Nawrocki posłuchał Tuska. Kaczyński mu tego nie wybaczy?

3 godzin temu
Zdjęcie: Nawrocki


Karol Nawrocki się ugiął. I to nie w sensie spektakularnej kapitulacji, ale w dziedzinie najważniejszej dla państwa: uznał, iż w polityce zagranicznej nie da się funkcjonować wbrew rządowi, ignorując realia międzynarodowe i konstytucyjny podział kompetencji. Inauguracja Rady Pokoju w Davos, firmowanej przez Donalda Trumpa, stała się pretekstem do cichej, ale znaczącej korekty kursu ze strony prezydenta. Korekty, której głównym architektem okazał się Donald Tusk.

Premier, przebywający w tym czasie na urlopie w Dolomitach, nie był obecny fizycznie w Davos, ale politycznie był tam wyraźnie. „W Davos zgodnie z rządową rekomendacją” – napisał na platformie X, dając do zrozumienia, iż decyzje podejmowane przez prezydenta nie są już samotnymi gestami głowy państwa, ale elementem uzgodnionej linii. Tusk dodał też, iż „nasz stały osobisty kontakt w ostatnich dniach przyniósł dobre efekty”. W tym krótkim zdaniu zawiera się więcej realnej polityki niż w wielu wcześniejszych miesiącach publicznych przepychanek między Pałacem Prezydenckim a Kancelarią Premiera.

W Davos zgodnie z rządową rekomendacją. Bezpieczeństwo Polski wymaga współpracy między prezydentem i premierem, zgodnie z konstytucyjnymi zasadami. Nasz stały osobisty kontakt w ostatnich dniach przyniósł dobre efekty.

— Donald Tusk (@donaldtusk) January 22, 2026

Jeszcze niedawno wydawało się, iż Nawrocki będzie próbował budować własną, równoległą politykę zagraniczną, flirtując z inicjatywami w stylu Trumpowskiej Rady Pokoju. I kierując się dyrektywami płynącymi z Nowogrodzkiej. Dokument założycielski tej struktury podpisał w Davos Viktor Orbán, jako jedyny przywódca z Unii Europejskiej. Polska tym razem się wstrzymała. I nie był to przypadek.

Szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej, Marcin Przydacz, mówił wprost o potrzebie „więcej czasu, informacji i więcej analiz, aby móc podjąć finalnie dobrą decyzję”, podkreślając przy tym „kwestie prawne w zgodzie z polską konstytucją i polskim ustawodawstwem”. To język ostrożności, proceduralności i instytucjonalnego myślenia – a nie politycznego impulsu. Innymi słowy: dokładnie tego, czego domagał się Tusk.

Premier od początku swojej kadencji konsekwentnie powtarza, iż bezpieczeństwo Polski „wymaga współpracy między prezydentem i premierem, zgodnie z konstytucyjnymi zasadami”. To nie jest efektowna fraza na Twittera, ale fundament nowoczesnej polityki zagranicznej. Tusk zdaje się rozumieć, iż w świecie wojny w Ukrainie, napięć na linii USA–Chiny i niepewnej przyszłości Unii Europejskiej, wewnętrzne spory kompetencyjne są luksusem, na który Polski nie stać.

Nawrocki, przynajmniej w tej sprawie, to zrozumiał. Zamiast jechać do Davos jako symbol „niezależnej” prezydentury, wybrał wariant konsultacyjny, miękki, podporządkowany rekomendacjom rządu. Dla części jego elektoratu może to wyglądać jak słabość. W rzeczywistości jest to pierwszy od dawna sygnał dojrzałości.

Tusk z kolei pokazał klasę polityczną, której w polskim życiu publicznym od lat brakuje: nie triumfował, nie wyśmiewał, nie urządzał pokazowych konferencji. Wystarczyły dwa zdania na X i spokojna narracja o „dobrych efektach” rozmów. Bez presji, bez szantażu medialnego, bez demonstracyjnych gestów siły. Właśnie tak działa skuteczna władza – poprzez negocjacje, a nie widowisko.

W tym sensie decyzja Nawrockiego jest również ciosem w narrację, którą od lat buduje Prawo i Sprawiedliwość pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego. PiS przez osiem lat konsekwentnie próbowało wmówić Polakom, iż silne państwo to państwo permanentnego konfliktu: z Brukselą, z Berlinem, z „liberalnymi elitami”, a w razie potrzeby także z własnym rządem. Prezydent miał być w tej wizji nie arbitrem, ale partyjnym komisarzem, przedłużeniem Nowogrodzkiej w Pałacu.

Kaczyński zbudował model władzy oparty na chaosie kompetencyjnym i polityce faktów dokonanych. Prezydent Duda przez lata podpisywał wszystko, co przynosiła mu partia, a polityka zagraniczna była improwizowaną mieszaniną resentymentów, obsesji na punkcie suwerenności i demonstracyjnego lekceważenia sojuszników. Efekt? Marginalizacja Polski w UE, utrata wpływów i reputacja kraju wiecznie obrażonego na rzeczywistość.

Na tym tle obecna sytuacja wygląda jak zerwanie z pisowskim stylem uprawiania państwa. Nawrocki – wbrew temu, czego prawdopodobnie oczekiwałby Kaczyński – nie pojechał do Davos, by robić ideologiczne show i budować alternatywną dyplomację w stylu Orbána. Zamiast tego wybrał konsultacje z rządem i język procedur. Dla PiS to sygnał alarmowy: prezydent, który zaczyna słuchać Tuska, przestaje być politycznym narzędziem partii.

Tymczasem rzeczywistość brutalnie weryfikuje pisowskie dogmaty. Polska nie jest samotną wyspą, nie może prowadzić polityki zagranicznej jak partyjnej kampanii wyborczej, a prezydent nie jest rzecznikiem jednej formacji. Kaczyński przez lata udawał, iż tego nie widzi. Tusk – przeciwnie – od początku mówi wprost: albo instytucje współpracują, albo państwo staje się karykaturą.

Największym przegranym tej historii nie jest więc ani Trump, ani Orbán, ani choćby Nawrocki. Największym przegranym jest Jarosław Kaczyński i jego wizja Polski jako kraju permanentnie skłóconego, obrażonego i zarządzanego przez polityczną sektę. W Davos nie doszło do żadnego przełomu geopolitycznego, ale doszło do czegoś znacznie ważniejszego: symbolicznego końca mitu, iż „prawdziwa suwerenność” polega na ignorowaniu własnego rządu.

A Donald Tusk? Wystarczyło, iż zachował się jak premier normalnego państwa. I to – po ośmiu latach rządów PiS – okazało się dla wielu najbardziej rewolucyjnym doświadczeniem.

Idź do oryginalnego materiału