W polityce międzynarodowej bywają momenty, w których słowa ważą więcej niż dywizje. Takim momentem są dziś relacje wewnątrz NATO, nadwyrężane nie przez zewnętrznych wrogów, ale przez napięcia pomiędzy sojusznikami. W tej sytuacji głos Donald Tusk brzmi jak przypomnienie elementarnych zasad, na których Zachód budował swoje bezpieczeństwo przez dekady – zasad, o których zbyt łatwo zapomnieć w epoce politycznych fajerwerków.
Reakcja polskiego premiera na wypowiedzi Donald Trump dotyczące Grenlandii była jednoznaczna. „Żaden członek paktu Północnoatlantyckiego nie powinien grozić innemu” – powiedział Tusk przed wylotem do Paryża, gdzie odbywał się szczyt tzw. koalicji chętnych. To zdanie, z pozoru oczywiste, dziś nabiera ciężaru deklaracji programowej. Bo jeżeli w Sojuszu zaczyna się tolerować język nacisku i siły, to sama idea wspólnej obrony traci sens.
Premier nie uciekał w dyplomatyczne półsłówka. Podkreślił, iż „jakiekolwiek próby rozbicia paktu Północnoatlantyckiego nie spotkają się z akceptacją”. To istotny sygnał wysyłany nie tylko do Waszyngtonu, ale i do europejskich stolic, które z niepokojem obserwują powrót imperialnej retoryki – choćby jeżeli tym razem pada ona z ust formalnego sojusznika. NATO, jak przypomniał Tusk, nie jest klubem, w którym silniejszy może straszyć słabszego, ale wspólnotą opartą na zaufaniu i solidarności.
Spór wokół Grenlandii dotyka wprost Dania, a pośrednio całej Europy. Tusk jasno zaznaczył, iż „solidarność europejska i poszanowanie integralności państw europejskich to elementarne kwestie” oraz iż Kopenhaga „może liczyć na solidarność całej Europy”. To nie tylko gest wobec jednego kraju, ale także sygnał, iż Unia Europejska nie zamierza być biernym obserwatorem, gdy podważane są jej podstawowe interesy i wartości.
Jednocześnie polski premier unikał antyamerykańskiej histerii. Przeciwnie – wyraźnie zaznaczył, iż relacje transatlantyckie pozostają fundamentem bezpieczeństwa. W świecie, w którym Rosja prowadzi agresywną politykę, a globalne napięcia narastają, osłabienie więzi z USA byłoby strategicznym błędem. Dlatego – jak mówił Tusk – trzeba zrobić wszystko, by relacje te nie ucierpiały na skutek „zapowiedzi, decyzji czy nieporozumień”. To podejście dojrzałe: stanowcze wobec gróźb, ale zarazem świadome realiów geopolitycznych.
W tle tych słów kryje się doświadczenie polityka, który pamięta, czym kończy się rozpad solidarności Zachodu. Tusk nie mówi z pozycji moralnego kaznodziei, ale pragmatyka. Gdy zauważa, iż „NATO traciłoby sens, jeżeli w jego obrębie dochodziłoby do sporów”, dotyka sedna problemu. Sojusz wojskowy nie jest bowiem tylko zbiorem traktatów, ale wspólnotą interesów i zaufania. Bez tego choćby najpotężniejsze armie kilka znaczą.
W czasach, gdy polityka coraz częściej opiera się na prowokacji i krótkotrwałym medialnym efekcie, stanowisko Tuska przypomina o wartości spokojnego, odpowiedzialnego przywództwa. Poparcie dla premiera w tej sprawie nie jest kwestią partyjnej sympatii, ale zdrowego rozsądku. Obrona NATO przed wewnętrzną erozją to dziś jedno z najważniejszych zadań europejskich liderów. A przypominanie sojusznikom, iż siła Zachodu leży w jedności, a nie w groźbach, jest nie tylko uprawnione – jest konieczne.

1 dzień temu









