
Donoszenie na Polskę, proszenie UE o interwencję, przesyłanie kompromatów na premiera, podlizywanie się Donaldowi Trumpowi… Politycy PiS-u w ciągu ostatnich trzech lat udowodnili wielokrotnie, iż reprezentują prawicę serwilistyczną. I tak też było w ostatnich dniach, przy interwencji ambasadora USA. To, iż nie lubi się Włodzimierza Czarzastego, nie ma tu żadnego znaczenia, gdyż w tym sporze nie reprezentował on siebie, tylko całe państwo. PiS może i jest opozycją, ale głównie wobec własnego państwa. Tymczasem Polska to coś więcej niż logo ulubionej partii.
Newsletter
Dołącz do grona zawsze poinformowanych! Zapisz się na newsletter i otrzymuj cotygodniowe podsumowania naszej działalności oraz informacje o nadchodzących wydarzeniach.
Dziękujemy za zapis do naszego newslettera!
Była to końcówka lat 20., może początek 30. Podróżując po Francji pociągiem, Dmowski wdał się w dyskusję polityczną z mężczyzną, z którym dzielił przedział. niedługo okazało się, iż panowie mają zbliżone poglądy. Francuz narzekał na parlamentaryzm, liberalizm, masonerię etc., w czym jego rozmówca mu ochoczo wtórował. Dopiero po dłuższej chwili wynikło, iż Dmowski jest Polakiem. Gdy Francuz to usłyszał, ponoć nagle się ożywił i zaczął gwałtownie gestykulować, pokrzykując: – No tak! – mówił zaaferowany. – I u was jest porządek, macie jednego wodza i żadnej demokracji, jest dyktatura, jest porządek. Zazdroszczę wam! – emocjonował się. Dmowskiego można posądzić o wszystko, ale na pewno nie o to, iż był zwolennikiem dyktatury Piłsudskiego. Gdy po powrocie do kraju relacjonował tę tyradę Francuza, stwierdził jedynie: „Milczałem”.
*
Konserwatyzm polityczny nie sprowadza się wyłącznie do sfery obyczajowej. Równie istotne jest bowiem antyrewolucyjne rozumienie idei państwa. Dla rewolucjonisty racja stanu leży tam, gdzie on sam stoi. o ile rewolucjonista jest po lewej, to tam będzie upatrywał interes narodowy; o ile jednak przeskoczy na prawo, to i tam powędruje racja stanu. Konserwatywny namysł nad wspólnotą jest opozycją wobec takiego stylu uprawiania polityki. W konserwatywnym oglądzie idea państwa stoi ponad partyjnymi koteriami, prywatnymi animozjami i resentymentami. To znaczy racja stanu leży tam, gdzie leży, bez względu na to, w jakiej pozycji znajdujemy się my sami. Bez względu na to, czy jesteśmy u władzy, czy w opozycji, czy nasi oponenci grają fair play, czy też okazują się szubrawcami. Oczywiście łatwiej być patriotą, gdy się jest na szczycie, ale to właśnie znajdując się w opozycji, stajemy przed prawdziwym egzaminem z politycznej dojrzałości.
Czarzasty nie ma znaczenia
Zacznijmy więc od tego nieszczęsnego Włodzimierza Czarzastego. Ciężko, by ktokolwiek o prawicowych poglądach szczególnie sympatyzował z byłym działaczem PZPR, a w tej chwili liderem Nowej Lewicy, który najchętniej w Polsce przeprowadziłby rewolucję na wzór zachodnich społeczeństw, adaptując nad Wisłą wszelkie nowinki progresywne – poczynając od liberalizacji prawa aborcyjnego i wprowadzenia tzw. Homomałżeństw, a kończąc na otwarciu granic na masową migrację. Czarzasty to ponura postać, która gdyby tylko mogła, wycięłaby z polskiej sceny politycznej wszystkich na prawo od Donalda Tuska.
Nie mam zamiaru tutaj wykazywać hipokryzji polityków, którym w ogóle nie przeszkadzały słowa Czarzastego, dopóki ambasador Rose nie nakazał im się oburzać (podobnie jak tych, którzy przez lata apelowali do UE o pomoc w pokonaniu PiS-u, by nagle odnaleźć w sobie obrońców suwerenności). To drugorzędne sprawy. Podobnie jak i sam Czarzasty jako taki w rzeczywistości nie odgrywa tutaj żadnej roli. A przynajmniej nie jako osobna jednostka. Znaczenie ma bowiem nie konkretny człowiek, ale marszałek Sejmu – instytucja, przedstawiciel niższej izby parlamentu i formalnie druga osoba w państwie. Tego, co radykalniejsi zwolennicy PiS-u, jak i sami posłowie tej formacji, nie potrafią zrozumieć. Nie potrafią oddzielić nielubianej persony od funkcji, jaką sprawuje.
Tak, Czarzastego można uważać za kanalię i łgarza. Można krytykować jego nieostrożne słowa dotyczące Donalda Trumpa. Niemniej tak się nieszczęśliwie złożyło, iż ta „kanalia-łgarz” jest marszałkiem polskiego Sejmu. Politycy PiS-u – oraz zagorzali akolici partii – nie potrafili wręcz powstrzymać ekscytacji wywołanej sporem na linii Warszawa-Waszyngton, momentalnie wspierając ambasadora obcego państwa zamiast drugiej osoby w państwie polskim. Najdalej chyba poszedł Arkadiusz Mularczyk, który wręcz zaczął pisać do amerykańskiego kongresmena Dona Bacona, który krytykował Rose’a. Mularczyk pospieszył z zapewnieniami, iż ambasador USA ma pełną rację, a wszystkiemu winne są polskie władze. Jednak ta postawa była powszechna w partii. Zbigniew Bogucki domagał się dymisji marszałka, w podobne tony uderzali Przemysław Czarnek czy Mariusz Błaszczak. Dopiero po kilku dniach Jacek Sasin stwierdził ostrożnie, iż „ambasador się zagalopował”.
Bardzo znamienne było tutaj wystąpienie Marka Brzezinskiego, od którego Polacy oczekiwali chyba skrytykowania Rose’a. Ten jednak zrobił coś dokładnie przeciwnego, stwierdzając, iż „nikt nie powinien być zaskoczony, iż amerykański ambasador zdecydowanie chroni reputację, chroni integralność amerykańskiego prezydenta, bez względu na to, z jakiej jest partii”. Brzezinski bowiem nie bronił ani Rose’a, ani Trumpa (za którymi, jak można zgadywać, nie przepada), tylko amerykańskiego państwa. Można półżartem, półserio powiedzieć, iż Brzezinski jest Amerykaninem i ma amerykańskie obowiązki. I tutaj je spełnił – odkładając na bok partyjne spory, zrobił coś, co w polskiej debacie zdaje się być wręcz niewyobrażalne.
Brukselo, ratuj!
Gdyby sprawa sprowadzała się jedynie do Czarzastego, to prawdopodobnie można by było darować sobie rozrywanie szat, ograniczyć się do kilku złośliwych uwag, licząc, iż mamy do czynienia z jednorazowym wyskokiem. Niestety obecna afera – obieranie strony ambasadora USA przeciwko marszałkowi Sejmu – jest jedynie kontynuacją linii, jaką Prawo i Sprawiedliwość wypracowało po utracie władzy pod koniec 2023 roku. A tak naprawdę jeszcze wcześniej, gdyż już za pierwszego rządu Tuska PiS wynosiło wewnętrzne sprawy Polski na arenę międzynarodową. Na przykład w 2014 roku politycy tej formacji domagali się zorganizowania debaty na temat nieprawidłowości w wyborach samorządowych.
W grudniu 2024 roku Internet obiegło nagranie, na którym zarejestrowano posłów PiS-u, którzy wianuszkiem otoczyli wiceprzewodniczącą Komisji Europejskiej, prosząc o uratowanie TVP (chodziło o – faktycznie bezpardonowe – przejęcie mediów przez rząd Tuska). Przypomnijmy, iż to właśnie Jourova swego czasu zablokowała Polsce KPO, gdyż jej zdaniem Zjednoczona Prawica łamała praworządność w Polsce. Zresztą kilka miesięcy później europosłowie PiS-u domagali się debaty w Parlamencie Europejskim na temat… tak, tak, stanu praworządności w Polsce. Chcieli też przegłosowania rezolucji uderzającej w polskie państwo. Całość była zaś okraszona opowieściami o upadku demokracji i łamaniu prawa przez ekipę Tuska. Miał rację stary Marx, historia powtarza się jako farsa.
Fakt, iż obóz władzy łamał prawo, jest tutaj drugorzędny. Politycy PiS-u po prostu nie dopuszczają do siebie myśli, iż odwołując się do zagranicznych ośrodków, tak naprawdę skarżą się nie na Donalda Tuska, tylko na premiera Polski, na rząd, a w końcu na samą Polskę. Bo choćby o ile są osoby pokrzywdzone przez obecne władze, czego nie kwestionuję, to mają one możliwość odwołania się do sądów międzynarodowych. Jest to zupełnie inna sytuacja, niż gdy cała partia wynosi spór polityczny na arenę unijną, prosząc zagraniczne mocarstwo o interwencję.
Po drugie, naruszenie tejże praworządności jest stwierdzane arbitralnie, nie ma obiektywnego sędziego, który z zewnątrz potrafiłby potwierdzić słuszność tych zarzutów; sędzia jest częścią systemu, sądzi sam siebie. Po trzecie, nie o żadną demokrację tu chodzi, tylko o zinstrumentalizowanie tego tematu do wywarcia presji politycznej, to oczywiste.
Moja Polska jest najmojsza
Podobnych przykładów było zdecydowanie więcej. Na przykład Dariusz Matecki apelował rok temu do ówczesnego prezydenta Andrzeja Dudy, aby ten o „bezprawnych działaniach rządu” poinformował Unię Europejską, NATO, a choćby ONZ.
Działania PiS-u oczywiście nie przyniosły żadnych rezultatów w perspektywie sondaży, ale adekwatnie nie ma to większego znaczenia. Liczy się bowiem nie skuteczność w partyjnych gierkach, tylko fakt, iż jest to działanie stricte złe, niesamowicie szkodliwe, gdyż utrwala rozumienie państwa nie jako wspólnoty, ale jako łupu, który należy sobie wydzierać i w którym to procederze trzeba sięgać po wsparcie zagranicznych mocarstw.
„Nie czynię sobie bynajmniej wyrzutów, iż służyłem wszystkim reżymom począwszy od Dyrektoriatu aż do chwili, kiedy piszę te słowa, gdyż postanowiłem służyć Francji, a nie jej reżymom” – pisał Talleyrand, co wydaje się być najpełniejszym zobrazowaniem tego, czym jest idea racji stanu. Idea, której polskie elity polityczne nie są w stanie sobie przyswoić od dekad. Sam Talleyrand był oczywiście zwolennikiem rewolucji francuskiej, jednak jego rozumienie idei państwa i obowiązku jest – w tym wymiarze przynajmniej – wybitnie konserwatywne czy też (by nie mieszać tu sporów ideowych) propaństwowe. W ostatecznym rozrachunku liczy się bowiem wspólnota polityczna, a nie jednostka, nasze resentymenty i emocjonalne rozterki. To opera mydlana, a nie polityka.
Sprawa nie sprowadza się do abstrakcyjnych rozważań dotyczących etyki, gdyż to podejście praktykowane przez elity III RP ma konkretne konsekwencje.
Przy tobie, najjaśniejszy Trumpie, stoimy i stać chcemy
Trudno zapomnieć obrazki z polskiego Sejmu, gdy po wyborczym zwycięstwie Donalda Trumpa politycy PiS-u wstali, zaczęli klaskać i skandować nazwisko prezydenta obcego państwa. Niektórzy paradowali w czapeczkach MAGA, inni w pośpiechu zamawiali je w internecie. Warto też przypomnieć, jak wyszło na jaw, iż prezes Trybunału Konstytucyjnego Bogdan Święczkowski po wyborach prezydenckich wysłał do prezesa amerykańskiego Sądu Najwyższego i Prokuratora Generalnego USA niemal 100-stronicowy raport na temat sytuacji w Polsce. Również Dominik Tarczyński, ten najwierniejszy z najwierniejszych stronników Trumpa, poinformował po wyborach prezydenckich w USA, iż do amerykańskiego przywódcy „trafiły materiały z szeregiem negatywnych wypowiedzi na jego temat ze strony polskich polityków”.
Ot na przykład w listopadzie 2025 roku, gdy media ujawniły plan pokojowy Trumpa dla Ukrainy, to okazało się, iż jeden z punktów planu głosi, iż europejskie myśliwce będą stacjonować w Polsce. Z komentarza szefa polskiego rządu wynikało jednak, iż ten postulat nie był konsultowany z Warszawą.
Ale po co Trump miałby konsultować z Polakami plany dotyczące Polski, skoro z góry wie, iż jego europejski junior partner i tak się nie zbuntuje? Ta uległa postawa była szczególnie widoczna za prezydentury Andrzeja Dudy, który nie potrafił się zdobyć na zaznaczenie swej autonomii nie tylko wobec amerykańskiego prezydenta, ale choćby ambasadora. Niektórzy posłowie PiS-u wprost już twierdzą, iż głowa państwa była na telefon ambasador Mosbacher, wskazując choćby weto w sprawie lex TVN.
PiS nie zdało egzaminu
Łatwo być patriotą, gdy ma się Sejm, Senat i Belweder, pełnię władzy i spory zasób medialny. Nieco trudniej, gdy przechodzi się do ław opozycyjnych. Jednak to właśnie wtedy konieczne jest dowiedzenie, iż wiernym jest się wobec państwa, a nie wobec partii. Prawo i Sprawiedliwość tymczasem nie zdało egzaminu w opozycji – od grudnia 2023 roku wynosząc polskie problemy na arenę międzynarodową, prosząc Brukselę o pomoc i wieszając się u amerykańskiej klamki. Fakt, iż tę samą taktykę stosowała Koalicja Obywatelska w stosunku do Brukseli, w niczym nie usprawiedliwia formacji Kaczyńskiego.
Nie ma żadnego znaczenia, czy zagranicznym gremiom informuje się na premiera Tuska, czy na premiera Morawieckiego, czy też jeszcze na kogoś innego. informuje się bowiem na premiera polskiego rządu, a nie na nielubianego polityka.
Wszystkim pisowcom, prawicowcom i gorącym patriotom garnącym się do Věry Jourovej, Toma Rose’a oraz innych zagranicznych dygnitarzy można jedynie życzyć, by stać ich kiedyś było na powiedzenie – „milczałem”.
Ten tekst przeczytałeś za darmo dzięki hojności naszych darczyńców
Nowy Ład utrzymuje się dzięki oddolnemu wsparciu obywatelskim. Naszą misją jest rozwijanie ośrodka intelektualnego niezależnego od partii politycznych, wielkich koncernów i zagraniczych ośrodków wpływu. Dołącz do grona naszych darczyńców, walczmy razem o podmiotowy naród oraz suwerenną i nowoczesną Polskę.

1 miesiąc temu










![MOPS: Jeden wniosek na rok. Jeden zasiłek na rok. Wypłaty ratami. [Projekt nowelizacji przepisów o zasiłku celowym]](https://g.infor.pl/p/_files/38285000/paragraf-2024-38284854.jpg)


