Karol Nawrocki miał być nową twarzą ambitnej, „suwerennej” polityki zagranicznej. Politykiem, który – jak sam wielokrotnie powtarzał – „potrafi rozmawiać z każdym, ale nie klęka przed nikim”. Najnowsza inicjatywa Donalda Trumpa brutalnie obnażyła jednak, jak cienka bywa granica między pragmatyzmem a ślepym uzależnieniem od jednego patrona. I jak łatwo można znaleźć się w sytuacji, z której trudno wyjść bez strat wizerunkowych.
Trump zaprosił Nawrockiego do udziału w tworzonej Radzie Pokoju ds. Gazy – gremium, które ma tymczasowo zarządzać Strefą Gazy po zakończeniu działań wojennych. Jak podał Onet.pl, informacja została potwierdzona w dwóch niezależnych źródłach. W Radzie, obok samego Trumpa jako przewodniczącego, zasiąść mają m.in. Marco Rubio, Steve Witkoff, Jared Kushner oraz Tony Blair. Na pierwszy rzut oka – to elitarne grono światowej polityki.
Problem w tym, iż Trump zaprosił także Viktora Orbána i Władimira Putina. A to już zupełnie inna opowieść.
„Prezydent Putin również otrzymał drogą dyplomatyczną propozycję dołączenia do Rady Pokoju” – potwierdził rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow. I dodał dyplomatycznie: „Obecnie analizujemy wszystkie szczegóły tej propozycji”.
Nawrocki, który od miesięcy buduje swój wizerunek jako najwierniejszy europejski sojusznik Trumpa, nagle znalazł się w jednym szeregu z autokratami. Polityczny paradoks jest aż nadto widoczny: człowiek deklarujący przywiązanie do Zachodu i demokracji miałby symbolicznie zasiąść przy tym samym stole co przywódca państwa prowadzącego brutalną wojnę w Europie.
„To nie jest dyplomacja. To jest kompromitacja” – mówi jeden z byłych dyplomatów. „Nawrocki wpadł we własną pułapkę. Zbyt długo grał kartą bezwarunkowej lojalności wobec Trumpa, by dziś móc udawać, iż nie widzi konsekwencji”.
Bo konsekwencje są poważne. Wizerunkowo – katastrofalne. Nawrocki przestał być postrzegany jako samodzielny aktor, a zaczął jako klient amerykańskiego patrona. „To polityk, który bardziej słucha Białego Domu niż własnej opinii publicznej” – słyszymy w jednym z komentarzy.
Dodatkowym problemem jest finansowy wymiar inicjatywy. Biały Dom ujawnił, iż członkostwo w Radzie Pokoju wiąże się z koniecznością wpłaty co najmniej 1 mld dolarów. „Limit trzyletniej kadencji nie ma zastosowania do państw, które (…) wniosą wkład pieniężny na rzecz Rady Pokoju w wysokości ponad 1 mld dolarów” – czytamy w projekcie cytowanym przez Bloomberga. To bardziej przypomina klub donatorów niż forum pokojowe.
W tym kontekście entuzjastyczna reakcja Orbána – który ogłosił, iż Węgry zostaną członkiem-założycielem – wygląda jak polityczna deklaracja zależności. „Nadszedł czas zmienienia marzeń w rzeczywistość” – pisał Trump w liście. Tyle iż dla wielu Europejczyków te „marzenia” brzmią raczej jak koszmar.
Nawrocki, przyjmując zaproszenie bez wyraźnych warunków i dystansu, de facto zaakceptował reguły gry narzucone przez Trumpa. A reguły te zakładają jedno: nie liczą się wartości, ale lojalność. „Kto jest z nami, ten jest dobry. Kto nie – ten znika z mapy” – tak można streścić logikę tej inicjatywy.
W efekcie Nawrocki znalazł się w sytuacji, w której musi tłumaczyć, dlaczego polski polityk miałby współpracować z Putinem. I dlaczego miałby legitymizować projekt, który z „Rady Pokoju” czyni polityczno-finansowy klub wybranych.
To już nie jest drobny błąd taktyczny. To poważny kryzys wiarygodności. A zarazem dowód, iż ślepe oddanie jednemu liderowi – choćby tak wpływowemu jak Trump – prędzej czy później prowadzi do utraty własnej twarzy. I własnego miejsca po adekwatnej stronie historii.

2 godzin temu





