Syjonistyczny prezydent Argentyny Javier Milei zamierza wprowadzić program, który może stać się kolejnym symbolem destrukcji współczesnego świata. W jego wizji cudzoziemcy będą mogli ubiegać się o argentyńskie obywatelstwo za bezzwrotną wpłatę 350 tysięcy dolarów na rzecz państwowego skarbu. Alternatywą ma być zakup obligacji państwowych o wartości 800 tysięcy dolarów. Nieoficjalnie wiadomo, iż pomysłem są zainteresowani przede wszystkim Żydzi z Izraela, ale nie tylko stamtąd.
Milei chce sprzedawać Żydom argentyńskie obywatelstwo. Z ekonomicznego punktu widzenia można więc zrozumieć logikę tego rozwiązania, ale problem zaczyna się w momencie, kiedy przedmiotem transakcji przestaje być inwestycja, a staje się nim obywatelstwo.
Państwo może sprzedawać obligacje, nieruchomości czy udziały w przedsiębiorstwach, może również tworzyć zachęty dla zagranicznych inwestorów i proponować im korzystne warunki prowadzenia działalności gospodarczej. Obywatelstwo jest jednak czymś zupełnie innym, ponieważ nie jest zwykłym świadczeniem, które można wycenić i przekazać temu, kto zaoferuje odpowiednią kwotę. Jest formalnym wyrazem przynależności człowieka do określonej wspólnoty politycznej, wiąże się z prawami, obowiązkami, odpowiedzialnością oraz uczestnictwem w życiu państwa.
Jeżeli więc państwo zaczyna ustalać cenę, za którą cudzoziemiec może uzyskać ten status, dokonuje się istotna zmiana jego znaczenia. Można oczywiście argumentować, iż bogaty inwestor, który przywozi do Argentyny kapitał, zakłada przedsiębiorstwo, tworzy miejsca pracy i płaci podatki, może stać się wartościowym członkiem tamtejszego społeczeństwa. Nie ma też niczego niezwykłego w tym, iż cudzoziemiec po pewnym czasie otrzymuje obywatelstwo państwa, w którym zamieszkał i z którym związał swoje życie. Naturalizacja od dawna jest elementem funkcjonowania nowoczesnych państw.
Istotna różnica polega jednak na tym, iż w tradycyjnym modelu obywatelstwo jest konsekwencją rzeczywistego związku z państwem, natomiast w przypadku programu inwestycyjnego pieniądze stają się jednym z głównych czynników pozwalających ten związek stworzyć niemal od podstaw.
Powstaje więc pytanie, czy obywatelstwo przez cały czas jest więzią, czy zaczyna być usługą. o ile człowiek może przyjechać do kraju, z którym wcześniej nie miał praktycznie żadnego związku, a następnie uzyskać obywatelstwo dzięki odpowiednio wysokiej wpłacie, państwo wysyła bardzo wyraźny sygnał: przynależność do wspólnoty politycznej ma swoją cenę. Można oczywiście powiedzieć, iż wymagane są również kontrole bezpieczeństwa, sprawdzanie źródła pieniędzy oraz inne warunki, ale nie zmienia to podstawowego faktu, iż możliwość wejścia do wspólnoty została powiązana z posiadaniem odpowiedniego kapitału.
W tym sensie argentyński eksperyment jest częścią znacznie szerszego procesu, w którym zamożni ludzie coraz częściej traktują państwa i ich jurysdykcje jako element swojego majątku oraz strategii życiowej. Bogaty człowiek może posiadać nieruchomości w jednym kraju, przedsiębiorstwo w drugim, rezydencję podatkową w trzecim i obywatelstwo kolejnego państwa. Z jednej strony jest to konsekwencja globalizacji i większej swobody przepływu kapitału, z drugiej prowadzi do sytuacji, w której obywatelstwo zaczyna być postrzegane jako kolejny aktyw ekonomiczny, który można dobrać odpowiednio do swoich potrzeb.
W przypadku Argentyny szczególnie wymowna jest argumentacja finansowa. Państwo potrzebuje kapitału i chce przyciągać zagraniczne pieniądze, co samo w sobie jest zrozumiałe. Problem polega na tym, iż istnieje wiele sposobów zachęcania inwestorów do przyjazdu.
Można uprościć przepisy, obniżyć podatki, zagwarantować ochronę własności, poprawić bezpieczeństwo prawne czy stworzyć warunki sprzyjające prowadzeniu działalności gospodarczej. Nie ma natomiast żadnej ekonomicznej konieczności, aby w zamian za inwestycję przekazywać inwestorowi obywatelstwo, czyli status będący efektem wielopokoleniowego istnienia państwa i jego wspólnoty.
Można sobie wyobrazić, dokąd taka logika może prowadzić, jeżeli zostanie potraktowana jako normalny mechanizm funkcjonowania państwa. o ile jedno państwo oferuje obywatelstwo za 350 tysięcy dolarów, inne może ustalić cenę na poziomie pół miliona, a jeszcze inne na milion. Wówczas zaczynamy mieć do czynienia z rynkiem paszportów, na którym państwa konkurują o zamożnych klientów, oferując im różne pakiety korzyści, możliwości podróżowania oraz dostęp do określonych systemów prawnych.
Obywatelstwo przestaje być w takim modelu przede wszystkim więzią polityczną i społeczną, a zaczyna przypominać produkt, który można wybrać spośród wielu dostępnych ofert. Państwo, które ustala finansową drogę do obywatelstwa, zmienia sposób definiowania tego, kim jest jego obywatel. Zamiast człowieka związanego z krajem przez język, kulturę, rodzinę, miejsce zamieszkania, pracę i wieloletnie uczestnictwo w życiu społecznym pojawia się również człowiek, którego podstawowym argumentem jest posiadany kapitał.
Pomysł skrajnie liberalnego, żydowskiego prezydenta Argentyny warto obserwować nie tylko jako ciekawostkę gospodarczą, ale także jako symptom zmiany znaczenia obywatelstwa. o ile więcej państw dojdzie do wniosku, iż można zamienić przynależność do wspólnoty politycznej na określoną kwotę pieniędzy, obywatelstwo będzie stopniowo traciło swój wyjątkowy charakter.
Państwo może potrzebować inwestorów, może potrzebować dolarów i może szukać sposobów na poprawę swoich finansów, ale pytanie brzmi, czy w imię tych celów powinno również nadawać cenę własnej wspólnocie. o ile obywatelstwo można kupić, prędzej czy później pojawi się pytanie, czym adekwatnie różni się ono od produktu, który można znaleźć w ofercie innego państwa. A wtedy tracimy coś, czego nie da się łatwo odzyskać: przekonanie, iż obywatelstwo nie jest towarem, ale szczególną więzią człowieka z ojczyzną.
Przy okazji rodzi isę pytanie: skoro obywatelstwo można sobie kupić za pieniądze, czy będzie można je też stracić za niepłacenie podatków?
Polecamy również: Leszek Żebrowski zaprasza na II Powojenną Konferencję Żydoznawczą

2 godzin temu






