Największa elektrownia w Polsce prawie cała stanęła. „Zgasły światła, urządzenia przestały działać”

2 godzin temu

To był poniedziałek, 17 maja, 2021 roku. Kolejna popołudniowa zmiana w bełchatowskiej elektrowni nie zapowiadała nadzwyczajnych wydarzeń, które miały za chwilę nastąpić. Wszystkie bloki pracowały zgodnie z planem, co potwierdzały wszystkie wskaźniki na ogromnych pulpitach w pomieszczeniach nastawni boków, które wskazywały parametry pary, temperaturę w kotle czy ilość produkowanego prądu. Minęła właśnie godz. 16.30, gdy nagle w jednej sekundzie zgasły światła. Setki lampek i światełek migających jeszcze chwilę wcześniej na pulpitach sterowniczych przestały działać. Rozdzwoniły się telefony. Dyżurni ruchu próbowali ustalić co się adekwatnie stało. Po chwili okazało się, iż nie działa... aż dziesięć spośród jedenastu pracujących bloków Elektrowni Bełchatów.

Szybko ustalono, iż problem nie leży jednak po stronie elektrowni. Do awarii doszło w oddalonej o kilka kilometrów rozdzielni w Rogowcu, należącej do Polskich Sieci Elektroenergetycznych. Pracownicy ustalili, iż zadziałały systemy zabezpieczeń elektrowni. Bloki zareagowały poprawnie – wyłączyły się automatycznie, tak jak powinny. W tym samym czasie prąd produkował najmłodszy w elektrowni blok 858 MW. Dlaczego wciąż działał, w przeciwieństwie do pozostałych? Wyprowadzenie mocy z tego bloku skierowane było do innego węzła rozdzielczego – oddalonego o 42 km od elektrowni.

Pracownicy elektrowni wspominają, iż samo zdarzenie było dla wszystkich szokiem. W kilkudziesięcioletniej historii zakładu nigdy bowiem nie doszło do sytuacji, gdy w jednej chwili wyłączyło się aż dziesięć bloków energetycznych. Sytuacja była o tyle groźna, iż bełchatowski gigant jest największą elektrownią w Polsce, która zapewniał choćby do 20 proc. krajowego zapotrzebowania na prąd. Tymczasem w jednej chwili z krajowego systemu elektroenergetycznego wypadły jednostki o łącznej mocy ok. 3600 megawatów.

Nocna "reanimacja" bloków Elektrowni Bełchatów

Pamiętnego 17 maja wydarzenia w bełchatowskiej elektrowni potoczyły się błyskawicznie. Na miejscu pojawiła się dyrekcja i główni inżynierowie, wezwani zostali również operatorzy i specjaliści. Sytuacja była bowiem poważna. Na nowo trzeba było uruchomić bowiem… aż dziesięć bloków. Elektrownia działa jak jeden wielki organizm. To nie tylko ogrzewany węglem kocioł produkujący parę, która napędza turbinę, aby następnie uruchomić generator. Presja była ogromna, bo czas uciekał, a każda mijająca godzina oznaczała milionowe straty. Najpierw przywrócono zasilanie w samej elektrowni. Elektrycy uruchomili zasilanie rezerwowe i tzw. zabezpieczające m.in. z agregatów prądotwórczych.

https://ddbelchatow.pl/wydarzenia/kopalnia-i-elektrownia/najwiekszy-pracodawca-w-woj-lodzkim-proponuje-odprawy-za-odejscie-z-pracy-nie-kazdy-moze-dostac-zgode/qexT4S8867amszHjv7nc

Sami pracownicy przyznają, iż „przywrócenie do życia” pierwszych bloków energetycznych w zaledwie sześć godzin po zdarzeniu, było wręcz karkołomnym wyczynem. Wymagało to sprawnej koordynacji. Bloki trzeba było uruchamiać etapami. Jak tłumaczyli wówczas energetycy, nie można było zrobić tego równocześnie, bo na to nie pozwala technologia. Czynnikiem niezbędnym do uruchomienia i pracy bloków jest para, którą do ponownego uruchomienia pierwszej z nieczynnych jednostek… „pożyczono” z bloku 858 MW. Była ona potrzebna bowiem do rozpalenia kotła pierwszego z niepracujących bloków. Energetycy spisali się na medal i po zaledwie nieco ponad sześciu godzinach, tuż po godz. 23 uruchomiono blok nr 9. Chwilę później zaczęła działać „jedenastka”. Ci, którzy byli na miejscu, mieli jednak świadomość, iż przed nimi jeszcze długa noc, bo prąd musiał popłynąć jeszcze z pozostałych ośmiu jednostek. Już we wtorek, 18 maja, sześć minut przez pierwszą w nocy został uruchomiony turbozespół bloku nr 10. Dwie godziny później działał już blok nr 4. Tuż przed świtem o godz. 4:23 uruchomiono „piątkę”. Nad ranem o godz. 6:18 włączono blok nr 3. „Siódemka” jeszcze nad ranem o godz. 8:10, a blok nr 8 o 11:45, natomiast „dwójka” godzinę później. Ostatni z bloków – oznaczony numerem sześć – został zsynchronizowany z siecią już wieczorem o godz. 20.10.

- To było pierwsze takie zdarzenie. Nigdy w historii elektrowni nie wypadło dziesięć bloków jednocześnie. Myślę, iż w tym trudnym momencie energetycy z Bełchatowa pokazali wielkie umiejętności i zespołowość. Nie zawiedli w najtrudniejszym momencie – powiedział wówczas jeden z pracowników elektrowni.

Załogę chwaliła ówczesna prezes PGE GiEK, Wioletta Czemiel-Grzybowska, która podkreśliła, iż tylko dzięki procedurom kryzysowym i profesjonalizmowi pracowników, tak gwałtownie udało się przywrócić bloki do pracy. Zaznaczono wówczas, iż wyłączenie 10 bloków nie było spowodowane awarię jakiegokolwiek urządzenia czy instalacji na terenie elektrowni. Koncern PGE GiEK wskazywał wówczas na awarię rozdzielni w Rogowcu należącej do Polskich Sieci Elektroenergetycznych.

Dlaczego doszło do awarii i wyłączenia Elektrowni Bełchatów?

Już kilka tygodni później Polskie Sieci Elektroenergetyczne, do których należy obiekt, mówiły o możliwym błędzie ludzkim. Później taką wersję zdarzeń potwierdzał również prezes spółki. Wyjaśnieniem całego zdarzenia zajęła się specjalnie powołana przez PSE - Komisja Badania Zakłócenia. W lipcu 2021 roku opublikowano ustalenia komisji, która podała przyczynę awarii w rozdzielni i późniejszego wyłączenia bloków elektrowni. W dniu zdarzenia trwały prace związane z instalacją nowej automatyki oraz czynności łączeniowe.

Jak podkreślono w raporcie, wykonane one zostałyby z nastawni stacji, jednak w tym przypadku to się nie powiodło przez awarię napędu odłącznika szyby obejściowej. Zgodnie z procedurami dwóch dyżurnych stacji miało zamknąć odłącznik na miejscu. Wówczas jeden z pracowników popełnił błąd, których uruchomił cały ciąg zdarzeń.

- Dyżurny, myląc szafki sterowania, podszedł do uziemnika i wyłączył blokadę zabezpieczającą uziemnik przed nieuzasadnionym sterowaniem. Następnie przekonany, iż steruje odłącznikiem, zamknął uziemnik na linię będącą pod napięciem, doprowadzając do zwarcia – informowało PSE.

Komisja badająca całą sprawę ustaliła, iż w normalnych warunkach skutkiem takiego działania byłoby prawidłowe zadziałanie automatyki zabezpieczeniowej. Tak się jednak nie stało i błąd miał katastrofalne skutki. Dlaczego? Okazuje się, iż błąd pracownika może nie byłby tak odczuwalny dla energetyki, gdyby nie… błędy konstrukcyjne sprzed 40 lat, które odkryto sprawdzając uziemienie i rozkopując teren. Źle wykonana siatka uziemiająca sprawiła, iż „bardzo duży prąd zwarciowy”, szukając najkrótszej drogi, aby rozpłynąć się po instalacji uziemiającej, popłynął ekranami kabli sterujących, które nie są do tego przystosowane.

https://ddbelchatow.pl/wydarzenia/kopalnia-i-elektrownia/w-tym-miejscu-moze-stanac-nowa-elektrownia-w-woj-lodzkim-prezes-pge-giek-zdradzil-nowa-lokalizacje/XAEKrgqP8epnkgnqvUwd

W podsumowaniu raportu komisja stwierdziła, że bezpośrednią przyczyną awarii był błąd ludzki, który doprowadził do niespotykanie dużego zwarcia. Zauważono jednak, iż wykonane w latach 80. uziemienie stacji okazało się niezgodne z projektem, a przez to „nie było w stanie odprowadzić dużego prądu zwarciowego pochodzącego z uziemionego pola”. W raporcie eksperci zaznaczyli, iż stacja Rogowiec przechodziła wcześniej wszystkie niezbędne przeglądy i remonty, które nie wykazywały „wady wykonawczej” siatki uziemiającej z etapu budowy stacji.

Na całe szczęście zniknięcie 3,6 GW mocy z krajowej sieci nie doprowadziło do blackoutu. Część energii została zakupiona z zagranicy, skorzystano też z tzw. mechanizmu wymiany nadwyżek regulacyjnych. W sytuacji, gdy większość mocy straciła bełchatowska elektrownia, dyspozytorzy polecili też uruchomienie elektrowni szczytowo-pompowych, a także pracę z pełną mocą innych jednostek wytwórczych. Część bloków energetycznych w kraju została uruchomiona z postoju.

Idź do oryginalnego materiału