Miejska tuba propagandowa tylko raz w miesiącu, ale to wciąż 15 tysięcy sztuk. Ile z nich trafia do kosza?

2 godzin temu

W teorii bezpłatna, w praktyce obciążająca kieszenie wszystkich świdnickich podatników – bez względu na to, czy ją czytają, czy nie – gazeta samorządowa wydawana przez Miejską Bibliotekę Publiczną – zmienia się z dwutygodnika w miesięcznik, kończy się także kuriozalny kolportaż na obszar całego powiatu. Nie oznacza to jednak, iż wydawca rezygnuje z gigantycznego jak na Świdnicę nakładu 15 tysięcy egzemplarzy. Ale przez cały czas nie wiadomo, dlaczego akurat tyle sztuk jest drukowanych ani ile faktycznie trafia do czytelników. Generalnie kilka wiadomo, bo dyrektorka broni dostępu do informacji, które w jej ocenie nie są informacja publiczną, jak na przykład koszt kolportażu wykonywanego przez pracownika.

TEGO NIE PRZECZYTASZ W „MEDIACH” SAMORZĄDOWYCH


Pod hasłem wyciągania ręki do Świdniczan wykluczonych cyfrowo, w lutym 2018 roku, nie oglądając się na to, iż w mieście była wydawana niezależna gazeta, z inicjatywy prezydent miasta i przy jej silnym wsparciu Miejska Biblioteka Publiczna zaczęła wydawać dwutygodnik nazwany biuletynem informacyjnym, choć nigdy biuletynem nie był. A już z całą pewnością nie był biuletynem Miejskiej Biblioteki Publicznej, informującym wyłącznie o działaniach tej instytucji. Mimo starań i pytań, kierowanych również przez radnych Rady Miejskiej, nigdy nie udało się ustalić, ile to w teorii bezpłatne wydawnictwo w całości kontrolowane przez władze, kosztuje podatników.

Dyrektor MBP Ewa Cuban systematycznie odmawiała informacji o płacach osób zatrudnionych w bibliotece do przygotowywania gazety, które podobnie jak wyposażenie redakcji i jej utrzymywanie rozmywała w ogólnych kosztach funkcjonowania biblioteki. Jednym z głównych argumentów odmowy odpowiedzi było wskazywanie, iż informacja nie jest informacją publiczną. I tak wydawnictwo, finansowane z pieniędzy podatników, jest nie do rozliczenia przed sponsorami – czyli mieszkańcami. Pewna jest tylko jedna kwestia – od 2018 do 2025 roku za kolportaż „Mojej Świdnicy” na terenie miasta podatnicy zapłacili co najmniej 600 tysięcy złotych, bo ten wydatek był ponoszony wprost z budżetu miasta, a nie biblioteki, i jest jawny.

Historia jednego zdjęcia

I właśnie kolportaż budzi wiele pytań. Od lat mieszkańcy wskazywali, iż gazety walają się po chodnikach i klatkach schodowych, opisywaliśmy również przypadek porzucenia całych paczek w Parku Strzelnica. W marcu na naszym fanepage’u na platformie społecznościowej Facebook opublikowaliśmy zdjęcie, nadesłane przez czytelnika, a przedstawiające stertę gazet rzuconą pod jednym z marketów w Świdnicy obok kosza na śmieci. M.in. to zdjęcie stało się punktem wyjścia do sprawdzenia, czy wydawca kontroluje, ile faktycznie gazet trafia do czytelników, co dzieje się z tymi, których nikt nie chce i wreszcie, jak wygląda kwestia kolportażu. I przy tej okazji na jaw wyszły prawdziwe kwiatki, a także fakt, iż „Moja Świdnica” nie jest już dwutygodnikiem.

Zacznijmy od rozwożenia gazet po powiecie. Biuletyn, w całości wydawany za pieniądze Świdniczan, trafiał do gmin w całym powiecie i był tam rozdawany za darmo. Ta usługa była wykonywana poza umową z firmą Weber Group, która zajmowała się kolportażem na terenie Świdnicy. Jak się okazało, gazety rozwoził pracownik biblioteki, ale nie za darmo. Za ile? Otóż tego Świdniczanie się nie dowiedzą. Dyrektorka MBP Ewa Cuban potwierdziła jedynie, iż pracownik ma to zadanie wpisane w zakres obowiązków, wykonuje je w godzinach pracy oraz otrzymuje za wyjazdy delegacje. Nie podała kosztu, jaki to generowało, zasłaniając się tym, iż nie jest to informacja publiczna.

Dlaczego zrezygnowano z tej części dystrybucji? Konia a rzędem temu, kto wyczyta odpowiedź z bełkotu urzędniczego Ewy Cuban: „Decyzja o bieżącym sposobie dystrybucji, w tym o udostępnianiu części nakładu w placówkach, mieści się w sferze samodzielnych decyzji organizacyjnych wydawcy”. I zdaniem dyrektorki podanie powodu nie stanowi informacji publicznej.

Dotychczas firma Weber Group w ramach umowy zajmowała się kolportażem 13 200 egzemplarzy. W ubiegłym roku z budżetu miasta za kolportaż 24 wydań podatnicy zapłacili ponad 104 tysiące złotych, czyli ok. 4 300 zł za jedno wydanie. Za 1800 sztuk odpowiadała biblioteka, ale nie wiadomo, ile pieniędzy pochłonął kolportaż, o czym pisaliśmy wyżej. Według informacji szefowej MBP, w bibliotece zostaje 500 egzemplarzy. Weber do dystrybucji dostaje już 14 500 egzemplarzy. Nie ma jednej umowy, dotychczas zawarto dwie, od stycznia do czerwca 2026r. na kwotę blisko 20 tysięcy (za styczeń, luty i marzec) oraz ponad 16 tysięcy złotych za kwiecień, maj i czerwiec. Rozwiezienie ostatniego wydania kosztowało 5,4 tysiąca złotych, a więc o 900 zł więcej niż usługa zeszłoroczna. Tak więc zaledwie 1800 dodatkowych gazet wygenerowało znacznie wyższy koszt. Ale i tak rodzą się tu dwa istotnie pytania. Po pierwsze:

Dlaczego MBP wydaje aż 15 tysięcy egzemplarzy gazety w zaledwie 50-tysięcznym mieście?

Wiele pytań w sprawie „Mojej Świdnicy” zadawała m.in. radna Sylwia Osojca-Kozłowska, dociekając również, z jakiego powodu w ogóle gazeta jest wydawana. Władze miasta odpowiadały, iż publikacje stanowią ustawowy obowiązek informacyjny i są najważniejsze dla seniorów. Osób w wieku 65 plus według ostatnich danych Głównego Urzędu Statystycznego takich osób w Świdnicy jest niespełna 14 tysięcy. Trzeba by założyć, iż żadna z tych osób nie potrafi poruszać się w internecie i czytać informacji podawanych przez władze na stronach miasta, BIP, platform społecznościowych i dodać jeszcze 1000 osób młodszych, które również tego nie potrafią i wtedy mamy nakład. Ale moment, czy faktycznie dlatego jest on tak ogromny?

Zapytaliśmy. Czy dyrektorka MBP podejmowała decyzję na polecenie władz miasta, na jakiej podstawie, według jakiego rachunku ekonomicznego, jak oceniała potrzeby?

Z odpowiedzi wynika, iż jest 15 tysięcy bo jest i po co wnikać. „Nakład biuletynu jest ustalany w ramach bieżącej działalność wydawniczej i wynika z przyjętej polityki dystrybucyjnej” – odpisuje Ewa Cuban. Jakiej polityki, na podstawie czego kreowanej? „Biblioteka nie dysponuje pisemnymi wytycznymi organu”, a ustne nie są informacją publiczną wg pani dyrektor. Poza tym decyzje wydawca podejmuje „w ramach swojej samodzielności jako samorządowa instytucja kultury”. Podejmuje sobie i już.

Po drugie: Cuda, panie, cuda…

Każdy wydawca tradycyjnej, papierowej gazety wie, iż musi liczyć się ze zwrotami, o ile nie ma fantastycznego tematu, po którym numer sprzedał się do ostatniego egzemplarza. Tymczasem nakład 15 tysięcy w Świdnicy, bez względu o czym traktuje aktualne wydanie, rozchodzi się zdaniem dyrektor Ewy Cuban co do sztuki. Taka siła przebicia i poczytność! Fakty są zupełnie inne. Wydawca, czyli biblioteka, nie sprawdza, ile gazet wydanych za pieniądze podatników ląduje w koszach. Dyrektor Ewa Cuban w odpowiedziach wskazuje, iż nakład „rozdysponowany jest stanem faktycznym”. Czyli iż został rozwieziony do sklepów (lub pod sklepy), do urzędów, instytucji, wrzucony do niektórych skrzynek mieszkańców (czy cały, nie wiadomo, bo rzeczniczka UM Magdalena Dzwonkowska przyznała, iż kolportaż jest kontrolowany wyrywkowo).

Miejska biblioteka nie prowadzi ani ewidencji gazet pozostających na stojakach, ani faktycznie trafiających do mieszkańców, ani tych, które nie są odbierane (czyli zostają np. na klatkach schodowych czy w sklepach). Nie ma pojęcia, ile z wydanych za pieniądze Świdniczan gazet ląduje w koszu lub, co gorsza, poza nim.

Reasumując – miejska instytucja kultury wydaje biuletyn w nakładzie o wysokości wybranej „na oko”, bez żadnego uzasadnienia i kalkulacji ekonomicznej, nie kontroluje, czy gazety są odbierane przez czytelników ani nie zaprząta sobie głowy tym, co zostaje. To jedna z wielu przyczyn, dla których wydawca portalu Swidnica24.pl skierował do radnych Rady Miejskiej wniosek o przeprowadzenie kontroli w Miejskiej Bibliotece Publicznej w zakresie gospodarności przy wydawaniu „Mojej Świdnicy”.

Tuba teraz raz w miesiącu

Jak poinformowała Ewa Cuban, biuletyn w tej chwili wydawany jest w raz miesiącu. Na pytanie o powód zmiany do chwili publikacji nie odpowiedziała.

Od lat Rzecznik Praw Obywatelskich oraz wiele instytucji zajmujących się praworządnością wskazuje, ze samorządy nie powinny zajmować się wydawaniem gazet. Zapis o likwidacji „samorządówek” znalazł się w opracowywanej od blisko 3 lat nowelizacji ustawy medialnej. Silne lobby samorządowe doprowadziło do usunięcia tego zapisu, a sam projekt utknął w konsultacjach międzyresortowych w rządzie.

„Wolność prasy (to także dla przypomnienia niektórym, bo może nie wiedzą) polega na tym, iż każdy może sobie założyć gazetę. Niech jednak robi to za własne pieniądze, a nie należące do wszystkich mieszkańców. Teraz więc będą oni karmieni propagandową papką, czy tego chcą czy nie, a jeszcze muszą za ten kaprys radnych zapłacić”. – to słowa obecnej prezydent Beaty Moskal-Słaniewskiej, napisane w niezależnej, komercyjnej gazecie lokalnej „Wiadomości Świdnickie” w 1996 roku.

„Moja Świdnica”, wydawana za miejskie pieniądze z inspiracji tej samej Beaty Moskal-Słaniewskiej, wykończyła „Wiadomości Świdnickie”.

Agnieszka Szymkiewicz

Idź do oryginalnego materiału