Marzec 68′ – wstęp do ewakuacji żydokomunistycznych zbrodniarzy

6 godzin temu

Oficjalnie, tzw. „Marzec 1968” to kryzys polityczny w PRL, zapoczątkowany studenckimi protestami przeciwko cenzurze (zdjęcie „Dziadów” w reż. Dejmka) i represjom. Władze PZPR stłumiły demonstracje, wykorzystując je do walki frakcyjnej oraz rozpętując antyżydowską kampanię, która zmusiła tysiące osób pochodzenia żydowskiego do emigracji. Od lat wydarzenie to przedstawiane jest jako przykład terroru i polskiego tzw. „antysemityzmu”. Celowo nie mówi się o tym, iż wówczas z kraju wyjechały setki żydobolszewickich zbrodniarzy, zabierając ze sobą cały majątek, zbity na mordowaniu polskich patriotów.

Marzec 68′ należy do jednych z najbardziej zakłąmanych epizodów w historii powojennej Polski. Wydarzenia te obejmowały zarówno protesty studenckie przeciwko władzy komunistycznej, jak zleconą przez Kreml a zorganizowaną przez aparat państwowy PRL kampanię antysyjonistyczną, która doprowadziła do emigracji tysięcy obywateli polskich pochodzenia żydowskiego. Szczególne kontrowersje budzi fakt, iż wśród osób opuszczających kraj znajdowali się przede wszystkim funkcjonariusze systemu komunistycznego odpowiedzialni za represje wobe polskich patriotów w okresie stalinizmu.

Po 1956 roku, czyli momencie gdy władzę w PRL, z rąk bierutowskiej żydokomuny przejęła gomułkowska chamokomuna, w łonie PZPR narastały spory partyjne. Jednym ze standardowych narzędzi walk frakcyjnych w najwyższych kręgach partii oraz sposobem na odwrócenie uwagi od kryzysu politycznego, było wywoływanie kryzysów społecznych. Szczególnie podatnym na rozruchy środowiskiem, było środowisko studenckie i to do niego odwoływali się żydokomuniści, liczący, iż dzięki buntowi inteligencji, będą w stanie odzyskać utracone pozycje w KC partii.

Bezpośrednim impulsem do protestów była decyzja władz o zdjęciu ze sceny spektaklu Dziady w reżyserii Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym. Demonstracje studenckie w Warszawie w marcu 1968 roku spotkały się z brutalną reakcją władz. Skostniały i przeżarty propagandą gomułkowski aparat partyjny zaczął przedstawiać protesty jako efekt działalności „wrogich elementów”, w tym „syjonistycznych”. To ostatnie miało w sobie sporoą dozę prawdy, gdyż na czele protestów stali studenci pochodzenia żydowskiego.

Dodatkowo na wydarzenia te nałożyła się niedawno zakończona wojna sześciodniowa, w trakcie której syjoniści z Izraela pokonali wspierane przez ZSRS kraje arabskie. W ramach zemsty, Moskwa zaczęła zwalcząc propagandowo Izrael oraz wymuszała na swoich wasalach czystki antyżydowksie w aparacie władzy. W efekcie kumulacji tych wydarzeń (protesty sudenckie i naciski hegemona), gomułkowcy rozpoczęli zakrojoną na szeroką skalę czystkę w instytucjach państwowych, na uczelniach, w wojsku i w mediach.

Obywatele pochodzenia żydowskiego byli zmuszani do emigracji, często pod presją utraty pracy lub represji administracyjnych. Szacuje się, iż w latach 1968–1972 Polskę opuściło około 13–15 tysięcy osób. Wielu z nich otrzymywało jednorazowe dokumenty podróży, które w praktyce oznaczały utratę obywatelstwa. Co ważne, ludzie ci mogli zabrać ze sobą cały zgromadzony dotychczas majątek. Otrzymali też prawo wyjazdu z kraju, na co nie mógł liczyć zwykły Polak, któremu władze nie chciały choćby wyrobić paszportu.

Wśród emigrantów znaleźli się przede wszystkim dawni funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa i wymiaru sprawiedliwości z okresu stalinowskiego. Jedną z najbardziej znanych postaci była Helena Wolińska-Brus. W okresie stalinowskim pełniła ona funkcję prokuratora wojskowego i uczestniczyła w śledztwach przeciwko działaczom podziemia niepodległościowego, m.in. w sprawie generała Emila Fieldorfa „Nila”.

W 1968 roku wyemigrowała do Wielkiej Brytanii, gdzie pracowała naukowo. Po 1989 roku polski wymiar sprawiedliwości kilkakrotnie występował o jej ekstradycję w związku z zarzutami dotyczącymi nadużyć w śledztwach stalinowskich, jednak władze brytyjskie odmówiły jej wydania, powołując się m.in. na kwestie zdrowotne i prawne.

Podobną kontrowersję wywoływała postać Stefana Michnika, który w latach 50. był sędzią wojskowym w procesach politycznych. Wydawał wyroki wobec żołnierzy podziemia niepodległościowego, w tym kary śmierci. Po wydarzeniach marcowych opuścił Polskę i osiedlił się w Szwecji, gdzie uzyskał obywatelstwo i pracował jako bibliotekarz. III RP kilkakrotnie występowała o jego ekstradycję, jednak szwedzkie sądy uznały, iż zarzucane czyny uległy przedawnieniu według prawa szwedzkiego.

Oto fragment wspomnień Anny Karpińskiej de Tusch-Lec, opublikowane w „Dużym Formacie”, w kwietniu 2008 roku: „W Izraelu mój tata powiedział mi bardzo ciekawą rzecz: Anka, ty myślisz, żeśmy wyjechali z Polski dlatego, iż był antysemityzm? Nie, on był zawsze. Ale w 1968 r. zrobiło się niebezpiecznie. Tam parę pieczeni piekło się jednocześnie. Oni mieli nasze kartoteki. Nas, Żydów z UB. […]

Mój tata był w UB. Mówił nam: byłem, mam czarną plamę na życiorysie. Co robił Polakom? On zabijał, torturował. Czy w takiej sytuacji przeprowadzka do innego kraju była najgorszym wyjściem? À propos, już w 1957 r. złożył podanie o zgodę na wyjazd do Izraela, ale jej nie dostał. Inni wyjechali jako emigranci ekonomiczni„.

A tak wspominał „znajomość” z Jackiem Kuroniem prof. Lech Jęczmyk – znakomity polski tłumacz, eseista, publicysta i redaktor, znawca literatury science fiction: „Rektor w obecności mamy poprosił o moją teczkę, zajrzał do środka i stwierdził: Z taką opinią syn nie dostanie się na żadne studia. Oprócz świadectwa maturalnego, piątkowego w moim przypadku, w teczce figurowała tajna (dla mnie) opinia polityczna ze Związku Młodzieży Polskiej.

W mojej dzielnicy, na warszawskim Żoliborzu, opnie takie wystawiał wszystkim maturzystom szczególnie zajadły bolszewik (potem nawrócił się na trockizm) niejaki Jacek Kuroń. (…) Postrachem żoliborskiej młodzieży był niejaki Jacek Kuroń, członek zarządu dzielnicowego ZMP. (…)

Jako zajadły bolszewik Kuroń chodził uzbrojony w pistolet. Stanowiło to dowód szczególnego zaufania ze strony partii i było romantyczną pozostałością z czasów, gdy działało jeszcze antykomunistyczne podziemie. Z pistoletami biegali też po uniwersytecie Geremek i Kołakowski. Skąd wiedzieliśmy o tym pistolecie? Kuroń chodził wtedy po szkołach i wygłaszał demoralizujące pogadanki, zachęcające na przykład, żeby donosić na rodziców. Zwłaszcza czy słuchają londyńskiego radia.

Po takiej pogadance w żeńskiej szkole im. Sempołowskiej ojciec pięknej Kamili, dość znany pisarz Strumph-Wojtkiewicz, postanowił z Kuroniem popolemizować, wybrał się więc na „dzielnicę”, ubrany jak przedwojenny dziedzic z nieodłączną grubą bambusową laską. W obskurnym biurze (byłem tam raz wzywany na przesłuchanie) pan Strumph-Wojtkiewicz spytał grzecznie, który to jest pan Kuroń, po czym przygrzmocił mu lagą. Kuroń wyskoczył przez okno i na parapecie zgubi pistolet. (…)

Kuroniowi podlegało także harcerstwo w całej Warszawie, bo moi koledzy z innych dzielnic pamiętali, jak robił zbiórki i wyrywał im krzyże harcerskie razem materiałem. Wzorując się na wzorach sowieckich, gdzie młodzi komuniści spisywali osoby chodzące do cerkwi, Kuroń w kościele św. Stanisława Kostki ukrywał się za filarem na chórze i spisywał chodzących na mszę harcerzy. Stary pan Kuroń zaglądał do nas na herbatę i pamiętam, jak kiedyś wpadł bardzo podniecony: „No, nie daj, Boże – mówił od wejścia – żeby ten mój Jacuś kiedyś się dorwał do władzy”.

Warto też zauważyć, iż siłą napędową autentycznych protestów marcowych z 1968 roku byli studenci z warszawskich akademików. Żaden z nich jednak nie przeszedł do legendy. Wielu z nich zostało potem wyrzuconych z akademików i relegowanych ze studiów. Musieli wracać na prowincję, a tam czekały już na nich gotowe powołania do wojska. Ani historycy, ani publicyści nie poświęcają im należytej uwagi. Do legendy zostali wniesieni wyłącznie studenci-synowie komunistycznych prominentów, często Żydzi, tacy jak Adam Michnik, których zwykli, polscy studenci nazywali „bananowcami”.

Polecamy również: Niemiecka skrajna lewica domaga się obowiązkowej nauki islamu w szkołach

Idź do oryginalnego materiału