Są momenty w życiu publicznym, gdy forma zdradza treść szybciej niż najbardziej dociekliwa analiza. Tak jest z apelem „działaczy niepodległościowych” w obronie Mateusza Morawieckiego – dokumentem, który miał być manifestem powagi, a stał się czystą groteską. W założeniu to list sumienia. W praktyce – laurka pisana w panice, w samym środku wewnętrznej wojny w Prawo i Sprawiedliwość.
Bo nie oszukujmy się: nie mamy tu do czynienia z bezinteresowną obroną „dobrego imienia”, ale z interwencją jednej frakcji przeciw drugiej. Konflikt pomiędzy środowiskiem byłego premiera a grupą skupioną wokół Tobiasza Bocheńskiego, Przemysława Czarnka, Jacka Sasina i Patryka Jakiego nie jest żadną tajemnicą. To rozliczenie porażki z 2023 roku, walka o wpływy i o to, kto będzie rozdawał karty w partii po Kaczyńskim. List jest tylko narzędziem – kolejnym.
Sygnatariusze przekonują, iż Morawiecki padł ofiarą „niegodnych i szkodliwych ataków”, w których „sprzymierzyły się siły obozu rządowego, konkurencyjnych partii politycznych, a także reprezentanci jego własnej partii”. Już to zdanie brzmi jak fragment powieści sensacyjnej klasy B. A dalej jest tylko lepiej: były premier „zdecydowanie wybija się ponad przeciętność w polskiej klasie politycznej rozumieniem gwałtownie zachodzących w świecie przemian, profesjonalizmem, wiedzą, doświadczeniem i patriotyczną postawą”.
To moment, w którym choćby czytelnik o stalowych nerwach powinien zrobić przerwę. Bo jeżeli Morawiecki jest symbolem „ponadprzeciętności”, to jak nazwać osiem lat jego rządów? Epoką chaosu komunikacyjnego, rekordowego zadłużania państwa poza kontrolą parlamentu, permanentnych konfliktów z Unią Europejską i kreatywnej księgowości, której skutki odczuwamy do dziś? Patriotyzm w wersji powerpointowej, gdzie slajdy zawsze wyglądają lepiej niż rzeczywistość.
Autorzy apelu przypominają, iż Morawiecki rządził w czasach pandemii, kryzysu energetycznego i wojny w Ukrainie. To prawda. Ale przypominają to tak, jakby samo wystąpienie kryzysów było dowodem wielkości przywódcy. Tymczasem to właśnie w tych momentach ujawniały się największe słabości jego stylu: centralizacja decyzji, brak przejrzystości, ucieczka w propagandę sukcesu. „Wydatnie przyczynił się do cywilizacyjnego, historycznego i materialnego awansu Polski” – czytamy. To zdanie zasługuje na osobny esej, najlepiej z przypisami i wykresami, których autorzy listu jednak nie dostarczają.
Najbardziej uderzające jest jednak coś innego: moralne oburzenie sygnatariuszy na fakt, iż Morawieckiego krytykują także politycy jego własnego obozu. „Znacznie bardziej bulwersujące” – piszą – są ataki ze strony „członków tego samego politycznego obozu”. Czyli innymi słowy: krytyka jest dopuszczalna tylko wtedy, gdy przychodzi z zewnątrz. Wewnątrz partii obowiązuje zasada lojalności, rozumianej jako milczenie. To nie jest troska o PiS ani o Polskę. To jest strach przed rozliczeniem.
Kulminacją listu jest dramatyczny ton: „bez wstydu próbuje się pozbyć z polskiej polityki jednej z najzdolniejszych i najbardziej obiecujących postaci”. Trudno o lepszy przykład oderwania od rzeczywistości. Morawiecki nie jest młodym talentem wypychanym na margines, ale jednym z głównych architektów systemu, który przegrał wybory. Krytyka go nie niszczy – ona po prostu przywraca proporcje.
„Listy intelektualistów” w obronie władzy zawsze są papierkiem lakmusowym. Pokazują, jak bardzo elity potrafią zamknąć się w swoim kręgu wzajemnej adoracji. Ten list nie broni Morawieckiego. On broni mitu. A mit, jak wiadomo, nie potrzebuje faktów – wystarczy wiara. choćby jeżeli coraz bardziej przypomina ona farsę.

1 dzień temu











