W polskiej polityce są postacie, które choćby po opuszczeniu najważniejszego urzędu nie potrafią zniknąć ze sceny z godnością. Andrzej Duda bezsprzecznie należy do tej kategorii . Jego najnowsze wypowiedzi o ewentualnej gotowości do objęcia teki premiera brzmią jak starannie odmierzony sygnał: były prezydent robi, co może, by przypomnieć o swoim istnieniu – i o tym, iż wciąż liczy się w politycznej układance Prawo i Sprawiedliwość.
„Żadne ścieżki się nie rozeszły definitywnie” – mówi Duda w rozmowie z „Faktem”, jakby chciał rozwiać wszelkie wątpliwości. To zdanie, powtarzane z charakterystyczną dla niego rozwlekłością, nie jest przypadkowe. Były prezydent przypomina, iż polityka to gra długiego dystansu, a on sam nie zamierza zostać jej biernym obserwatorem. Problem polega na tym, iż ta deklarowana elastyczność brzmi dziś bardziej jak prośba o uwagę niż realny plan.
Duda z pietyzmem rekonstruuje własną historię sukcesu. „Prawo i Sprawiedliwość wystawiło mnie jako swojego kandydata i wspierało mnie, dzięki czemu ja wygrałem wybory prezydenckie” – podkreśla. I zaraz dodaje: „Ja bym nie wygrał, gdyby ich nie było. I oni by nie wygrali, gdyby mnie nie było”. To klasyczna narracja symbiozy, w której były prezydent stawia się w roli współtwórcy zwycięstw obozu władzy. Tyle iż w tej opowieści brakuje jednego elementu: refleksji nad własnymi porażkami i kosztami tej współpracy.
Bo przecież prezydentura Dudy była w dużej mierze zapamiętana jako czas podporządkowania się partyjnej dyscyplinie. Weto – rzadkie i ostrożne. Samodzielność – ograniczona. Gdy dziś były prezydent mówi o „znajdowaniu płaszczyzny porozumienia”, trudno nie odnieść wrażenia, iż to eufemizm dla powrotu do dobrze znanej roli lojalnego wykonawcy. W tym sensie zapowiedź rozważenia funkcji premiera nie jest obietnicą nowej jakości, ale kontynuacją starego schematu.
Duda próbuje jednocześnie zabezpieczyć się na wypadek krytyki. „Nie ma takiej politycznej ambicji” – deklaruje, by chwilę później tłumaczyć, jak bardzo ryzykowne jest dziś objęcie funkcji premiera. „Można po prostu zawieść, sprawując tę rolę” – przyznaje z niespodziewaną szczerością. Ta ostrożność brzmi niemal jak prewencyjne alibi: jeżeli propozycja się pojawi, będzie ją „rozważał”; jeżeli nie – zawsze można powiedzieć, iż brak ambicji był wyborem, nie porażką.
W istocie jednak te wypowiedzi więcej mówią o kondycji samego byłego prezydenta niż o realnych planach politycznych. Duda, który przez lata był centralną postacią obozu władzy, dziś znajduje się na jego peryferiach. Jego głos nie wyznacza już kierunku debaty, a nazwisko nie elektryzuje elektoratu. Stąd prawdopodobnie potrzeba głośnego przypomnienia: „jestem, obserwuję, wciąż mogę się przydać”.
Styl tej autoprezentacji jest aż nazbyt znajomy. Dużo słów o odpowiedzialności, jeszcze więcej o trudnych czasach, kilka konkretów. To retoryka, która w czasie prezydentury stała się znakiem firmowym Dudy i która dziś wraca jak echo dawnych przemówień. Problem w tym, iż echo nie zastąpi nowego głosu.
Były prezydent zdaje się nie dostrzegać, iż polityczna scena zmieniła się szybciej, niż on sam. Próba powrotu do pierwszego szeregu poprzez deklaracje i sentymentalne wspomnienia wspólnych zwycięstw z PiS wygląda bardziej na gest rozpaczy niż na przemyślaną strategię. Andrzej Duda robi więc, co może, by przypomnieć o swoim istnieniu. Pytanie tylko, czy ktokolwiek – poza nim samym – naprawdę jeszcze na to czeka.

12 godzin temu











