Jarosław Kaczyński znów wyszedł do kamer w roli trybuna ludowego. Tym razem w obronie rolników protestujących przeciwko umowie handlowej Unii Europejskiej z Mercosur. Prezes Prawo i Sprawiedliwość bił na alarm, wzywał do narodowej mobilizacji i przekonywał, iż protesty są nie tylko prawem, ale wręcz „obowiązkiem” obywatelskim. Brzmi to patetycznie, niemal podniośle. Problem w tym, iż ta retoryka jest aż nazbyt znajoma — i coraz mniej wiarygodna.
„Warto bić na alarm i trzeba pamiętać, iż to jest sprawa wszystkich Polaków” — mówił Jarosław Kaczyński, zapewniając, iż rolnicy bronią nie tylko własnego bytu, ale „polskiego interesu narodowego”. To klasyczny chwyt prezesa PiS: zawłaszczyć protest społeczny, nadać mu rangę narodowej misji i ustawić siebie w roli głównego interpretatora interesu państwa. W tej narracji każdy, kto zadaje pytania lub próbuje niuansować problem, staje się niemal sabotażystą.
Kaczyński straszy „żywnością niespełniającą standardów”, zagrożeniem dla zdrowia i katastrofą eksportową. Mówi o „sukcesie ostatnich trzydziestu lat”, który ma zostać zaprzepaszczony. Tyle iż umowa z Mercosur nie spadła z nieba w dniu zaprzysiężenia rządu Donald Tusk. Była negocjowana przez dwie dekady — także w czasie, gdy PiS sprawował pełnię władzy, miał prezydenta, rząd i większość parlamentarną. Wtedy jednak temat nie nadawał się na polityczny alarm.
Dziś Kaczyński twierdzi, iż „władza próbuje manipulować”, a społeczeństwo jest „wprowadzane w błąd”. To wygodne odwrócenie ról. Partia, która przez lata uczyniła z manipulacji i straszenia podstawowe narzędzia polityki, nagle odkrywa w sobie wrażliwość na prawdę i przejrzystość. Prezes PiS mówi o sprzecznych komunikatach rządu, ale nie wspomina o własnych rządach, w których chaos decyzyjny i propagandowe przekazy były normą.
Szczególnie ironiczne są słowa o „możliwości blokowania”. Kaczyński z dumą przypomina, iż PiS potrafił blokować unijne rozwiązania, choćby w sprawie migracji. Rzeczywiście — blokował, izolował Polskę i psuł relacje z partnerami, czego efektem było osłabienie pozycji negocjacyjnej kraju w UE. Dziś ten sam polityk dziwi się, iż Polska nie potrafi zbudować skutecznej mniejszości blokującej. To nie jest przypadek, to konsekwencja.
Prezes PiS mówi o „kryzysie, który niemal na pewno doprowadzi do bardzo głębokiego kryzysu rolnictwa”. Język apokalipsy ma swoją funkcję: mobilizuje elektorat i odwraca uwagę od faktu, iż PiS przez osiem lat nie stworzył długofalowej strategii dla polskiej wsi. Transfery socjalne zastępowały reformy, a realne problemy strukturalne były zamiatane pod dywan. Teraz Kaczyński staje na czele protestu, który jest również efektem tych zaniedbań.
Najbardziej uderza jednak moralizatorski ton. „To jest ich prawo, a można choćby zaryzykować stwierdzenie, iż to jest ich obowiązek” — mówi prezes PiS o protestujących. W ustach polityka, który regularnie podważał prawo do protestu swoich przeciwników, brzmi to jak ponury żart. Prawo do demonstracji jest święte tylko wtedy, gdy służy partyjnej narracji.
Kaczyński nie tyle wspiera rolników, ile wykorzystuje ich gniew jako paliwo polityczne. Zamiast rzeczowej debaty o realnych skutkach umowy z Mercosur proponuje znany spektakl: wielkie słowa, wskazanie winnych i obietnicę, iż „my byśmy to zablokowali”. To polityka alarmu permanentnego — skuteczna medialnie, ale jałowa dla państwa. Rolnicy zasługują na coś więcej niż kolejne wystąpienie prezesa, który głośno bije na alarm, choć sam przez lata spał na dyżurze.

10 godzin temu














