Były premier Mateusz Morawiecki znów wyszedł na mównicę, by pouczać następców. Tym razem – na antenie wPolsce24 – uznał, iż może zrecenzować pozycję Polski w Europie, wyśmiać Donalda Tuska i zarysować politykę międzynarodową od Paryża po Grenlandię. Problem polega na tym, iż robi to polityk, którego własne rządy były pokazem nieudolności, kosztownej improwizacji i rozhuśtania gospodarki. A pamięć społeczna bywa krótka – na co Morawiecki najwyraźniej liczy.
„Tusk może sobie różne rzeczy mówić, ale on ma tyle do powiedzenia w tych sprawach europejskich, co ja, gdy gram ze swoim synem w FIFĘ” – drwił były premier. To efektowna metafora, ale pusta. Bo jeżeli ktoś przez lata realnie zmniejszał wpływ Polski w Unii, to właśnie rząd Morawieckiego: konflikty z Brukselą, zamrożone środki z KPO, permanentne wojny ideologiczne i dyplomacja twitterowa zamiast stołowej. Polska stała się problemem do zarządzania, nie partnerem do rozmowy.
Morawiecki powtarza mantrę: „Nic o nas bez nas”. „Znowu są rozmowy o Polsce bez Polski. I to jest klęska obecnego premiera” – mówi. Tyle iż to on sam latami urządzał Polskę tak, by inni rozmawiali o niej bez niej: łamanie praworządności, chaos legislacyjny, arogancja wobec instytucji europejskich. Efekt? Osłabiona wiarygodność i miliardy euro poza zasięgiem polskiej gospodarki w kluczowym momencie spowolnienia.
Najdotkliwsze szkody Morawiecki wyrządził jednak w kraju. Inflacja – rozpędzona i długo ignorowana – zjadała oszczędności, a Polski Ład stał się symbolem fiskalnego amoku: wprowadzony w pośpiechu, poprawiany na kolanie, niszczący zaufanie przedsiębiorców i samorządów. Rekordowe deficyty, kreatywna księgowość poza budżetem, mnożenie funduszy bez kontroli – to nie były „błędy komunikacyjne”, ale systemowa niekompetencja. Gospodarka płaciła rachunek w postaci niepewności, drożyzny i zahamowanych inwestycji.
Tymczasem były premier chętnie rozdaje etykiety. „Tusk jest mistrzem marketingu politycznego, ale niestety jest fajtłapą i patałachem w zarządzaniu państwem” – stwierdza. To wygodna projekcja. Morawiecki, który zarządzał państwem jak startupem bez audytu, dziś udaje surowego menedżera. Ten sam Morawiecki, który obiecywał „miliony samochodów elektrycznych”, a dostarczył bałagan; który zapowiadał stabilność podatkową, a serwował podatkową ruletkę.
Jego wywody o Grenlandii brzmią jak skrót z prezentacji think-tanku: „Duńczycy muszą się porozumieć z Amerykanami… Amerykanie będą dbali o to, żeby zachodnia półkula nie była zagrożona”. Tyle iż to nie jest analiza, tylko oczywistość ubrana w wielkie słowa. Państwo średniej wielkości nie buduje wpływów przez komentarze o cudzych terytoriach, ale przez konsekwentną politykę, sojusze i wiarygodność – te Morawiecki skutecznie nadwyrężył.
Były premier zarzuca Tuskowi lenistwo sejmowe i „hobbystyczne” podejście do rządzenia. „Praca premiera to 24/7” – poucza. Trudno nie zapytać: gdzie było to 24/7, gdy w środku kryzysu inflacyjnego władza udawała, iż „to Putina wina”, a własne decyzje fiskalne dolewały oliwy do ognia? Gdzie była ta czujność, gdy przedsiębiorcy tygodniami nie wiedzieli, jakie podatki zapłacą?
Na koniec Morawiecki wyjaśnia sondaże teorią „wydrenowania koalicjantów” przez Tuska. To znów ucieczka od sedna: wyborcy nie zapomnieli bilansu PiS-u, a w nim rządów Morawieckiego. Głosują nie za marketingiem, ale przeciw chaosowi, drożyźnie i pogardzie dla instytucji.
Warto powiedzieć jasno: Mateusz Morawiecki nie jest wiarygodnym recenzentem cudzych rządów. Jako premier był wyjątkowo nieudolny, a koszty jego decyzji – od inflacji po zdemolowane zaufanie – ponosimy do dziś. Jego ostre wypowiedzi brzmią głośno, ale to echo własnych zaniedbań. Ilekroć mówi o „fajtłapach”, warto sprawdzić rachunki. One nie kłamią.

1 dzień temu






