Administracja publiczna i samorządowa zbyt często przestaje być służbą obywatelom, a zaczyna przypominać polityczny łup dzielony po wyborach. Zmienia się władza, a wraz z nią rozpoczyna się wielki zaciąg „swoich”: partyjnych działaczy, krewnych, znajomych i ludzi powiązanych z lokalnymi układami.
Nie zawsze liczą się wiedza, wykształcenie, doświadczenie i kompetencje. Często najważniejsza staje się lojalność. Kandydat może nie rozumieć instytucji, którą ma zarządzać. Może nie znać przepisów, finansów ani realnych problemów mieszkańców. Wystarczy jednak, iż jest wierny, dyspozycyjny i wie, komu zawdzięcza stanowisko.
Mierny, ale wierny. To hasło doskonale opisuje jedną z największych patologii polskiego życia publicznego.
Stanowiska w zamian za polityczne posłuszeństwo
Intratne posady bywają traktowane jak nagrody za poparcie, głosowanie lub przynależność do odpowiedniego środowiska. Ktoś może mieć wpływ na decyzję rady miasta, sejmiku województwa albo lokalnego ugrupowania, więc nagle znajduje się dla niego dobrze płatne stanowisko.
Pojawia się etat w urzędzie, spółce komunalnej, jednostce organizacyjnej albo instytucji zależnej od samorządu. Niekiedy tworzy się nowe stanowiska, mnoży funkcje kierownicze i rozbudowuje administrację, choć mieszkańcy nie widzą żadnej poprawy jakości usług.
Obok politycznych nominatów pojawiają się także znajomi, członkowie rodzin i ludzie z odpowiednimi kontaktami. Powstaje zamknięta kasta, która chroni własne interesy i pilnuje, żeby nikt z zewnątrz nie zajrzał jej zbyt głęboko w ręce.
Kompetentny pracownik może być zagrożeniem, bo zadaje pytania, wskazuje błędy i potrafi samodzielnie ocenić sytuację. Człowiek zależny od układu jest znacznie wygodniejszy. Wie, iż bez politycznej ochrony nie dostałby takiej posady, dlatego milczy, wykonuje polecenia i nie kwestionuje decyzji przełożonych.
„Nic nie muszę robić, bo mam układy”
Najbardziej oburzająca jest bezkarność, z jaką niektórzy ludzie potrafią mówić o swoim uprzywilejowaniu:
„Siedzę w urzędzie i nic nie muszę robić, bo mój ojciec jest radnym”.
„Mam spokojną posadę, bo moja matka pracuje w urzędzie wojewódzkim”.
„Nikt mnie nie ruszy, bo mój znajomy ma dobre układy z władzami miasta”.
Takie rozmowy mogą brzmieć jak przechwałki przy sobotnim grillu, ale pokazują sposób myślenia niezwykle niebezpieczny dla państwa. Urząd nie jest prywatnym folwarkiem. Spółka komunalna nie jest rodzinnym przedsiębiorstwem lokalnych polityków. Publiczne pieniądze nie są funduszem przeznaczonym do wynagradzania znajomych.
Każda osoba zatrudniona bez odpowiednich kompetencji zajmuje miejsce komuś, kto mógłby uczciwie i profesjonalnie pracować dla mieszkańców. Każda niepotrzebna posada oznacza kolejne pieniądze zabrane podatnikom. Każda decyzja podjęta przez człowieka, który nie rozumie swoich obowiązków, może oznaczać straty liczone w tysiącach, setkach tysięcy, a choćby milionach złotych.
Samorządy przepalają pieniądze, żeby utrzymać układ
Mieszkańcy słyszą, iż nie ma pieniędzy na remonty ulic, szkoły, ochronę zdrowia, transport publiczny, mieszkania i inwestycje. Jednocześnie znajdują się środki na kolejne stanowiska, gabinety, funkcje, premie, doradców, promocję i wydatki służące budowaniu wizerunku władzy.
Administracja zaczyna istnieć sama dla siebie. Jej celem przestaje być rozwiązywanie problemów obywateli. Najważniejsze staje się utrzymanie stanowisk, wpływów i finansowego zaplecza.
Ludzie związani z układem wiedzą, iż po następnych wyborach mogą stracić pracę. Dlatego starają się wykorzystać kadencję do maksimum: zabezpieczyć siebie, zatrudnić swoich, zdobyć kontrakty, zbudować sieć zależności i wyciągnąć z publicznego systemu tyle korzyści, ile tylko się da.
Nie można bez dowodów nazywać każdego takiego przypadku kradzieżą. Można jednak mówić o zawłaszczaniu państwa, nepotyzmie, klientelizmie i marnowaniu pieniędzy podatników. Skutek dla obywatela jest podobny: płaci coraz więcej, a otrzymuje coraz mniej.
Tak upada służba publiczna
Państwo nie upada wyłącznie przez wielkie afery. Upada również po cichu: przy każdym konkursie ustawionym pod konkretną osobę, przy każdym stanowisku obsadzonym z politycznego nadania i przy każdej decyzji podejmowanej przez człowieka niekompetentnego, ale posłusznego.
Upada wtedy, gdy uczciwy i wykwalifikowany pracownik widzi, iż jego wiedza nie ma znaczenia, bo awans dostaje znajomy przewodniczącego, krewny radnego albo człowiek związany z partią.
Upada wtedy, gdy mieszkańcy przestają wierzyć, iż urząd działa w ich interesie.
Upada wtedy, gdy wierność wobec politycznego patrona staje się ważniejsza od lojalności wobec prawa, państwa i obywateli.
Administracja publiczna powinna być profesjonalna, przejrzysta i odporna na polityczne naciski. Stanowiska powinny otrzymywać osoby przygotowane do pracy, a nie te posiadające najlepsze rodzinne lub partyjne kontakty. Każda rekrutacja powinna być jawna, każda nominacja możliwa do uzasadnienia, a każda złotówka wydana z publicznego budżetu dokładnie rozliczona.
Bo to nie są pieniądze prezydenta miasta, burmistrza, radnych ani partii. To są pieniądze mieszkańców.
Dopóki będziemy milczeć, układy będą rosły. Dopóki nie będziemy pytać o kwalifikacje, konkursy, wynagrodzenia i rodzinne zależności, publiczne instytucje przez cały czas będą traktowane jak polityczny łup.
Patrzmy władzy na ręce. Pytajmy, kto został zatrudniony, na jakiej podstawie, z jakimi kwalifikacjami i za jakie pieniądze. Domagajmy się jawności.
Państwo i samorząd nie mogą być przechowalnią dla miernych, ale wiernych. Mają służyć obywatelom, a nie ludziom, którzy przyszli do władzy tylko po to, żeby się nachapać.
TOTALNY ODLOT WŁADZ ŚWINOUJŚCIA? MIESZKAŃCOM OSZCZĘDNOŚCI, A W ZAMÓWIENIU GADŻETY „PREMIUM”

Jak partyjne układy niszczą administrację i samorządy AI

1 godzina temu












