Na czym polega nasz „prowincjonalizm”

niepoprawni.pl 1 godzina temu

Nasza kultura nie jest prowincjonalna, powstała na pograniczu dwóch cywilizacji i zaadoptowała kilka kultur mniejszych. Nasz „prowincjonalizm” zaczął rodzić się w okresie zaborów, ale swoją pełnię uzyskał dopiero po II wojnie. Jest więc świeżej daty.

Polska nie posiadała kultury prowincjonalnej ani za Jagiellonów, ani w czasie zaborów, ani w II RP. Prowincjonalna stała się dopiero w PRL Potem została utwardzona w III RP – dlatego, iż tradycyjna inteligencja, która tworzyła międzywojenną Polskę została najpierw zniszczona, a po II wojnie odsunięta od władzy i zastąpiona nową, która kilka miała wspólnego z ciągłością myśli i polską tradycją. Na miejsce wzorca i rdzenia został wstawiony sztuczny zaszczep, który miał oderwać Polaków od 1000 lat swoich dziejów i zniszczyć to, co stare. Wielkość naszej kultury rodziła się przez 10 wieków, małość i prowincjonalność przez 44 lata, ale z iście bolszewicką energią.

Jeszcze przedwojenna polska kultura, przez Normana Daviesa nazwana prawie cywilizacją, potrafiła dobrze poruszać się po dziedzictwie całej Rzeczpospolitej Obojga Narodów i dlatego w 1918 r. mogło powstać prawdziwe niepodległe państwo, które nikogo nie pytało o pozwolenie. Po prostu, kształcone przez burzliwe dzieje polskie elity potrafiły rozmawiać z każdym w ich języku, często znały ich literaturę, wiedziały na co mogą liczyć i jak się zachować. To wszystko po II wojnie straciliśmy. W przełomowym roku 1989 zobaczyliśmy nasz tragizm i naszą słabość. Wszystko, co jeszcze w okresie międzywojennym mieliśmy z natury, po wojnie straciliśmy. Zabrakło elit, które mogłyby objąć rządy, a Solidarność, która była wówczas siłą wiodącą, bała się i zgodziła na „okrągły stół”. Odezwała się Polonia, ale nie została dopuszczona. Społeczeństwo wówczas nie zdawało sobie sprawy w jakim znaleźliśmy się świecie, gdzie jest nasze miejsce i co mamy robić. Uwierzyliśmy we wszystko. Słabość dostała więc swój kształt i postać. Wmawiana nam wyższość socjalizmu nad kapitalizmem ciągnęła się za nami, jak smuga, ale życie podpowiadało coś zgoła innego. Po prostu, zabrakło ludzi, którzy mogli nie tylko stworzyć niezależny rząd, ale również wytłumaczyć narodowi, co ma robić i na czym polega zmiana. Powojenna małość dostała nowe życie i przedłużyła swoją kilkudziesięcioletnią ciągłość. I stało się: jak to mówią, z pustego dzbana choćby Salomon nie naleje.

Z takim bagażem i stanem świadomości weszliśmy w III RP, z takim rozjechaliśmy się po świecie, i zamiast zwozić perły, przywoziliśmy pogardę dla siebie i podziw dla obcości. Zaczęliśmy budować fikcję i pompować małość. Znalem wielu ludzi, którzy przebyli kawał świata, zdobyli duże doświadczenie, ale z braku przygotowania merytorycznego nie potrafili ocenić tego, co widzieli i co przeżyli. Ale poznałem też takich, którzy wiedzieli czego chcieli, ale nie byli w stanie przebić się przez meandry administracyjne i niechęć trzymających władzę. Prowincjonalizm bronił się przed każdą możliwością wyjścia z „dziury”. Chodziło oczywiście nie o powodzenie Polski, ale o utrzymanie tego, co było i pełnego koryta.

Idź do oryginalnego materiału