Miałem sen o tym, iż skończył się zły czas dla naszego kraju.

ireneuszlara.blogspot.com 13 godzin temu

Miałem sen o tym jak Polacy pod kierunkiem Lecha Wałęsy odzyskali wolność dla Polski, miałem sen, iż skończył się zły czas dla naszego kraju.
Solidarność między rodakami, wzajemna życzliwość oraz powszechność wartości moralnych, które przez lata sowieckiej dominacji przypominał nam Kościół.
Nie do ruszenia.
Powstanie naszego narodu i państwowości zawdzięczamy w dużej mierze Kościołowi – i to on przez pokolenia nie pozwolił nam tej Polski odebrać.

No i się obudziłem. I co widzę?

A mogło być tak pięknie.

Jednak osobiste ambicje Lech Wałęsa i Jarosława Kaczyńskiego wysadziły tę piękną wizję w powietrze.

Ten wybuch to był atak na Jerzego Turowicza – jednego z najważniejszych intelektualistów katolickich XX wieku. Był on nie tylko twórcą i redaktorem „Tygodnika Powszechnego”. Przez ponad pół wieku kierował tym pismem, czyniąc z niego forum niezależnej myśli w czasach PRL. Uchodził za symbol dialogu, otwartości i etycznego dziennikarstwa.

Gdy rozpoczynała się „wojna na górze” (1990–1991), Turowicz – za namową Jana Pawła II – próbował ją powstrzymać, odwołując się do Ewangelii.

Przypominał wtedy, że:

• Kościół powinien być otwarty i dialogiczny,

• Polska potrzebuje pojednania narodowego, a nie rewolucji.

• Tylko spokojna budowa demokracji ma sens, bo zemsta nigdy niczego nie zbudowała.

Wtedy jednak na Turowicza rzuciło się polskie piekło – z jednej strony Wałęsa, z drugiej Kaczyński.

Dusza polska kieruje się ku prawicy, nacjonalizmowi, rasizmowi i Kościołowi, ale rytualnemu. Ewangelia – choć wypowiadana z patosem – pozostaje powierzchowna.

Kto sądzi, iż idąc coraz bardziej na prawo, służy Narodowi, ten wybiera drogę prowadzącą do jego paraliżu. Czy trzeba przypominać przedwojenny sojusz Kościoła z endecją?


Nie udało się uratować polskiej duchowości przed zakłamaniem i zdradą, przed zaślepieniem umysłu i banalnością frazesu, przed fanatyzmem i cynizmem.

Katastrofą stało się to, iż miłosierdzie sprowadzono do roli listka figowego. Wypchnięto je ze świata, pogardliwie nazywając „humanitaryzmem” czy „sentymentalizmem”.

Przypisujemy sobie życzliwość z niezwykłą łatwością – nie mając ku temu podstaw. W ten sposób rozgrzeszamy się ze wszystkiego, przekonani, iż mamy „serce na adekwatnym miejscu” i iż „nie skrzywdzilibyśmy muchy”. Tymczasem często nie ponieśliśmy żadnej realnej ofiary dla drugiego człowieka.

Wystarczy, iż jesteśmy szczęśliwi, by uznać się za dobrych. Znacznie trudniej byłoby nam w tych samych okolicznościach nazwać siebie ludźmi powściągliwymi, cnotliwymi czy pokornymi.



Idź do oryginalnego materiału