W sylwestrowy wieczór Adam Michnik znów zrobił to, co robi od dekad najlepiej: nazwał rzeczy po imieniu, nie bacząc na to, iż jego słowa wywołają wściekłość, oskarżenia o „hejt” i rytualne potępienia ze strony prawicy. I właśnie dlatego warto go posłuchać. Nie dlatego, iż zawsze ma rację w każdym szczególe, ale dlatego, iż jego diagnozy dotykają istoty problemu, od którego polska debata publiczna zbyt często ucieka w banalne symetrie.
Adam Michnik, zaproszony do TVP w likwidacji, został natychmiast przedstawiony przez konserwatywne media jako dowód na „upolitycznienie” nowej telewizji publicznej. To zarzut wygodny, bo pozwala nie słuchać tego, co Michnik faktycznie mówi. A mówi rzeczy niewygodne, ale spójne i – co ważniejsze – logiczne.
Gdy nazywa prezydenta Karola Nawrockiego „szkodnikiem”, nie jest to epitet rzucony w afekcie. To skrót myślowy, który Michnik konsekwentnie rozwija. „On konsekwentnie wetuje wszystkie reformatorskie poczynania większości parlamentarnej, rządowej, i w tym sensie działa na szkodę państwa i na szkodę Polaków i Polek” – mówi. Trudno uznać to za nieprawdę. jeżeli prezydent blokuje zmiany nie dlatego, iż są złe, ale dlatego, iż pochodzą od politycznych przeciwników, to nie jest arbitrem, ale graczem. A gracz w Pałacu Prezydenckim to zawsze problem ustrojowy.
Jeszcze ważniejsza jest jednak uwaga Michnika o relacji prezydenta z obozem prawicy. „Ja tylko go namawiam, żeby był prezydentem wszystkich Polaków. A nim nie jest” – stwierdza. To zdanie brzmi banalnie tylko do momentu, gdy przypomnimy sobie, jak często w III RP prezydentura bywała przedłużeniem partyjnej wojny. Michnik nie domaga się cudów. Domaga się elementarnego standardu republikańskiego.
Najostrzejsze i zarazem najtrafniejsze słowa padają jednak, gdy rozmowa schodzi na Jarosław Kaczyński. „Kaczyński wypuścił dżina z butelki” – mówi Michnik, sugerując, iż prezes PiS stworzył figurę polityczną, która może wymknąć się spod kontroli. To nie jest tylko publicystyczna metafora. To opis mechanizmu władzy, który prawica w Polsce wielokrotnie przerabiała: silny lider produkuje jeszcze silniejszych wykonawców, aż w pewnym momencie traci nad nimi kontrolę. Historia uczy, iż takie procesy rzadko kończą się stabilizacją.
Warto zauważyć, iż Michnik nie mówi tego z satysfakcją. W jego słowach nie ma triumfalizmu. Jest raczej ostrzeżenie: polityka oparta na permanentnym konflikcie i logice „my albo oni” zawsze prowadzi do radykalizacji, której nikt już nie kontroluje. Nawrocki, jak zauważa Michnik, „nie będzie psem łańcuchowym Kaczyńskiego. On będzie psem łańcuchowym samego siebie”. To zdanie – brutalne, ale celne – opisuje nie tylko jednego polityka, ale cały model władzy, w którym ego zastępuje instytucje.
Równie konsekwentna jest diagnoza Michnika dotycząca świata. Gdy mówi o „putinizacji” Stanów Zjednoczonych za czasów Donald Trump, nie chodzi mu o prostą analogię historyczną. „To jest konflikt z elitami, z mediami, z uniwersytetami, światem nauki. To jest język, który niszczy american dream. Nie ma snu amerykańskiego, jest prawo i pięść” – zauważa. Można dyskutować o skali tego zjawiska, ale trudno zaprzeczyć, iż Trump wprowadził do polityki język brutalnej delegitymizacji przeciwników.
Gdy Michnik przywołuje opinie Timothy Snyder, nie po to, by straszyć Hitlerem na każdej ulicy, ale by przypomnieć, iż demokracje umierają nie nagle, ale przez erozję norm. To proces powolny, często bagatelizowany – aż do momentu, gdy jest za późno.
Adam Michnik nie jest prorokiem ani moralnym kaznodzieją. Jest publicystą, który przez lata nauczył się jednego: iż milczenie wobec złych tendencji bywa gorsze niż przesada w ich opisie. Można nie lubić jego tonu, można spierać się z analogiami, ale lekceważenie jego ostrzeżeń to luksus, na który Polska nie bardzo może sobie pozwolić. Dlatego warto go słuchać – zwłaszcza wtedy, gdy mówi rzeczy niewygodne.

5 godzin temu












