irenę Kral. Jest to jedna z tych błyskotliwych karier, co to się szybciej skończyła niż zaczęła i w pełni na to Barbara Mróz-Gorgoń zasłużyła, choć po drodze razem z zespołem skasowała prawie 200 tysięcy złotych. Za każdym razem, gdy rządzący biorą się za promowanie Polski wychodzi z tego jedna wielka katastrofa i antyreklama. Podczas kampanii wyborczej w 2015 roku PiS obiecywał cuda, miał być hollywoodzki film o polskich bohaterach, łuk triumfalny poświęcony „Bitwie Warszawskiej” i odbudowa Pałacu Saskiego.

Skończyło się na powołaniu Polskiej Fundacji Narodowej, w której mnożyły się skandale i absurdy i co najmniej połowa Polaków nie zapomni „rejsu dookoła świata”. W ramach tej „promocji” w 2018 roku za około 5 milionów złotych fundacja zakupiła jacht od francuskiej firmy ubezpieczeniowej, kapitanem jachtu miał być polski olimpijczyk Mateusz Kusznierewicz. Od początku pomysł był ciężko chory, jednak finał zaskoczył wszystkich, jacht nigdy nie wypłynął z portu i ze stratą został odsprzedany. Jak to się ma do „promocyjnych” wyczynów pani Barbary Mróz-Gorgoń? Prawie analogicznie, z tą różnicą, iż ona żadnego jachtu nie kupiła, tylko wygenerowała w sztucznej inteligencji i choćby nie zdążyła zwodować. Projekt „Polaków portret własny” została napisany po „amerykańsku”, ale w takim dialekcie, iż żaden Amerykanin nic by z tego nie zrozumiał.

O tym jak wybitne jest to dzieło szczegółowo wypowiedział się ekspert językoznawca, raczej kojarzony z sympatii do obozu rządzącego:

Nie ma takiego słowa jak “chlebowość”, a “głębokie zakorzenienie w historii sufferingu” to sztuczny twór językowy, który będzie niezrozumiały zarówno dla Polaków, jak i osób, dla których angielski jest pierwszym językiem (…). A co do tłumaczenia się, zazwyczaj, kiedy się ktoś tłumaczy, pokazuje słabości tego, o co jest oskarżany – powiedział prof. Jerzy Bralczyk w wywiadzie dla Wirtualnej Polski.

Barbara Mróz-Gorgoń rzeczywiście próbowała się tłumaczyć, jednak „test Chlebowskiego” zdała równie fatalnie, jak egzamin z promocji marki Polska. Wprawdzie „naukowczyni” nie spociła się jak Chlebowski na konferencji, ale jej wywiad dla Polsat News nie ugasił pożaru, tylko dolał benzyny. Pod koniec dnia Barbara Mróz-Gorgoń wysmarowała na portalu X dramatyczne oświadczenie i o dziwo zrobiła to po polsku, aczkolwiek makaronizmu nie zabrakło:

Przy tej niewyobrażalnej skali hejtu niemożliwe jest pełnienie tak odpowiedzialnej roli. Mam nadzieję, iż istotny dla Polski projekt będzie kontynuowany bez względu na trudności.

Promowanie Polski to zdecydowanie nie jest domena polityków, fundacji i innych „naukowczyń”, na szczęście innym wychodzi to bardzo dobrze. W ostatnim czasie prawdziwą furorę i to na całym świecie robią filmy publikowane na popularnych platformach społecznościowych. Pełne zachwytu relacje z Polski publikują turyści i twórcy internetowi, jeżeli tylko politykom nie przyjdzie do głowy, żeby ich naśladować, to polska marka wypromuje się sama.

Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!

Idź do oryginalnego materiału