Rząd zapowiada, iż w rozmowach akcesyjnych z Kijowem Polska nie zamierza być grzecznym statystą. Wiceszef dyplomacji Ignacy Niemczycki przyznał, iż Warszawa, podobnie jak wcześniej Budapeszt, będzie twardo pilnować własnych interesów, a od kandydata oczekuje uznania wspólnych europejskich wartości. Czy rolnictwo i transport staną się polską linią obrony w Brukseli?
Ignacy Niemczycki, sekretarz stanu do spraw europejskich w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, w rozmowie z Polską Agencją Prasową dał do zrozumienia, iż polska bierność wobec rozszerzenia Unii należy do przeszłości. Dyplomata zapewnił, iż nasz kraj będzie w procesie akcesyjnym zabiegał o własny interes równie stanowczo jak Węgry, które przez długi czas uchodziły za głównego hamulcowego ukraińskich aspiracji.
Węgierski precedens, polska kalkulacja
Odwołanie do Budapesztu nie jest przypadkowe. Gdy rząd Viktora Orbána blokował otwarcie rozmów z sąsiadem zza wschodniej granicy, Warszawa wybrała inną drogę i poparła tak zwany frontloading, czyli wcześniejsze przygotowanie najtrudniejszych rozdziałów negocjacyjnych. Niemczycki podkreślił jednak, iż życzliwość wobec kierunku nie oznacza zgody na pośpiech. Przypomniał, iż polska droga do członkostwa trwała około piętnastu lat, i ostrzegł przed wyznaczaniem sztywnych dat wejścia kolejnego państwa do wspólnoty.
Rolnictwo i transport na pierwszej linii
Wiceminister nie ukrywał, gdzie leżą najczulsze punkty. Za sektory wymagające szczególnej ochrony uznał rolnictwo oraz transport drogowy. W obu przypadkach chodzi o konkurencję, która już raz wyprowadziła Polaków na drogi i granice. Tańsza siła robocza po stronie wschodnich przewoźników i skala tamtejszej produkcji rolnej to argumenty, które w Brukseli będą wracać przy każdym rozdziale dotyczącym rynku wewnętrznego. Zdaniem dyplomaty konieczne będą okresy przejściowe, chroniące polskich producentów przed gwałtownym otwarciem.
Wołyń wraca do rozmowy o wartościach
Najwięcej emocji budzi wątek historyczny. Pytany o spór wokół dziedzictwa Ukraińskiej Powstańczej Armii, Niemczycki zaznaczył, iż przeszłość nie jest przedmiotem targu, ale państwo kandydujące musi utożsamiać się z wartościami, na których zbudowano Unię. To dyplomatyczny sposób przypomnienia, iż sprawa zbrodni wołyńskiej nie zniknęła z agendy między Warszawą a Kijowem. Pod koniec 2024 roku ministrowie Radosław Sikorski i Andrij Sybiha ogłosili zniesienie obowiązującego od 2017 roku moratorium na poszukiwania i ekshumacje ofiar. Wiosną 2025 roku polscy specjaliści odnaleźli w nieistniejącej wsi Puźniki na Tarnopolszczyźnie szczątki co najmniej czterdziestu dwóch osób. Ich uroczysty pochówek odbył się 6 września 2025 roku.
Rachunek, który przyjdzie do Warszawy
Za dyplomatycznym językiem kryje się twarda arytmetyka. Ukraina dysponuje jednym z największych areałów rolnych w Europie, a jej wejście do wspólnego rynku oznaczałoby przebudowę zasad, na których Polska od dwóch dekad korzysta z funduszy spójności i dopłat dla rolników. Nowy, duży i uboższy członek przesunąłby strumień unijnych pieniędzy na wschód, a polscy producenci musieliby zmierzyć się z tańszą konkurencją na własnym podwórku. To dlatego Warszawa mówi dziś o okresach przejściowych i mechanizmach ochronnych, a nie wyłącznie o geście solidarności.
Stawka większa niż jeden rozdział
Deklaracja resortu pokazuje, iż Warszawa próbuje pogodzić dwa cele, które łatwo z sobą skłócić: strategiczne wsparcie dla sąsiada broniącego się przed Rosją oraz twardą obronę polskiej gospodarki i pamięci. To krucha równowaga. Zbyt miękkie podejście grozi powtórką sporu o zboże, zbyt twarde może osłabić wschodni front. Pytanie, czy polska dyplomacja utrzyma tę linię, gdy naciski na szybkie zamknięcie negocjacji zaczną płynąć równolegle z Kijowa i z samej Brukseli.
Źródło: Bankier.pl












![MOPS zajmą się niskimi dochodami osób z cennymi mieszkaniami, działkami, samochodami. Zwłaszcza tymi ze spadku albo darowizny [Projekt ustawy]](https://g.infor.pl/p/_files/39201000/podwyzki-39201405.jpg)
