Michalkiewicz: Przed godziną nienawiści

goniec.net 5 godzin temu

Walka o praworządność, której rozpoczęcie surowo przykazała nam w lutym 2017 roku Nasza Złota Pani Angela Merkel, wchodzi już w fazę groteskową. Ale taka ewolucja wydaje się nieuchronna, zwłaszcza gdy obywatel Tusk Donald i jego główny kolaborant na tym odcinku, obywatel Żurek Waldemar, zachowują się niczym słonie w składzie porcelany – aż musiał zwrócić im uwagę pan mecenas Rosati z Naczelnej Rady Adwokackiej. On wprawdzie też jest zaangażowany w walkę o praworządność, ale po adwokacku, czyli zgodnie z recenzją, wystawioną adwokatom przez Juliana Tuwima: “Ci nigdy nie oszaleją. Świat się będzie już walił, wąż ognia równik oplecie i kontynenty zapali – a oni, ironiści, mędrkowie wykrętów chytrych, wyciągną z teczki paragraf i rozprostują – na wytrych. I jak klown na arenie, otworzą drzwi tekturowe, przejdą na drugą stronę i dumnie podniosą głowę: voila!”
Otóż pan Rosati przestrzegł obywatela Żurka Waldemara, by w walce o praworządność się nie zapamiętywał, bo to wywołuje skutki odwrotne. W ogóle warto odwołać się do Arystotelesa z jego “złotym środkiem”. jeżeli choćby ktoś angażuje się w słuszną sprawę praworządności, to musi to robić w granicach przyzwoitości. W przeciwnym razie skutki mogą być opłakane – jak to się stało w nienawistnym sądzie w Giżycku.

Otóż jakiś tamtejszy nienawistny sędzia potraktował serio brednie kolportowane przez obywatela Żurka Waldemara i jego kolabów – iż nienawistni sędziowie rekomendowani przez “nielegalną” Krajową Radę Sądownictwa, w ogóle nie są sędziami – no a skoro tak, to wyroki przez nich wydawane nie są żadnymi “wyrokami”. Wprawdzie obywatel Żurek Waldemar, niby jakiś wioskowy głupek, wbrew logice utrzymywał, iż sędziowie, owszem – nielegalni – ale wyroki – już nie – ale nienawistny sędzia w Giżycku rozumował prawidłowo i orzekł, iż skoro wyrok wydał przebieraniec nie będący sędzią, to ten wyrok jest “nieistniejący”. Sęk w tym, iż chodzi o sprawę rozwodową. Skoro wyrok w tej sprawie jest “nieistniejący”, to o żadnym rozwodzie nie ma mowy, choćby w sytuacji, gdy małżonkowie, którzy myśleli, iż są rozwiedzeni, wstąpili już w nowe związki małżeńskie. W tej sytuacji “obiektywnie” dopuścili się bigamii – ale czy można ich prawomocnie skazać, skoro zostali wprowadzeni w błąd przez przebierańca, który sprawiał wrażenie, jakby był nienawistnym sądem? A na tym przecież nie koniec – bo skoro wyrok rozwodowy jest “nieistniejący” – to małżeństwo trwa przez cały czas ze wszystkimi konsekwencjami, między innymi – z roszczeniami o spełnianie małżeńskich obowiązków.

Ładny interes! Czy teraz pan Dariusz Korneluk, który myśli, iż jest Prokuratorem Krajowym, deleguje specjalnego urzędnika, na przykład w postaci Prokuratury Ewy Wrzosek, która przy pomocy policji doprowadzi niedoszłych rozwodników do współżycia i będzie nadzorowała, czy wszystko odbywa się zgodnie z prawem i sprawiedliwością? Tak mogłoby być – ale z drugiej strony, czy Prokuratura Ewa Wrzosek, która – jak pamiętamy – niedawno sama została odcięta od stryczka – może decydować w sprawach prawa i sprawiedliwości?

W tej sytuacji trudno się dziwić, iż obywatel Żurek Waldemar popada w prostrację. Przestał się golić, a może choćby i myć, więc kiedy zobaczyłem go w telewizji, miałem wrażenie, iż to postać z “Atlasu Typów Przestępczych” Cezarego Lombroso i to jako “przestępca z urodzenia”. W dodatku proces pokazowy złowrogiego Zbigniewa Ziobry właśnie spala na panewce, a nie wiadomo, co będzie z rozporządzeniem w sprawie “pierwszego” i “drugiego małżonka” – bo takiego tricku zamierza użyć obywatel Gawkowski od cyfryzacji, żeby tylko dogodzić Wielce Czcigodnej Kotuli Katarzynie, która już nie może wytrzymać, żeby nie wprowadzić “małżeństw” między sodomczykami albo gomorytkami. Najwyraźniej biurokratyzacja zeszła w tych środowiskach już do poziomu instynktów, skoro bez urzędowego certyfikatu nie mogą się choćby bzykać.

Jakby mało było tych rozterek na tle praworządności, to jeszcze nasz nieszczęśliwy kraj staje w rozkroku i to coraz większym, bo właśnie Ameryka coraz bardziej oddala się od Europy, a między nimi rozwiera się zimna czeluść Północnego Atlantyku, od którego wziął swoją nazwę nasz umiłowany sojusz polityczno-wojskowy.

Chodzi oczywiście o Grenlandię, bez której amerykański prezydent Donald Trump już nie może żyć, a z kolei “Europa” nie chce oddać tego zamorskiego terytorium po dobroci. W związku z tym “cała Europa” stanęła murem za Danią, a niektóre państwa wysłały tam choćby kontyngenty wojskowe; Norwegia kontyngent dwuosobowy, Francja – 15 osobowy, Niemcy podobny, Szwecja i Wielka Brytania takie same. Tymczasem prezydent Trump oświadczył, iż tym krajom, co wysłały na Grenlandię wspomniane kontyngenty, przysoli cła – 10 procentowe na początek, a potem się zobaczy. Na takie dictum niemiecki kontyngent już po dwóch dniach wrócił na ojczyzny lono.

Polska słodszymi od malin ustami obywatela Tuska Donalda oświadczyła, iż na Grenlandię naszej niezwyciężonej armii nie wyśle, za co schłostał go bez litości pan generał Polko – iż to nie tylko “tchórzostwo”, ale również “błąd”. Sytuację próbował łagodzić reprezentujący stuprocentowe zdolności koalicyjne wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz – żeby nie przesadzać z tą nienawiścią do Donalda Trumpa, bo trudno sobie wyobrazić NATO bez Ameryki – ale z Niemiec dobiegają pomruki, iż to znakomita okazja, by wreszcie utworzyć europejskie siły zbrojne niezależne od NATO .

W rezultacie doświadczamy, a adekwatnie nie tyle może “my”, co funkcjonariusze Propaganda Abteilung, doświadczają potężnego dysonansu poznawczego, bo nie wiedzą, kogo teraz bardziej nienawidzić – czy po staremu zimnego ruskiego czekistę Putina, czy jednak Donalda Trumpa, który nie tylko snuje imperialne mrzonki o Grenlandii, ale wbrew opinii bezcennego Izraela ogłosił budowanie Rady Pokoju.

Teoretycznie ma ona położyć kres rządom Hamasu w Strefie Gazy – ale skoro do Rady zaproszeni zostali politycy z Turcji i Kataru, które Hamas wspierają, to to zadanie może okazać się kłopotliwe. Tym bardziej, iż Hamas ma zostać rozbrojony – ale nie wiadomo przez kogo, skoro w skład Rady Pokoju wchodzą osobistości, a nie państwa, które ewentualnie mogłyby w tym celu wysłać jakieś wojska.

Co więcej – na czele Rady Pokoju ma stanąć Donald Trump i to niezależnie od tego, czy będzie prezydentem USA, czy już nie – a poza tym będzie miał tam ostatnie słowo. Rada Pokoju w ogóle nie musi mieć nic wspólnego ze Strefą Gazy, bo bardziej sprawia wrażenie rządu światowego pod dożywotnim przywództwem Donalda Trumpa.
Jak wspomniałem, bezcenny Izrael podobno nie był w tej sprawie konsultowany, więc okazuje swoje wysokie niezadowolenie nie tylko z powodu braku konsultacji, ale przede wszystkim dlatego, iż to przecież Izrael powinien sprawować rządy nad światem, a nie jakieś głupie goje, niechby i amerykańskie.

W tej sytuacji tylko patrzeć, jak Judenrat “Gazety Wyborczej” podpowie, kogo w tym sezonie najbardziej nienawidzimy, zwłaszcza, iż Donald Trump zaprosił do Rady Pokoju nie tylko Wiktora Orbana, ale również – pana prezydenta Karola Nawrockiego, na którego klimakteryczną nienawiścią zieje madame Joanna Szczepkowska, nazywając go “rezydentem” i choćby gorzej – bo wiadomo, iż z racji korzeni etnicznych i bezpieczniackich, miejsce w pałacu powinno przypaść Rafałowi Trzaskowskiemu.

Stanisław Michalkiewicz

Idź do oryginalnego materiału