Myślenie krytyczne pozbawione nadziei jest cynizmem

1 dzień temu

Potrzebujemy nadziei, ale nadziei dojrzałej. Zaktualizowanej o możność krytycznego myślenia. Z funkcją aktywną. Żeby móc obronić własne „ja” – zarówno w dobie skrajności i ideologii, które przychodzą nam tak łatwo, jak i postępującej działalności narzędzi sztucznej inteligencji.

Zadajmy sobie pytanie: czy warto ponownie sięgać po przeczytaną pozycję?Cóż. Czasem warto, czasem nie warto. W przypadku dzisiejszej lektury – akurat warto. Dlaczego? Po co? Raz przeczytane to „odhaczone”! Niekoniecznie.

Po kilku latach raz jeszcze zaglądam w ten sam zbiór. Nadzieja w mroku. Książka sprzed dekady. Trochę o upadku muru berlińskiego i Związku Radzieckiego, nieco więcej o drugiej stronie świata, tej za Wielką Wodą. Kilkanaście esejów o przemianach społeczno-politycznych – z nadzieją w tle. Bo to książka o nadziei. Ale nie tej naiwnej, ckliwie szepczącej, iż wszystko dobrze się skończy. ZAWSZE. Też nie tej posępnej, sceptycznie spoglądającej na społeczne zaangażowanie, bo czego byśmy nie zrobili, to i tak nie ma znaczenia dla perspektywy globalnej. Bo przyglądając się obecnej kondycji społeczeństwa, ciężko oprzeć się wrażeniu, iż tezy płynące z tych historycznych wpisów ponownie stają się aktualne. przez cały czas aktualne .

Z ponurym zdziwieniem zauważam, iż w tej chwili lekcja, jaką wykłada nam Solnit, jest świeższa niż przy pierwszym polskim wydaniu Nadziei… (tj. w 2019 roku, trzy lata po premierze). Równie dobrze ta pozycja mogłaby pojawić się i dziś. Z drobnym uzupełnieniem. Kolejnym esejem. Kolejnym wznowieniem. I wcale nie odczulibyśmy, iż jest przestarzała.

Patrzymy na daty przy wpisach. Historyczne jakieś. 1989. Upada mur w Europie Środkowej. Zmienia się ustrój w wielu krajach. Niektóre z nich odzyskują wolność, inne pojawiają się na mapie jako odrębne byty. O śmiałej demokracji i zmianach rewolucyjnych. 2001 O zniszczeniu dwóch wież. 2003 O reakcji na zło. I późniejszej reakcji na polityczne działania (oddziaływania?). Równie bezwzględnej. Ale i o zmianach, które rozciągają się w czasie.

„Niekiedy zmiana jest tak złożona, jak teoria chaosu i tak powolna, jak ewolucja”. Bo kuszącym jest przekonanie, iż przewroty następują jedynie w wyniku nagłych, choć drobnych globalnie wydarzeń. To uproszczenie zwalnia nas z odpowiedzialności. Nie musimy przyjmować na barki ciężaru uczestniczenia w tym długotrwałym procesie. „Nadzieja jest opowieścią o niepewności, o radzeniu sobie z ryzykiem, jakie niesie niewiedza o tym, co nas czeka za rogiem, a to jest bardziej wymagające niż rozpacz”.

Dlatego Solnit drąży. Przypomina przełomowe zdarzenia, ciągnie opowieść. O sprzężeniu zwrotnym: jednostki, jednostek; zbiorowości. O protestach politycznych Bushowi. O niezgodzie na modyfikacje genetyczne w zbożach. O wydarzeniach sprzed dekady, dwóch, trzech… Czytając, zastanawiamy się, co się przez te lata zmieniło, jakie znaleźliśmy rozwiązania, jak przygotowaliśmy się na nowe zagrożenia?

„Nadzieja to przekonanie, iż to, co robimy, ma znaczenie, choćby jeżeli nie sposób z góry przewidzieć, jakiego i kiedy stanowiska nabierze”. Solnit zaznacza, iż takie opowiedzenie się za nieznanym i niepoznawalnym jest przejawem odwagi i spojrzenia na sytuację, w której się znajdujemy, z boku, z pewnej odległości od kotła wydarzeń. Ta perspektywa pozwala na zachowanie dystansu, by „nie prowadzić demokratycznej bestii ku jej własnej zgubie”.

Pytając o to, jaki mamy wpływ na historię, możemy nieco uszczypliwie zauważyć, iż współczesne nam wydarzenia i manifesty zaledwie dzień później stają się historią. Zatem, będąc w nie zaangażowanym, mamy na nie wpływ. Za sprawą zbiorowości manifestującej swój aktywizm na rzecz sprawiedliwego świata, następuje impuls, pierwsze poruszenie na rzecz takiego właśnie porządku. Bez heroizmu, bez nadziei na lepsze jutro – dyskurs na temat globalnej równości nie miałby racji bytu.

Niezadowolenie, niechęć, ucisk – te bodźce najwidoczniej manifestują się w chęci dążenia do zmian. Ale to właśnie nadzieja, iż te zmiany mogą odnieść skutek – choć bez gwarancji powodzenia – napędzają te działania, wprowadzają pierwszy impuls. To logiczne – tak działa nasz system neuronalny, podobnie wolno ewoluujący, jak zachodzące w świecie zmiany społeczne. Uciekaj albo walcz. Tu wkracza siła aktywizmu – od jednostki do zbiorowości. „Bez choćby znikomej nadziei trudno choćby rozpocząć jakąkolwiek walkę. Ale bez walki nadzieja się rozwiewa, traci na znaczeniu, zamieniając się w beznadzieję. Poczucie beznadziejności z kolei może przerodzić się w tragiczną rozpacz. Dlatego potrzeba nam swoistego nauczania nadziei”.

Solnit przestrzega jednak przed ułudami, które mamią nam oczy. Fałszywa nadzieja, łatwa rozpacz. Bezpieczny strach. Bo z czym mamy do czynienia, gdy odczucie jest prawdziwe, ale przesłanki fałszywe – wobec czego, przekonania również? Czasem to metoda asekuracyjna. To zupełnie tak, jakby nasz mózg miał nagłą awarię rozrusznika, przez co poszczególne ośrodki przetwarzałyby błędne dane zmysłowe, wprowadzając w błąd i produkując nieprawdziwe qualia.

Dostajemy również reprymendę przed pójściem na łatwiznę, przed postrzeganiem nadziei w sposób uproszczony.

„Wyzwanie jest ogromne, ponieważ w chaotycznym świecie ludzie potrzebują czegoś, czego mogliby się trzymać, a także czegoś, co będzie ich trzymać: jeżeli wszystko jest niepewne, jeżeli niepewność jest jedynym pewnikiem, wówczas ci i te, którzy są wykorzenieni i delikatni, ci, którzy pragną czegoś, co nadałoby znaczenie ich życiu, po prostu zostają zmyciu przez fale niepewnego wszechświata. Właśnie oni często szukają nadziei w pewności. Niekoniecznie w pewności zakorzenionej w dającej się przewidzieć przyszłości, ale pewności tego, iż robią ze swoim życiem, co należy”.

I tutaj następuje przewrót jednostki. „Myślenie krytyczne pozbawione nadziei jest cynizmem, a nadzieja bez krytycznego myślenia ociera się o naiwność”. Wyposażamy się w niezbędne narzędzia, które napędzają nas do dalszych przekształceń. I choć „aktywizm nie jest czymś, na czym można polegać. Nie jest szybki. Nie przynosi też na ogół bezpośrednich skutków”, bez działania, wzajemnego działania, warto zaznaczyć, zmiany społeczne mogłyby nam co najwyżej przejść przez myśl, jak szybki impuls – i zatracić się w odmętach wyładowań elektrycznych rozproszonych neuronów.

A jakie zmiany dali nam ci niepokorni? Cóż. „Czasem zdobędą jakąś Bastylię lub obalą mur berliński, zwykle jednak terenem ich działań pozostaje niematerialne królestwo symboli, dyskurs polityczny, zbiorowa wyobraźnia. Wkraczają w rozmowę przemocą, ale to wciąż rozmowa. Każdy akt jest aktem wiary, ponieważ nie wiesz, co się wydarzy. Po prostu masz nadzieję, a poza tym korzystasz z mądrości i doświadczenia, które mogą stać się przewodnikami w drodze do celu”.

Z czym zostawia nas Solnit? Prócz zadowolenia z lektury – mimo trudnego tematu, choć trudne to dobre, bo zmusza do myślenia, a myślenie krytyczne to jak w tytule – bo stylistyka przepyszna. Otóż, zostawia nas z nadzieją. Nadzieją na mroczne czasy. Ale i nadzieją na zmiany. Nie tylko te globalne, społeczne. Bo niektóre kwestie wracają jak bumerang. Globalne ocieplenie postępuje, nierówności ekonomiczne i zyski koncernów przez cały czas mają się dobrze; jednostka śmie być niezadowolona. Ponownie pojawiają się protesty przeciw okrucieństwu polityki. Ponownie giną ludzie. Tylko graffiti na innym murze, w innym mieście.

„Przez ostatnie pół wieku stan świata dramatycznie się pogarszał, zarówno pod względem materialnym, jak i z powodu toczących się wojen i zniszczenia środowiska. Udało nam się jednak zdobyć, mimo wszystko, ogromne bogactwo rzeczy niematerialnych, takich jak prawa, idee, pojęcia, słowa służące do opisania i urzeczywistnienia tego, co niegdyś pozostawało niewidzialne czy niewyobrażalne”. Bo zacząć musimy od własnego sposobu myślenia – i działania. Bo nadzieja jest zespolona z działaniem, bez tej symbiozy żaden z dwóch członów by nie zaistniał.

„Nadzieja to nie brama, ale przekonanie, iż brama gdzieś istnieje, iż istnieje jakieś wyjście z obecnych problemów, przekonanie żywione jeszcze zanim znajdzie się adekwatną drogę i nią podąży”. Potrzebujemy nadziei, ale nadziei dojrzałej. Zaktualizowanej o możność krytycznego myślenia. Z funkcją aktywną. Żeby móc obronić własne „ja” – zarówno w dobie skrajności i ideologii, które przychodzą nam tak łatwo, jak i postępującej działalności narzędzi sztucznej inteligencji.

To nie jest przestroga czy wprowadzanie „bezpiecznego zagrożenia” – to zachęta. Zachęta do krytycznego myślenia. I utrzymania nadziei. Bo czymże byśmy byli, gdyby jej zabrakło…?

Idź do oryginalnego materiału