Morawiecki w trybie online. Kliknięcia ważniejsze niż fakty

19 godzin temu

Gdyby mierzyć aktywność polityczną liczbą filmików wrzucanych do mediów społecznościowych, Mateusz Morawiecki mógłby dziś uchodzić za jednego z najbardziej zapracowanych liderów opozycji w Europie. Problem w tym, iż polityka to coś więcej niż dynamiczne wideo, chwytliwy tytuł i kilka ostrych zdań pod algorytm. Najnowsze nagranie byłego premiera, opublikowane na platformie X, pokazuje nie tylko skłonność do koloryzowania rzeczywistości, ale też coraz wyraźniejsze uzależnienie od logiki mediów społecznościowych.

Morawiecki zatytułował swoje wystąpienie „Tusk = specjalista od politycznego recyklingu”. Już sam nagłówek brzmi jak żywcem wyjęty z twitterowej bańki, gdzie liczy się nie precyzja argumentu, ale jego klikalność. Były premier zarzuca Donald Tusk i jego ekipie, iż „przyszli »na gotowe« i udają autorów sukcesu”. – „To szczyt hipokryzji i polityczne amatorstwo. Czas na konkrety, a nie cudze sukcesy. Tusk, do roboty!” – grzmi Morawiecki, wyraźnie dobrze czując się w roli internetowego recenzenta rządu.

W nagraniu padają kolejne oskarżenia: „ekipa Tuska chwali się cudzymi sukcesami, bo własnych nie mają”. – „Co więc robią? Chwalą się tym, co powstało tak naprawdę wcześniej” – przekonuje były premier. Następnie następuje wyliczanka inwestycji, które – według Morawieckiego – są wyłącznym dorobkiem rządów PiS: prom Jantar Unity, energetyka wiatrowa na Bałtyku, Via Baltica, lokalne inwestycje z Polskiego Ładu, zapora na granicy.

Problem polega na tym, iż ta narracja jest co najmniej uproszczona. Infrastruktura publiczna nie powstaje w rytmie kadencji ani – tym bardziej – w tempie filmików na X. Projekty takie jak Via Baltica czy offshore na Bałtyku to procesy wieloletnie, współfinansowane ze środków unijnych, realizowane przez kolejne rządy. Sprowadzanie ich do hasła „to wszystko nasze” jest nie tyle analizą, co politycznym memem.

Morawiecki zdaje się jednak świetnie rozumieć, iż w mediach społecznościowych nie wygrywa ten, kto ma rację, ale ten, kto mówi najgłośniej. – „Jednym słowem: hipokryci, Polacy nie chcą amatorszczyzny, nie chcą nieudolności. Pogonimy ich z hukiem i to już niedługo” – zapowiada. To język bardziej wiecu internetowego niż poważnej debaty publicznej. Język, który dobrze się klika, ale słabo tłumaczy rzeczywistość.

Coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, iż były premier nie tyle komentuje politykę, ile ją „odgrywa” pod potrzeby algorytmu. Krótkie formy, ostre tezy, zero niuansów. Każde wystąpienie musi być gotowe do udostępnienia, polubienia, oburzenia. To klasyczny mechanizm uzależnienia: polityk reaguje na tempo mediów społecznościowych, a nie na realne problemy państwa.

Styl „na X” ma jednak swoją cenę. Koloryzowanie przeszłości i upraszczanie teraźniejszości prowadzi do erozji wiarygodności. jeżeli wszystko jest sukcesem PiS, a wszystko po zmianie władzy – kradzieżą cudzych zasług, to polityczna opowieść zaczyna przypominać autopromocyjny feed, nie analizę rzeczywistości. A wyborcy, choćby ci najbardziej lojalni, w pewnym momencie zaczynają odróżniać politykę od scrollowania.

Morawiecki kończy nagranie bojowo, zapowiadając rychłe „pogonienie” obecnej władzy. Pytanie brzmi jednak, czy da się wygrać wybory samymi filmikami. Historia uczy, iż media społecznościowe potrafią polityka wynieść wysoko, ale równie gwałtownie potrafią go zmęczyć – i odbiorców razem z nim. Wtedy choćby najbardziej dynamiczny klip nie zastąpi odpowiedzi na proste pytanie: co dalej, poza kolejnym postem?

Idź do oryginalnego materiału