Około 150, może 250 osób przeszło w niedzielne południe ulicami Opola w Marszu Przeciwko Przemocy. Niewiele? Pewnie tak. Tyle iż przy temperaturze, która raczej zachęcała do szukania cienia niż maszerowania po rozgrzanym mieście, przyszli ci, którzy uznali, iż warto. Nie przeciw komuś, ale przeciw przemocy, ksenofobii i coraz łatwiejszemu szczuciu na ludzi. Z przyczyn obiektywnych nie mogłem być na tej manifestacji – chyba pierwszy raz od lat ominęło mnie takie wydarzenie w Opolu. Zostały nagrania, relacje i wypowiedzi uczestników. I one wystarczają, żeby zobaczyć, iż liczba maszerujących była w tej historii najmniej istotna.
Marsz rozpoczął się w samo południe na placu Wolności. Potem uczestnicy przeszli ulicami centrum Opola. Według różnych relacji było ich około 150–250. Podobne manifestacje pod hasłem „Nie bądź obojętny” odbywały się tego dnia w ponad 25 polskich miastach.
Opolską demonstrację zorganizował Łukasz Janiszewski. Włączyły się w nią KOD i środowiska społeczne, a także przedstawiciele KO, Lewicy, Polski 2050, PSL i Razem oraz organizacji ukraińskich. Janiszewski mówił przed rozpoczęciem marszu, iż cieszy go właśnie to, iż różne środowiska potrafiły w tej sprawie stanąć razem.
Nie chodziło zresztą wyłącznie o Ukraińców.
– Ten marsz jest przeciwko wszelakiej przemocy wobec drugiego człowieka. Mam tu na myśli nie tylko tło narodowościowe, ale również poglądowe – tłumaczył Janiszewski. – Dzisiaj są Ukraińcy, wczoraj były środowiska LGBT, a jeszcze przedwczoraj imigranci. Sprzeciwiamy się jakiejkolwiek formie przemocy na ulicach, zwłaszcza w internecie.
I właśnie internet wracał podczas niedzielnego spotkania wyjątkowo często.
Organizator opowiadał, iż już samo przygotowywanie marszu przeciw przemocy wywołało falę agresywnych komentarzy.
– Przy organizacji Marszu Przeciwko Przemocy sami spotkaliśmy się z przemocą. Gdzie są te podstawowe wartości? o ile organizujemy wydarzenie przeciw przemocy, a dostajemy za to hejt, to naprawdę zaczynam się zastanawiać, co dzieje się dzisiaj z naszym społeczeństwem – mówił Janiszewski.
To adekwatnie gotowa odpowiedź na pytanie, po co organizować taki marsz.
Można oczywiście policzyć uczestników i oznajmić triumfalnie: przyszło tylko 150 osób. Można też zauważyć, iż kilkadziesiąt czy kilkaset osób wyszło w upalną niedzielę z domu, aby publicznie powiedzieć rzecz, która jeszcze niedawno wydawała się oczywista: człowieka nie wolno poniżać, zastraszać ani bić ze względu na jego narodowość, język, orientację czy poglądy.
Do tego nie potrzeba dziesięciu tysięcy ludzi. Potrzeba za to ludzi, którzy powiedzą to głośno. Bo pozostało druga strona tej historii. Znacznie mniej abstrakcyjna od dyskusji o internetowym hejcie.
Artur, Ukrainiec od 15 lat mieszkający w Opolu, mówił, iż właśnie teraz po raz pierwszy od dawna zaczął czuć się w Polsce niebezpiecznie.
– Kiedyś takie sytuacje zdarzały mi się może dwa razy przez dziesięć lat. Teraz słyszę to prawie codziennie. Wystarczy, iż idę z dziewczyną i rozmawiamy w swoim języku, a ktoś mówi nam, żebyśmy się wynosili – opowiadał.
I tu kończy się wygodna opowieść o „internetowych emocjach”.Jeżeli człowiek zaczyna zastanawiać się, czy może na ulicy rozmawiać we własnym języku, internet właśnie wyszedł z internetu.
Piotr F itowski mówił podczas marszu wprost:
– Ta agresja z internetu wylała się na nasze ulice. Ludziom dzieje się krzywda i po prostu się na to nie godzimy. Chcemy, żeby wiedzieli, iż stoimy za nimi murem i nigdzie się nie wycofamy.
Fitowski zwracał przy tym uwagę na odpowiedzialność polityków.
– Słowa, które wypowiadacie, naprawdę wiele ważą i wpływają na losy tysięcy ludzi. Uważajcie, jak mówicie, do kogo mówicie i na kogo nasyłacie swoich ludzi – apelował.
Najostrzej powiedział to jednak poseł Koalicji Obywatelskiej Witold Zembaczyński. Nie mówił już o anonimowym internecie. Wskazał polityków z nazwiska.
– Ta nienawiść jest obecna nie tylko w internecie, ale również w polskim Sejmie. Ta ksenofobia ma również opolską twarz Janusza Kowalskiego – mówił.
Według Zembaczyńskiego część prawicy zaczęła kopiować język i metody Grzegorza Brauna, przesuwając w ten sposób granice tego, co w debacie publicznej uchodzi za dopuszczalne.
– Im bardziej politycy próbują go kopiować, mówią jego językiem i robią podobne akcje, tym szerzej otwiera się okno Overtona – przekonywał.
To był najmocniej polityczny fragment niedzielnego marszu. Zembaczyński nie pozostawił wątpliwości, kogo uważa za odpowiedzialnego za podsycanie społecznej niechęci.
– To, dlaczego tu dzisiaj wyszliśmy, ma swoje imię i nazwisko. Nazywa się Braun, nazywa się Kaczyński, nazywa się Mentzen, nazywa się Kowalski – zakończył.
Można się z taką diagnozą zgadzać albo nie. Można uznać ją za zbyt ostrą. Ale trudno już udawać, iż język polityki nie ma znaczenia.
Ma.
Jeżeli przez tygodnie czy miesiące opowiada się ludziom, iż jakaś grupa jest zagrożeniem, pasożytuje, zabiera, wykorzystuje, jest gorsza albo niepożądana, nie wszyscy potraktują to jako retorykę kampanii wyborczej. Ktoś w końcu uzna, iż skoro wskazano wroga, wolno potraktować go jak wroga.
Dlatego nie przekonuje mnie argument: „przyszło tylko 150 osób”.
W demokracji sens demonstracji nie zależy od tego, czy zapełni cały plac. Szczególnie demonstracji organizowanej nie w obronie własnej pensji, emerytury czy interesu zawodowego, ale w obronie ludzi, których część uczestników prawdopodobnie choćby nie zna.
Marcin Oszańca z opolskiego PSL ujął rzecz krótko:
– Nie ma naszej zgody na agresję, nienawiść i szczucie, bez względu na to, kogo dotykają. Patriotyzm oznacza troskę o wspólnotę, bezpieczeństwo i drugiego człowieka. Patriota nie jest kurierem propagandy Putina i nie pomaga skłócać naszego społeczeństwa.
I może właśnie tu znajduje się najważniejszy sens niedzielnego marszu. Nie w liczbie uczestników. Nie w partyjnych flagach. choćby nie w przemówieniach polityków.
Najczęściej skandowanym podczas marszu hasłem było: „Polska domem dla wszystkich”. To zdanie można uznać za naiwne. Można je wyśmiać. Można pod nim natychmiast napisać komentarz o Wołyniu, migrantach, świadczeniach, Banderze albo o tym, kto komu co zabiera.
Internet przyjmie wszystko. Ale na ulicy sprawa robi się znacznie prostsza. Albo godzimy się na to, żeby człowiek bał się mówić po ukraińsku w centrum polskiego miasta, albo się na to nie godzimy.
W niedzielę w Opolu 150, może 250 osób powiedziało, iż się nie godzi.
Wolałbym, żeby było ich kilka tysięcy.
Ale od czegoś trzeba zacząć.
Fot, Facebook




![Radość, muzyka i wielkie serca. Tak bawił się Wach na wyjątkowym festynie rodzinnym! [ZDJĘCIA]](https://www.eostroleka.pl/luba/dane/pliki/zdjecia/2026/771677991_1539064797697522_3741442295747497269_n.jpg)







