Jakiś czas temu moi warszawscy znajomi zapytali mnie o to, co powinni zobaczyć w moim rodzinnym mieście, jeżeli by mieli na to dzień lub dwa. Zacząłem więc pisać i – napisałem. A potem pomyślałem, iż mógłbym ten tekścik dać do przeczytania też innym. Być może choćby niektórzy Wrocławianie znajdą w nim coś, co będzie dla nich interesujące a czego nie wiedzieli? Tak czy owak – zapraszam do lektury.
CO I JAK ZOBACZYĆ WE WROCŁAWIU
(jeśli ma się na to bardzo mało czasu – wariant bardzo wstępny, ledwie podstawowy, wymagający ogromnej rozbudowy)
Przyjeżdżamy pociągiem, więc startujemy ze stacji Wrocław Główny. Możemy rzucić okiem w stronę południową, gdzie jest największa dzielnica miasta o nazwie Krzyki, kiedyś w części zabudowana wręcz pałacami, pełna kamienic z trzystumetrowymi mieszkankami, reprezentacyjnych gmaszysk bankowych i innych. W 1945 z większości tego zostały gruzy.
Jeśli jednak „rzucimy okiem” w tamtą stronę to zobaczymy (na lewo) gmaszysko dyrekcji kolei, które w wielu filmach udawało Kancelarię Rzeszy (czy inny istotny urząd). Jakimś cudem to przetrwało i to mimo tego, iż wielodniowe bitwy toczono tam jeszcze po zakończeniu wojny (zapijaczeni ruscy maruderzy upatrzyli sobie to miejsce jako jeden z terenów swoich orgii, które NKWD uznawało za zbyt mało socjalistyczne, więc dokonywało szturmów, przed którymi ci w środku, wiedząc co ich czeka, zaciekle się bronili).
Na prawo od tego gmachu stoi galeria Wratislavia z dworcem autobusowym. Do 1945 roku stał w tym miejscu gigantyczny kościół Zbawiciela. Powstał w XIX w. w wyniku „rywalizacji świątyniowej”. Polegała ona na tym, iż najpierw w samym środku Wrocławia Żydzi zbudowali drugą największą synagogę w Niemczech (słynny architekt Oppler im zaprojektował) z kopułą sięgającą 86 metrów. Trochę to Niemców wkurzało, bo w nieco ponad półmilionowym wtedy mieści Żydów było ze 20 tysięcy a większość mieszkańców miasta stanowili ewangelicy. No i ci ostatni wściekli się, kiedy na północ od centrum (częściowo nielegalnie, bardzo pospiesznie) powstał ogromny neogotycki kościół św. Michała Archanioła. Nie dość, iż katolicki to zwany polskim, bo tamta część miasta zwana była Polnische Neudorf i miała bardzo polską historię (kiedyś stało tam Opactwo Ołbińskie z czterema kościołami, w tym największym romańskim w tej części Europy a do tego wszystko ufundowane przez palatyna Bolesława Krzywoustego – Piotra Włostowica). No więc kiedy niemieckim ewangelikom oprócz synagogi dominującej nad centrum miasta wyrósł katolicki gigant z wielką wieżą – to się wściekli. Bo to oni przecież w mieście dominowali a katolicy nie dość, iż mieli katedrę i inne wielkie kościoły na Ostrowie Tumskim to jeszcze budują kolejne. Wzięli się więc i od razu zaczęli budować trzy swoje – jeszcze bardziej kolosalne. W tym zbór Lutra na dzisiejszym Placu Grunwaldzkim z grubaśną wieżą sięgającą 130 metrów. Drugi – na dzisiejszym placu Staszica a trzeci właśnie przy dworcu. Po żadnym z tych trzech nie ma dziś śladu. Ten Lutra w 1945 zburzyli sami Niemcy, jak i pół tamtejszej, bardzo bogatej dzielnicy, żeby zbudować lotnisko. Na którym zresztą potem prawie nic nie wylądowało a tym bardziej – nie wystartowało.
Kościołów tych więc nie ma (widać tylko dwie wieże kościoła św. Henryka, który dał się odbudować), ale zobaczyć gdzieś z okolic dworca możemy stojący pośrodku Krzyków wieżowiec. Jeden z najwyższych w Polsce, wraz z galerią budzący w niektórych podejrzenia a propos kompleksów fundatora. Był nim (zanim to dziwo opylił a nakradłszy się zwiał z Polski) niejaki Czarnecki. Ten sam, który podle wykończył Marka Chrzanowskiego z NBP. Absurd tej inwestycji polegał m.in. na tym, iż celem jej zbudowania zburzono poprzedni najwyższy wieżowiec miasta – wzniesiony za Gierka Poltegor (który jest oddzielną opowieścią).
Tak za bardzo, jeżeli czasu mało, to na Krzyki nie warto się wybierać. Warto jednak wiedzieć choćby o Cmentarzu Żydowskim, który wojnę przetrwał a więcej pecha miał potem. Był sobie bowiem taki wojewoda wrocławski, co się nazywał Czuliński, który był piromanem i wrogiem zabytków. W związku z czym po kolei wysadzał je w powietrze. Tak unicestwił największy zespół średniowiecznych młynów wodnych, które stały sobie w środku Wrocławia, zanim Czuliński wysłał tam facetów z dynamitem. Cmentarz żydowski też – najpierw demontował, bo odkrył, iż wiele nagrobków zbudowano z unikatowych surowców (z takich kamieni, których nigdzie już nie ma, bo wszystkie światowe ich zasoby uchodzą za od dawna wyczerpane). Podjął więc decyzję o „przemysłowej eksploatacji kamienia” – z tego cmentarza. W praktyce polegało to na przerabianiu nagrobków na kafelki to łazienek różnych towarzyszy. Szału Czuliński dostał kiedy się dowiedział, iż cmentarz umieszczają na liście zabytków. W przeddzień tego faktu zdążył jednak wysadzić w powietrze wielką kaplicę cmentarną. Nekropolię tę zna każdy, kto oglądał drugi odcinek „Czterech pancernych” – tam to kręcili. A leżą na niej tacy m.in. ludzie jak dziadek Petera Falka (porucznika „Colombo”) czy pradziadek Olivii Newton – John (który był astronomem – odkrywcą planety Neptun). Można zwiedzać – z 80 cmentarzy, jakie miał Wrocław w 1945, ten jest jednym z paru jeszcze istniejących i zachowanym w najlepszym stanie. Był kiedyś wojskowy cmentarz francuski, ale Francuzi wszystkich powykopywani i zabrali do siebie. Jest też wojskowy włoski (Włosi nie powykopywali i zostawili u nas, więc przez cały czas ich mamy). No i jest polski wojskowy – na takiej fajnej górce na obrzeżu osiedla Oporów (w którym od 1945 domki rozdawano profesorom i do dziś jest to jeden z takich „profesorskich kawałków miasta”, ale to daleko od centrum). Był też niemiecki garnizonowy (na rogu Wiśniowej i Ślężnej) pośrodku którego stał grobowiec Clausewitza – jednego z najbardziej w dziejach znanego teoretyka wojskowości. Wykończyła go cholera przywleczona z Polski po Powstaniu Listopadowym (cmentarz choleryczny też był i też dziś go nie ma). jeżeli by się jednak odwiedzało cmentarz żydowski – to tego Clausewitza pochowano niedaleko. W miejscu, gdzie dziś stoi staja benzynowa Shella. Kiedy ją budowali trafili na mnóstwo trumien z Niemiaszkami w jaskrawo – niebieskich mundurach. Wszystkie z XIX wieku a każdy (z setek!) wyglądał tak, jakby wyszedł prosto z fabryki. Kilku nieboszczyków z nich rozebrano i ich mundurki można dziś zobaczyć w Muzeum Arsenału. Resztę tego towarzystwa „przeprowadzono” na dzisiejszy niemiecki cmentarz w podwrocławskich Nadolicach (afera tam była kiedy się okazało, iż pochowano tam, pod flagami UE, Polski i RFN, m.in. zwyrodnialców z komanda Dirlewangera). A w okolicach tych cmentarzy (żydowskiego i tego z tymi w niebieskich mundurach) jest cudem ocalała chyba najcudniejsza w Polsce wieża ciśnień i dwa fajne kościoły w stylu reńskiego romanizmu).
Wracamy na dworzec – zbudowany wg projektu tej samej pracowni Wilhelma Grapowa co dworzec we Lwowie (Wilhelm Grapow – główny architekt). Kiedy powstał (w połowie XIX w.) był jednym z największych na naszej planecie. Pociągi perony wtedy miały w dzisiejszym hallu dworca. Na początku XX w. dla pociągów zbudowali estakadę i to na niej wtedy powstały perony – hall zamiast dla pociągów jest teraz dla pasażerów. Budynek – w stylu neogotyku Tudorów. Na peronie trzecim płyta upamiętniająca ostatnie chwile Zbyszka Cybulskiego (tam w 1967 wpadł pod pociąg i już go nie uratowali). Poprzednim razem Cybulski (jako bohater „Popiołu i diamentu”) zginął paręset metrów od dworca na zachód – zastrzelony przy tejże właśnie estakadzie (kiedy natknął się na żołnierzy przechodząc tunelem pod estakadą). Dziś tam nie strzelają, za to w estakadzie jest ze sto sklepików i knajpek.
Z dworca najlepiej iść w lewo (na zachód). Ulica Piłsudskiego (wcześniej Świerczewskiego a jeszcze wcześniej Gardenstrasse) kiedyś była reprezentacyjna. Teraz raczej nie bardzo, ale stoją przy niej hotele oraz – gmach dawnego Sejmu Śląskiego (często w filmach udaje różne szacowne miejsca). Spotykał się tam Wilhelm II z Mikołajem II a budowniczowie tego neobarokowo – eklektycznego budynku zaskoczyli umieszczeniem w fasadzie głów symbolizujące nacje tworzące ten region – m.in. Polaka i Mongoła (!). Idąc ulicą Piłsudskiego dojdziemy do ul. Świdnickiej, gdzie trzeba skręcić. Stoi tam zespół jakby – pomników dłuta Jerzego Kaliny zatytułowany „Przejście Podziemne”. I oddaje on cześć – ludziom podziemia.
Tej ulicy Świdnickiej już sto lat temu mogło nie być. Architektem miejskim był bowiem wtedy jeden z największych architektów XX wieku Max Berg, który zamierzał Świdnicką zburzyć, by w jej miejscu zbudować autostradę, która przebiegać miała też wschodnią pierzeją Rynku i dalej ulicami Starego Miasta, wyspą św. Macieja na północ… Sto kamienic śródryncza Berg zamierzał zburzyć, by w ich miejscu wznieść mini – dzielnicę drapaczy chmur. Plan swój choćby zaczął realizować burząc kilka renesansowych kamienic i w ich miejscu stawiając wielki betonowy biurowiec (stoi do dziś – teraz jest w nim hotel, do niedawna był bank). Plany Berg wstrzymał po tym, jak wróżka przepowiedziała mu, iż zbudowane przez niego miasto zostanie – zburzone. Na szczęście był przesądy i natychmiast zrezygnował z urzędu architekta miejskiego.
Stojąc przy pomniku „Przejście Podziemne” (obojętnie z której strony ulicy, po jednej postacie wchodzą a po drugiej wychodzą) od strony południowej mamy trochę widoku w kierunku Krzyków i ulicy Powstańców Śląskich. W części – widoku przez przejazd pod estakadą. W 1945 wszystkie te przejazdy były wypełnione tysiącami płyt nagrobkowych, gdyż estakada ta stanowiła ostatnią linię obrony Festung Breslau. Walki nie dotarły jednak do tej linii, twierdza skapitulowała, gdy Ruscy doszli w okolice dzisiejszego Hotelu Wrocław (kilkaset metrów za estakadą), siejąc wokół siebie spustoszenie. A wspomniane nagrobki pochodziły z kilku okolicznych cmentarzy, które też wtedy przestały istnieć, np. żydowskiego, który był w miejscu bloku naprzeciw dworca, tego z neonem „Dobry wieczór we Wrocławiu” (Żydzi mieli kilka cmentarzy, do dziś zachowały się dwa).
Od „Przejścia Podziemnego” idziemy w stronę północną, pod arkadami wielkich kamienic. Zbudowano je po wojnie i zespół ten to mniej więcej połowa wszystkiego, co we Wrocławiu zbudowano w całym powojennym piętnastoleciu. Poza tym budowano bardzo niewiele, jeżeli już to odbudowywano, co się do odbudowy nadawało a przede wszystkim z Wrocławia, co się tylko dało – wywożono. Pośród ruin rozłożono dziesiątki kilometrów tymczasowych torów, na które, do wagonów, ładowano np. średnio pół miliarda cegieł rocznie (stąd mówiło się, iż Wrocław to największa cegielnia świata) a także tramwaje, rzeźbę ogrodową, płyty chodnikowe, latarnie uliczne, wyposażenie kościołów itd. itp. Wszystko jest dziś w Warszawie i to dlatego np. kościół Wszystkich Świętych wszystkie wielkie obrazy ma z Wrocławia (autorstwa Willmana, zwanego śląskim Rubensem), podobnie jak wiele innych, latarnie z Ostrowa Tumskiego świecą dziś na stołecznej Starówce, cała niemal Galeria Sztuki Średniowiecznej warszawskiego Muzeum Narodowego to zabytki z Wrocławia i okolic itd. itp. Dzięki temu wrocławianin w Warszawie czuć się może jak u siebie w domu, bo przynajmniej w Śródmieściu i na Starym Mieście mnóstwo jest tego, co wrocławskie.
Arkadami dochodzimy do Placu Kościuszki. Na środku stało kiedyś Mauzoleum Fryderyka Bogusława Tauentziena. To był taki pruski generał, który cudem ocalił życie w czasie Drugiej Wojny Śląskiej właśnie w tym miejscu i w nim chciał być pochowany. Mauzoleum było śliczne (autorstwa Karla Gotharda Langhansa, znanego głównie jako twórca Bramy Brandenburskiej i prowadzącej do niej Alei Unter den Linden). W 1945 zastąpili to cudeńko „tymczasowym” kamieniem poświęconym bojownikom o niepodległość. „Tymczasowość” trwa do dzisiaj a iż w 1985 roku mój kolega Grzesiek Oszast pomimo obecności licznych patroli zdołał na tym kamieniu wymalować znak Solidarności Walczącej (i uciec im, na kilka godzin kryjąc się w pobliskiej Fosie) ten placyk na środku placu od 2007 roku nosi imię Solidarności Walczącej. Bo farba ze spraya tak mocno się wgryzła w kamień, iż komuniści nie dali rady go usunąć i znak ten widać do dzisiaj.
Plac Kościuszki jest też pamiątką po bracie Napoleona – Hieronimie, który zdobył Wrocław w styczniu 1807, po czym kazał wyburzyć mury obronne i wytyczył m.in. ten plac. Ze zdobyciem Wrocławia bratu Napoleona poszło łatwo nie tylko dlatego, iż miał pod swoją komendą Polaków, ale też prawie połowę pruskiego wrocławskiego garnizonu stanowili Polacy, którzy przy nadarzających się do tego okazjach setkami wiali do Francuzów a jak strzelali w kierunku wszystkiego, ale nigdy – w stronę Francuzów. Krótko potem polscy ułani pod Szczawienkiem tak dowalili Prusakom (mimo, iż było ich co najmniej kilkunastu na jednego Polaka), iż Napoleon obsypał ich jeszcze większą ilością medali, niż po Somosierrze, Fuengiroli i wszystkich innych bitwach całej tamtej epoki. Po tym zwycięstwie masę jeńców, zdobytych armat, broni, taborów – polscy ułani przyprowadzili do Wrocławia. Ale we Wrocławiu współczesnym to temat tabu – o Niemcach tylko dobrze albo wcalem, o Polakach tylko jak najgorzej albo – wcale. Tacy tu rządzą.
Większość dzisiejszej zabudowy Placu Kościuszki jest powojenna, ale stoi przy nim m.in. dawny Werheim, od 1945 zwany PeDeTem, swego czasu największy dom towarowy w Polsce – perełka modernizmu z fasadą pełną rzeźb głów ludzi z dalekich państw i różnych rarytasów z drugiego końca świata. Kiedyś w miejscu tego domu towarowego był cmentarz z kościółkiem św. Łazarza, gdzie najpierw pociechę duchową a potem miejsce w ziemi otrzymywali skazańcy wieszani na szubienicy, stojącej niegdyś tuż przy fosie (skazywano ich, w wielkich ilościach, w sądzie na Ratuszu i prowadzono nieistniejącą dziś ulicą Szubieniczną, wiodącą prosto, mostkami przez dwie fosy, do tego miejsca).
Czyli – jesteśmy przy Fosie, najszerszej w Europie, wykopanej w XIII wieku (choć pomocne było jedno z koryt Oławy, w ogóle koryt rzecznych było tu kiedyś mnóstwo). Jak podejdziemy do białego domku z galerią sztuki (kiedyś była to siedziba odwachu miejskiego) to znajdziemy się w miejscu dawnej Bramy Świdnickiej. Teraz obok mamy pomnik Chrobrego a jak spojrzymy na zachód to zobaczymy wieże czegoś w rodzaju zamku. I rzeczywiście – w połowie XIX wieku Prusacy zbudowali ogromny gmach sądów, z więzieniem, na wzór zamku krzyżackiego z trzema wieżami. Naprzeciw – po drugiej stronie Fosy jest Plac Wolności (bo wiadomo, iż jak więzienie – to obok Wolność) a na nim można wypatrzeć kawałek Narodowego Forum Muzyki. Natomiast w połowie (mniej więcej) drogi między PeDeTem a tymi krzyżackimi wieżami – stała kiedyś śnie ta kolosalna synagoga – ogromna kopuła dominująca nad centrum miasta. Co oczywiście Niemcom działało na nerwy, w związku z czym w Noc Kryształową w roku 1938 ją podpalili a następnego dnia – wysadzili w powietrze. Dziś upamiętnia to pomnik oraz cykliczne Światowe Obchody Rocznicy Nocy Kryształowej. Ku uciesze Niemców (nie chcących u siebie obchodów przypominających ich zbrodnie) i innych wrogów Polski – realizowane są one we Wrocławiu. Skutkiem czego cały świat jest permanentnie nauczany, iż Noc Kryształowa, holokaust i takie rzeczy – to oczywiście dzieło Polaków a nie nikogo innego. Wrocławiem niestety od dziesięcioleci rządzi sztafeta bałwanów nie dostrzegających w tym niczego niewłaściwego (za to honorowanych przez tych zza Odry, a jakże!).
Ruszamy w kierunku północnym, ulicą Świdnicką. Na prawo mamy kościół joannitów – Bożego Ciała (niewiele z niego zostało w 1945 i do dziś wewnątrz jest- pustawy…). Na lewo – operę (znów architekt Langhans, ale już syn tego od Bramy). Cudem w czasie wojny nie oberwała zbyt mocno i już w 1945 wystawiano w niej „Halkę” (niemieccy muzycy grali, Polacy śpiewali i tańczyli). Za operą Hotel Monopol. Kiedyś z balkonu nad wejściem darł się Hitler, potem śpiewał Kiepura, machali do tłumu Picasso i Marlena Dietrich a w środku kręcono mnóstwo filmów („Popiół i diament”, „Konsul” itd.). Za Monopolem – kościół trojga świętych: Stanisława (patrona Polski), Wacława (patrona Czech) i Doroty (patronki osadników niemieckich i pod jej imieniem głównie jest znany). Budować go zaczęto w 1348 na pamiątkę spotkania Kazimierza Wielkiego z Janem Luksemburskim. Jest jedynym gotyckim kościołem Wrocławia, który zachował całość zabytkowego wyposażenia (we wszystkich innych były straszliwe pożary, albo jeszcze gorzej).
Świdnicką dochodzimy do Przejścia Świdnickiego (zwężonego czyli spieprzonego strasznie jedną z absurdalnych decyzji prezydenta Dutkiewicza). Przejście biegnie pod ulicą Kazimierza Wielkiego, która jest w miejscu niegdysiejszej Fosy Wewnętrznej. Było to jeszcze jedno koryto Oławy, które zasypano w XIX w. po epidemii cholery. Takich „ulic wodnych” było w mieście więcej i w wielu miejscach wyglądał Wrocław wtedy prawie jak Wenecja. Obok największa figura Krasnala. Na pamiątkę kilkudziesięciu mających tu kiedyś miejsce happeningów Pomarańczowej Alternatywy. W tym tego, który polegał na tym, iż ludzie z kasownikami stali i każdego zmierzającego do Przejścia pytali, czy ma bilet do Przejścia Świdnickiego. Po czym wywiązywał się szybki dialog: „A to trzeba mieć bilety? Tak, ale płatne od jutra, dziś są bilety bezpłatne, proszę. A, to dobrze, dziękuję. Ciach! Ciach!” Mniejszych krasnali (każdy ma inną nazwę i funkcję – pijak, kolejarz, bankier itd.) są setki.
Świdnicką dochodzimy do Rynku, jednego z największych w Europie, wytyczonego w 1242 roku, na środku mającego kilka ciasno zabudowanych uliczek i przede wszystkim – Ratusz. Gotycko – renesansowy i po prostu fantastyczny. Od dziecka kocham buzię jego zegara słonecznego. Inni kochają Piwnicę Świdnicką – najdłużej (od połowy XIII wieku!) działającą nieprzerwanie knajpę w całej Europie. Kiedyś w Rynku i okolicach było kilkanaście księgarni, teraz jest ponad sto knajp, czasem z własnymi małymi browarami. Bardziej jednak godny uwagi jest pomnik Aleksandra Fredry, XIX – wieczny, przywieziony ze Lwowa. Fredro we Wrocławiu bywał i podobno choćby chciał tu zamieszkać.
Najcenniejsza jest zachodnia pierzeja Rynku, gdzie jest kamienica, w której rezydowali odwiedzający Wrocław królowie Polski (dziś w niej knajpa Dwór Polski) a także Muzeum Pana Tadeusza (z rękopisem), Muzeum Sztuki Medalierskiej i ten gmach, na którym skończyły się marzenia Berga o drapaczach chmur i autostradzie w Rynku. jeżeli pora na obiad to najlepiej z południowo – zachodniego narożnika Rynku (czyli obok tego gmaszyska betonowego) przejść przez sam środek Placu Solnego (nazwa od soli z Wieliczki, którą tu przez wieki sprzedawano) do Zaułka Solnego, gdzie jest knajpka Konspira. Nie tylko najlepsza kuchnia w mieście, ale miejsce z historią, założone przez człowieka, którego w 1983 poznałem na konspiracyjnym kursie sitodruku. W pomieszczeniu zwanym Szafą umieścił fotografie kumpli z podziemia. Do dziś nie wiem, skąd wytrzasnął moją (chyba z Uniwersytetu, bo taką samą mam w dyplomie, po tylu latach tylko niektórzy potrafią mnie na niej zidentyfikować ).
Z tarasy Konspiry mamy widok na dawny gmach Biblioteki Uniwersyteckiej (urządza się w niej teraz oddział Ossolineum) oraz na tzw. Dzielnicę Czterech Świątyń, w której jest kościół św. Antoniego (paulinów), cerkiew katedralna (dawny św. Barbary), Synagoga Pod Bocianem (znów dzieło Langhansa), do której z Konspiry dojdzie się w parę minut, wystarczy schodkami w dół, na drugą stronę Kazimierza Wielkiego i w lewo, w pasaż lub bramę podwórka i jeszcze – kościół ewangelicki. Ten kościół zobaczymy schodząc schodkami i mijając starą Bibliotekę (przy ul. Szajnochy czyli dawnym Końskim Targu). Kościół ten zbudował sobie Fryderyk II po tym, gdy zdobywszy Wrocław stwierdził, iż fajny i iż zrobi sobie z niego jedno z trzech stolic (obok Berlina i Królewca) Królestwa Prus. Od rodziny Spetgenów kupił pałac, który rozbudował w Pałac Królewski. Duża część stoi do dziś (przy ul. Kziemierza Wielkiego właśnie) i od lat jest kolejnym „pomnikiem włazidupstwa proniemieckiego”. Działające w nim muzeum najohydniejszym szumowinom pruskim, włącznie z kanaliami, które zlikwidowały Polskę i polskie insygnia koronacyjne przetopiły na pruskie monety – oddaje się wielkie hołdy. A kościół ewangelicki stary Fryc kazał zbudować tuż obok, coby nie miał do swej kirche za daleko (ledwie zresztą zbudowali wybuchła wieża prochowa, zmiatając i kościół i pół tej dzielnicy, więc trzeba było budować od nowa).
A propos Końskiego Targu – kilkadziesiąt miejsc w tej okolicy ma nazwy od tego, czym w danym miejscu przez długie wieki handlowano. Stąd mamy w różnych częściach Rynku Targ Łakoci, Targ Wełny a do kościoła Marii Magdaleny pójdziemy Kurzym Targiem. A idąc Odrzańską trafimy na Stare Jatki (czyli rzeźnie), gdzie jest jedyny na świecie Pomnik Zwierząt Rzeźnych (nie jestem ani wegetarianinem ani świrem prozwierzęcym, ale ten trącący lewackością pomnik mnie jednak nie oburza – w końcu tyle kurczę tych zwierząt zjadłem… A niech mają za to pomnik!).
Przy Rynku zobaczyć trzeba dwa kościoły. Ten z jedną wieżą to św. Elżbiety, z cudnymi organami a wieża to jeden z lepszych punktów widokowych (ale iść trzeba nogami, windy nie ma). Drugi po drugiej stronie Rynku – z dwoma wieżami (tą z lewej w 1945 Ruscy wysadzili, potem Polacy odbudowali ale już bez jednego z najwspanialszych dzwonów, jaki miała ta część kontynentu). Tu też jest punkt widokowy, tyle iż niższy, ale za to z windą. Kościół należy do „polskokatolików”, więc w kaplicach prowadzi się biznes. A punktem widokowym jest Mostek Pokutnic. Pokutują na nim dusze dziewczyn i kobiet, które nie chciały dać facetom miłości (niektórzy swoje dziewczyny tam przykuwają, jeżeli „nie dość zakochane”). W południowej ścianie św. Magdlaleny jest romański portal z Opactwa Ołbińskiego – tego zniszczonego w XVI wieku a kiedyś stanowiącego wręcz odrębne miasteczko klasztorne (fundacja wspomnianego już Piotra Włostowica). Historycy sztuki są zgodni, iż najcenniejszy ze wszystkich na północ od Alp.
Paręset metrów od kościoła św. Magdaleny jest dom towarowy Kameleon – warto podejść, jeżeli się lubi architekturę nowoczesną. Ten ma ponad sto lat i jego autorem jest Mendelsohn (kuzyn tego Mendelskohn – Bartholdiego od „marszu ślubnego”). Tak w ogóle – jeżeli ktoś lubi architekturę modernistyczną to w bezpośrednim sąsiedztwie Rynku znajdzie dla siebie wiele. A jeżeli ktoś interesuje się zabytkami techniki – to sporo ciekawostek jest tu związanych z inżynierią wodną (śluzy, jazy, tamy, elektrownie stojące w środku miasta wprost na Odrze, gigantyczne wieże ciśnień itd.)
Z kościoła św. Magdaleny idziemy na północ – ulicami Szewską lub (chyba lepiej) Kuźniczą. Do 1335 roku wszystko, co na lewo aż do murów miejskich było dzielnicą żydowską. Po śmierci Henryka VI Dobrego, ostatniego Piasta wrocławskiego, Wrocław zajęli jednak Czesi pod dowództwem Jana Luksemburskiego, który wszystkich Żydów wygonił. I to prawie gołych i bosych, o ile w ogóle żywych. Jeden z nich (bankier czy raczej lichwiarz) próbował ujść z majątkiem, ale nie uszedł daleko – w podwrocławskiej Środzie zakopał skarb znaleziony dopiero po 650 latach a sam wtedy prawdopodobnie zginął. Po tym wypędzeniu ich dzielnicę Jan Luksemburski zamienił w dzielnicę katów i prostytutek. Kaci potem powymierali (popyt na nich się widać skończył) a na te drugie popyt ciągle był i trzymały się tu aż do roku 1945. Prawie same domy uciechy tu przez stulecia stały, co się odciskało na stylu życia studentów i ich zdrowiu (szpitale weneryczne pękały w szwach). Bo kierujemy się właśnie w stronę głównego gmachu Uniwersytetu.
Plac Uniwersytecki – na prawo Collegium Antropologicum, w którym duchowego przełomu doznała św. Edyta Stein i w którym odnaleziono czaszkę córki generała Dowbora – Musnickiego, którą z Katynia przywiózł sobie jeden z niemieckich antropologów (niedawno uroczyście została we Wrocławiu pochowana). Na prawo fontanna z szermierzem, postawiona na początku XX w. i nawiązująca do szermierczych tradycji korporacji akademickich (nieprzyzwoitych opowieści z nim związanych nie godzi się utrwalać w piśmie). Z kielicha fontanny wystają karykaturalne twarze, kiedyś doskonale kojarzone z fizjonomiami znanych profesorów. A przed nami gmach Uniwersytetu, który miał być znacznie większy, ale budowę przerwała w roku 1740 napaść Fryderyka II, który do 1756 wyrywał Śląsk wraz z Wrocławiem z rąk Monarchii Habsburgów, po czym narzucił kontrybucje uderzające m.in. w uczelnię. O jej utworzenie miasto starało się przez 200 lat, w końcu papież zgodził się w roku 1702. Czyli – dziś to po Uniwersytecie Jagiellońskim druga najstarsza uczelnia w Polsce. Zobaczyć w niej trzeba przede wszystkim Aulę Leopoldinę. Można też Aulę Muzyczną i wejść na Wieżę Matematyczną. Zanim zbudowano ten gmach stał tu jeden z czterech wrocławskich zamków piastowskich. Dziś (poza tym, co kryje ziemia) została po nim tylko zakrystia kościoła jezuitów- uniwersyteckiego, przyległego do gmachu uczelni i do którego warto wejść. Potem uliczką prze tym kościołem idziemy w kierunku wschodnim. Z lewej strony budują Muzeum Lubomirskich a na wprost jest dawny Klasztor Krzyżowców z Czerwoną Gwiazdą, w którym od 1945 roku jest Ossolineum. Dobrze jest przejść przez dziedziniec, zajrzeć do ładnego mini – parku i Zaułkiem Ossolińskim podążyć w kierunku południowym – ku Placowi Nankiera (Nankier to biskup z czasów Kazimierza Wielkiego – niezmordowany obrońca polskości Wrocławia i Śląska). Z placu tego, 25 lat przed wyprawą Marco Polo, wyruszył w swą wędrówkę Benedykt Polak – wrocławski franciszkanin, twórca filologii orientalnej, który jako pierwszy Europejczyk dotarł na Daleki Wschód. Po zachodniej stronie placu mamy kościół św. Macieja a po wschodniej – św. Wincentego i Jakuba, od kilkunastu lat w rękach grekokatolików. Jego wnętrze Jan Matejko uwiecznił na obrazie „Klęska Legnicka”. Chyba kończą rekonstruowanie należącej do tego kościoła Kaplicy Hatzfeldów. Zanim spłonęła – była przepiękna a tak w ogóle to kościół ten z wojennych zniszczeń odbudowywano aż do początków XXI wieku. Przy Placu Nankiera pozostało kościół św. Klary a przy nim – Mauzoleum Piastów Śląskich. Idąc z tego placu w kierunku wschodnim mamy na prawo Galerię Foto Medium Art z reliktami romańskiej kamienicy (można zajrzeć z ulicy), na lewo dawny klasztor norbertanów (dziś Wydział Filologiczny) a na wprost halę targową z jedną z pierwszych w Europie konstrukcji żelbetowych. Dalej na prawo – beznadziejnie PRL – owsko odbudowany Plac Nowy Targ. Przed najazdem tatarskim z 1241 roku był tu wrocławski Rynek, potem obok Solnego i Rynku – trzeci główny plac handlowy. Zabudowany ten Nowy Targ jest fatalnie, ale może będzie z nim lepiej, kiedy na jego środek wróci pomnik Neptuna (symbol związku miasta z Hanzą), w XVII wieku wyrzeźbionego przez Jana Urbańskiego. jeżeli jednak iść w tę stronę to przede wszystkim po to, by wejść do kościoła św. Wojciecha. W 1945 zostało z niego niewiele, ale cudem ocalała piękna barokowa Kaplica Błogosławionego Czesława – patrona Wrocławia i prawdopodobnie brata św. Jacka Odrowąża. Czasem pozwalają zwiedzać podziemia – dość fajne (szczególnie jak ktoś lubi stare kolorowe trumny). Kościółek przylegający do św. Wojciecha służy m.in. Ormianom. A ze stojącego tuż obok jeszcze jednego, św. Katarzyny, kiedyś wielkiego, w 1945 zostało tak mało, iż odbudowali tylko jego bryłę oraz gmach klasztoru. Miała być w środku Akademia Muzyczna, ale wyszły – biura i knajpy.
Zasadniczo jednak – trzeba iść w kierunku północnym, przez Most Piaskowy (z 1861, najstarszy z istniejących). Odra jest oczywiście węższa od Wisły a do tego biegnie przez Wrocław kilkoma korytami, stąd wrocławskie mosty są w zdecydowanej większości dużo krótsze od warszawskich (tylko kilka i to tych raczej na obrzeżach miasta ma długość podobną do Mostu Poniatowskiego, choć Rędziński – jest znacznie dłuższy). Za to jest ich we Wrocławiu grubo ponad sto. Piaskowym wchodzimy na Wyspę Piaskową, gdzie po prawej stronie mamy klasztor augustianów (dziś instytuty Uniwersytetu), za nim kościół Najświętszej Marii Panny a po drugiej stronie cerkiew w kościele, kolejny kościół zamieniony w dom klasztorny, kamieniczki, młyny… Skręcając za Najświętszą Marią Panną w prawo widzimy po drugiej stronie Odry pomnik Jana XXIII i romański kościół św. Marcina. W XII wieku wnuk Krzywoustego Bolesław Wysoki zbudował tam zamek a ten kościółek to dawna kaplica zamkowa. Podziemia zamku można zobaczyć wchodząc do klasztoru sióstr Notre Dame (Śmiało! Zapraszają!), w którym jest kawiarenka a w niej zamkowe relikty, m.in. okienko, przez które św. Jadwiga Śląska (żona Henryka Brodatego) rozdawała chleb ubogim. Był to jeden z dwóch pierwszych w Polsce zamków zbudowanych z cegły (ten drugi Bolesław Wysoki zbudował we Wleniu). Można te pozamkowe zakątki obejrzeć a można przejść obok pomnika kardynała Kominka i iść dalej przez Most Tumski (zwany też Mostem Miłości, kiedyś kłódek z wyznaniami były na nim tysiące i pozdejmowano je w obawie, iż most się zawali od ich ciężaru). Za Mostem Tumskim na lewo mamy kościółek św. Piotra, potem barokowy sierociniec dla dzieci szlacheckich i, po lewej, kościół św. Krzyża. Budował go Henryk IV Probus, który o mały włos a zostałby królem, ale go w 1290 otruli i koronę wziął wtedy Przemysł II. A Probus wspomniany przed chwilą zamek rozbudowywał już do rozmiarów królewskich – zasadniczą częścią była gigantyczna wieża – rotunda mieszkalna, największa w średniowiecznej Europie. Gdyby nie truciciele – Wrocław zostałby wtedy stolicą Polski (której historia potoczyłaby się wtedy całkowicie inaczej, osobiście przypuszczam, iż jednak – gorzej). W sprawie tego wielkiego kościoła Probus kłócił się z biskupem, kto ma być jego patronem. Zbudowano więc kościół piętrowy – na dole św. Bartłomieja a na górze – Św. Krzyża. Żeby było zabawniej – do niedawna góra należała do katolików a dół do unitów (ale przeprowadzili się kilkanaście lat temu do wspomnianego już kościoła św. Wincentego i Jakuba). Przez kościołem – największy na świecie pomnik św. Jana Nepomucena, autorstwa Jana Urbańskiego.
Ostrów Tumski był kiedyś wyspą. Przestał nią być w XIX wieku, po zasypaniu jednego z koryt Odry (pamiątką po nim jest staw w Ogrodzie Botanicznym, przylegającym do Ostrowa, przez dużą część roku naprawdę pięknym). Oczywiście – zmierzamy ku katedrze św. Jana. W 1945 Niemcy zgromadzili w niej masę amunicji, więc jak ruska bomba tam wpadła… Wiadomo – odbudowa trwała długo. Ale sporo fajnego ocalało. Zaraz po wejściu, na filarach, widzimy alabastrowe płaskorzeźby znów Jana Urbańskiego. Na jednej z nich nasz znajomy biskup Nankier rzuca klątwę na mniej sympatycznego naszego znajomego – Jana Luksemburskiego. Za prezbiterium katedry jest kilka kaplic, m.in. Elektorska – uchodząca za perłę baroku, z rzeźbami Ferdynanda Brokoffa (autora rzeźb m.in. na praskim Moście Karola).
Na lewo od katedry mamy jeszcze barokowy kościółek św. Idziego, najstarszy w mieście (ufundowany przez Jaksę z Kopanicy, czyli z miasta starszego od Berlina a w miejscu Berlina się wtedy znajdującego, gdzie stolicę słowiańskiego państwa Szprewian miał ten Jaksa – blisko związany z naszym Krzywoustym). Obok pozostało Muzeum Archidiecezjalne (mają m.in. mumię egipską, kiedyś było tych mumii we Wrocławiu więcej, aptekarze je mielili i robili z nich lekarstwa, tej nie zdążono zjeść). No i mają w Archidiecezjalnym „Księgę Henrykowską” z podwrocławskiego Henrykowa, w której w 1270 zapisano pierwsze zdanie w języku polskim. Wychodząc z Ostrowia Tumskiego idziemy w prawo – na Most Pokoju, z którego jest piękny widok i na Ostrów i na Most Grunwaldzki i na Muzeum Narodowe (piękny budynek – dawny gmach Rejencji Śląskiej) a także na Zatokę Gondoli, bulwary i gmaszysko Urzędu Wojewódzkiego (w całych Niemczech nie ma równie okazałej pamiątki architektury Trzeciej Rzeszy). W Muzeum zobaczyć możemy m.in. sarkofagi, np. znanego nam już Henryka Probusa, „Śluby lwowskie” i „Utopioną Bosforze” Jana Matejki (w dzieciństwie bardzo przeżywałem okrucieństwo tego typa, który aż tak surowo karał jedną ze swoich niezliczonych żon a potem dowiedziałem się, iż ten okrutny Hasan to Matejko a piękność wrzucana do wody to Matejki – żona). No i mnóstwo jest w Narodowym innych (Szermentowski, Ślewiński, Gerson, Chełmoński itd. – generalnie fajnie).
Nieopodal Narodowego jest Panorama Racławicka, Muzeum Architektury z kościołem bernardynów, Muzeum Poczty i Komunikacji. Pomnik Juliusza Słowackiego autorstwa tego samego Wacława Szymanowskiego, który wyrzeźbił Chopina dla warszawskich Łazienek. A także Pomnik Katyński, Pomnik Ofiar Rzezi Wołyńskiej. Ma też stanąć pomnik Bartosza Głowackiego (przy rotundzie panoramy), ale jeszcze nie zebrali na to funduszy. Tak w ogóle ta część miasta nazywa się Nowe Miasto (bo dołączone w XIV wieku, sto lat po lokacji), mało z niego zostało w 1945 i kilka tu odbudowano. Przez wieki długo utrzymywała się tu polskość, stąd tutejsze wzgórze nad Bastionem Ceglarskim nosiło i nosi imię Wzgórze Polskie (a na nim był kiedyś pomnik Karla Holteia – autora dramatu o Kościuszce, przyjaciela Polski).
Z tego Nowego Miasta trzeba iść na Most Grunwaldzki, który właśnie chcą zeszwabić umieszczając na nim symbole Hohenzollernów, Prus i Rzeszy Niemieckiej (dobrze, iż nie hakenkrojców). Idąc w stronę tego mostu z prawej strony zobaczyć można kuriozalny obszar zwany Placem Społecznym – symbol klęski wrocławskich urbanistów. Bo od kiedy w 1945 tę część miasta zamieniono w pustynię – nikt nie wie, co z nim zrobić. W oddali widać kościół św. Maurycego. W nim „pochowany” jest m.in. palec Aleksandra Fredry (odrębna opowieść!) i poseł na Sejm Czteroletni Fryderyk Psarski. Widać też wieżę kościoła bonifratrów (w podziemiach którego ojciec Doroteusz ukrywał cała masę alianckich i sowieckich lotników, których Niemcy zestrzelili a nie zdołali złapać) i gotycki kościółek, w którym było leprozorium – szpital chorych na dżumę. A my przez Most Grunwaldzki wchodzimy na Plac Grunwaldzki. Po prawej gmachy Politechniki (to ta druga polowa tego, co we Wrocławiu zbudowano w pierwszym powojennym piętnastoleciu) a po lewej zespół szesnastopiętrowych bloków wg projektu pani Hawrylakowej. Zwany (od kształtu) sedesowcami, bunkrowcami albo (imię nadane w czasach, gdy we Wrocławiu nie było wiele czegokolwiek wyższego) Manhattanem.
Z Grunwaldzkiego należałoby pojechać tramwajem kilka przystanków ulicą Marii Skłodowskiej – Curie w kierunku Biskupina. Po drodze jeden z bardziej urokliwych mostów – Zwierzyniecki (jeden z wielu zbudowanych za pieniądze wydarte Francji po wojnie z roku 1870) i ogród zoologiczny. Największy i najstarszy w Polsce, przed I wojną światową oglądano w nim nie tylko zwierzęta, ale i Murzynów czy Aborygenów (Naprawdę! Też mieli swoje wybiegi, swoje szałasy, ogniska, też się ich dokarmiało i Niemcy sobie przychodzili, patrzyli jak na zwierzaki z sąsiednich wybiegów).
Naprzeciw ogrodu mamy tereny wielkiej fety, jaką Niemcy tu zrobili w stulecie zwycięstwa nad Francuzami i Polakami pod Lipskiem. Zespół Czterech Kopuł autorstwa Hansa Poelziga służył jako muzeum bitwy. W latach PRL – u była tam wytwórnia filmowa, w której nakręcono jedną trzecią ówczesnych polskich filmów. Teraz – znów muzeum, fila Narodowego, wystawy czasowe. Nad wszystkim góruje Hala Ludowa przez renegatów zwana po niemiecku – Stulecia (jakąż trzeba być szują, by tą nazwą oddawać cześć zwycięstwu nad Polakami, którym właśnie tym pruskim triumfem odebrano wtedy niepodległość!). Halę zbudował Max Berg (i moim zdaniem mogłaby się tak nazywać: Hala Berga), jest na liście dziedzictwa Unesco, opisywana w każdym podręczniku architektury nowoczesnej. Prawą ręką Berga był Ryszard Konwiarz, który zaprojektował dużą część otoczenia Hali a także wrocławski Stadion Olimpijski, bezprecedensowe naziemne bunkry przeciwlotnicze (stoją do dziś), elektrownie i sporo innego. W czasach nazistowskich mocno się musiał tłumaczyć z polskiego nazwiska, niestety zadeklarował swą niemieckość i potem wyjechał do RFN. Przy Hali jest też pergola wokół magicznej fontanny (latem barwne pokazy „światło i dźwięk”) oraz iglica – pamiątka po Wystawie Ziem Odzyskanych, niegdyś ponad stumetrowa z lusterkami obracanymi wiatrem, w które jednak walnął piorun i trzeba było je zdjąć. Za to w stanie wojennym taternicy z podziemia na czubku iglicy zawieszali flagę Solidarności.
Oczywiście – we Wrocławiu do zobaczenia jest o wiele więcej. W ogrodzie zoologicznym jest np. Afrykanarium – największe w Polsce oceanarium, czyli wielka szklana podwodna rura, w której można iść i oglądać pływające zwierzaki. Dla wielu hitem jest Hydropolis – muzeum wody i wodociągów. Warto zajrzeć do Muzeum Arsenału i Archeologicznego. Także do Centrum Zajezdnia z historią powojennego Wrocławia. I do siedziby Stowarzyszenia Solidarność Walcząca przy ul. Nowowiejskiej, gdzie Edek Wóltański nie jedno pokaże i opowie o podziemnym Wrocławiu (do tego – po drugiej stronie ulicy jest dom św. Edyty Stein). A wszystko to razem to ledwie minimum minimorum tego, co we Wrocławiu zobaczyć warto. Przyjemnego zwiedzania!
Tak, żyjemy w jednym z najciekawszych polskich miast. Tym bardziej, iż cała powyższa opowiastka to choćby nie telegraficzny skrót opisu tego, czym jest nasz Wrocław.
Artur Adamski

4 dni temu














