Postęp ma to do siebie, iż często wiemy, co dzięki niemu zyskujemy, ale nie dostrzegamy tego, co wraz z nim tracimy. A wielkie zmiany zwykle łączą się z wielkimi kosztami. Problem w tym, iż zwykle ponoszą je najsłabsi. […] W przypadku transformacji technologicznej może być podobnie: możliwe, iż pozwoli ona wjechać gospodarce na tory szybkiego rozwoju. Niektórzy z nas albo nasze dzieci zyskają – ale jakim i czyim kosztem? […] (ze Wstępu).
Wydawnictwu Czarne dziękujemy za udostępnienie fragmentu do publikacji. Zachęcamy do lektury całej książki.
4. Raj AI
I
Jest spóźniony, ale w końcu przychodzi. Widzę jego krótkie włosy, okrągłe okulary w cienkich oprawkach, modny ostatnio wąs, tatuaże na dłoniach i gołych łydkach. Ma na imię Wiktor i trzydzieści cztery lata za sobą. Uważa, iż wszystko zostało już powiedziane. choćby jego historia nie jest wyjątkowa. A za mnie książkę mógłby napisać ChatGPT.
Wiktor urodził się w Warszawie. Najpierw mieszkał na Targówku, potem przeniósł się z rodzicami na Żoliborz. Teraz też tam mieszka, ale już na swoim. Rodzice po odchowaniu dzieci wyprowadzili się pod miasto, a jemu i jego bratu zostawili po mieszkaniu. To dało mu swobodę. Długo wybierał, co chce robić w życiu, nie śpieszył się. Dwa lata studiował ratownictwo medyczne, a potem na raty kończył anglistykę (magisterka) i dziennikarstwo (licencjat). Po studiach trochę dawał korepetycje, potem były tłumaczenia, ale potrzebował czegoś bardziej stabilnego. Tak trafił do PR-u, ale ocieplaniem wizerunku innych zajmował się krótko, bo tylko rok. W końcu dostał się do sporej agencji, która świadczyła usługi copywriterskie i marketingowe dla innych. Miała wielu klientów. Początkowo pisał, a adekwatnie dostarczał kontent, czyli treści, na każdy adekwatnie temat. Potem zaczął się specjalizować w zagadnieniach medycznych, bo miał niezłą wiedzę ze studiów i potrafił używać trudnych słów tak, żeby rozumiał to przeciętny klikacz w internecie.
[…] Stojąc na czele ośmioosobowego zespołu copywriterów, miał o wiele więcej pracy. Nie tylko sam pisał, ale i zlecał zadania, kontrolował ich wykonanie, poprawiał teksty innych.
Pewnego dnia jego szef opowiedział mu o nowym projekcie. Chciał użyć AI, czyli sztucznej inteligencji, aby przyśpieszyć pracę i obniżyć koszty.
Było to kilka miesięcy po tym, jak amerykańska firma OpenAI zaprezentowała światu ChatGPT, który odpowiada na zadane mu pytania.
Choć o ChacieGPT – ale też o innych podobnych programach (Claude, Google Gemini, Llama Meta, Copilot) – mówi się, iż to sztuczna inteligencja, to z prawdziwą inteligencją nie mają wiele wspólnego. Są to duże modele językowe (LLM – large language model), które wykorzystują uczenie maszynowe do tego, aby wyliczyć najbardziej prawdopodobną odpowiedź na zadane pytanie. I nie wynika ona z autonomicznych przemyśleń, a jedynie z obliczenia szansy, iż dane słowo czy sformułowanie pojawi się (lub powinno się pojawić) jako następne przy tworzeniu odpowiedzi na dany tekst (pytanie). Zaawansowanie modeli językowych polega właśnie na tym, iż mają ogromną bazę danych i skutecznie „zgadują” kolejne odpowiedzi, a wygenerowane przez nie teksty, choćby długie, wyglądają poprawnie, choć nie zawsze są prawdziwe. Jest tak, bo systemy te mają tendencję do „halucynowania”, czyli mówiąc inaczej – kłamania, choć oczywiście sam teraz antropomorfizuję, posługując się określeniem zakładającym intencję.
Narzędzia te zatem nie „myślą”, nie są „inteligentne” w żadnym dosłownym sensie, a termin „sztuczna inteligencja” w kontekście ChataGPT i mu podobnych to po prostu chwyt marketingowy. [*]
Temu medialnemu szumowi uległ również szef Wiktora – powtarzanej w mediach narracji, iż trzeba wsiąść do pociągu AI, zanim odjedzie. Biznesy tych, którzy się wahali, spóźnili lub zwlekali zbyt długo i zostali na peronie, miały niebawem upaść.
Ostro i bez znieczulenia
– tak działamy od 2020 roku. Dziennikarstwo, które nie jest obojętne. Tygodnik Spraw Obywatelskich nagłaśnia nadużycia, edukuje i daje narzędzia do realnej, obywatelskiej zmiany.
Przekaż 1,5% i zostań naszym współwydawcą
– Przyszedł do mnie i przez dobre pół godziny zachwycał się ChatemGPT. Owszem, robił wrażenie i na mnie, ale traktowałem go jako ciekawostkę, która ułatwia dzieciakom pisanie prac domowych.
A w ich pracy? Może kiedyś, w przyszłości, jak przestanie tak zmyślać – próbował tłumaczyć pracodawcy Wiktor.
– Szef patrzył na to inaczej. Mówił, iż dzięki temu będziemy mogli realizować zlecenia o wiele taniej i szybciej. Postawił laptop na moim biurku i pokazał wersję beta programu, który niebawem miał być wdrożony w naszej firmie. Kiedy zobaczyłem, jak działa, pomyślałem: „Jezu Chryste, to koniec”, a on zacierał ręce na samą myśl, ile dzięki temu zarobi.
Szef mianował Wiktora kierownikiem nowego działu. Nie był już więc menedżerem do spraw treści.
Jego stanowisko nazywało się teraz „AI Content Director”. Autorzy stali się „AI Content Specialist”, a redaktorzy podpisywali się „AI Content Quality Editor”.
W firmie pojawił się szkoleniowiec – znany z LinkedIna entuzjasta AI. Uczył ich promptować, czyli odpowiednio zadawać pytania i wydawać komendy, aby generatory tekstu tworzyły to, co zwykle tworzyli oni.
Rola pracowników miała teraz polegać właśnie na formułowaniu pytań i komend oraz opracowywaniu odpowiedzi maszyny tak, aby powstały materiał wyglądał bardziej „ludzko”.
Po kilku tygodniach w firmie pojawił się w końcu program, który zmienił system pracy – ten sam, który wcześniej szef pokazał Wiktorowi. Teraz Wiktor na podstawie zleceń od klientów wprowadzał do programu tematy w postaci nagłówków. Te były przypisywane aktualnie wolnym „autorom”. Ci zaś nie pisali sami, ale generowali tekst dzięki modelu językowego, a następnie musieli tchnąć w materiał nieco „człowieczeństwa”. Polegało to na poprawianiu niezręczności, czyli wycinaniu zbyt sztywnych sformułowań, oraz przepisywaniu poszczególnych zdań własnymi słowami. Po „uczłowieczeniu” tekst miał wyglądać tak, aby – jak mawiał szef – „nikt się nie przyczepił”. Ani czytelnik, ani klient. Kiedy pierwsza wersja materiału była gotowa, zajmowali się nią redaktorzy, którzy jeszcze raz poprawiali tekst stylistycznie i wyłapywali błędy. Ale na to ostatnie nie było wiele czasu, bo
teraz tworzenie treści przypominało taśmę fabryczną. W ciągu dnia w zespole powstawało nie – jak dotąd – kilkadziesiąt tekstów, tylko kilkaset, a choćby więcej.
Jednak nie wszyscy pracownicy równie dobrze radzili sobie z generowaniem treści. Zespół wyraźnie podzielił się na tych, co AI znają i entuzjastycznie z niego korzystają, oraz na tych, którzy wcale się do tego nie palą. Pierwsza grupa była chwalona za „elastyczność”, „racjonalność”, „dryg do nowych technologii”. Drugą krytykowano za „niechęć do nowinek”, „zacofanie”, „bierną postawę”. Śmiano się, iż niedługo na powrót wyciągną maszyny do pisania.
Jednocześnie coraz częściej zdarzało się, iż brakowało pracy dla wszystkich zatrudnionych – choć zleceń było więcej, bo firma wykonywała je szybciej i mogła obniżyć ceny dla klientów (niektórych wciąż przekonując, iż całą robotę wykonują ludzie).
[…] Szef Wiktora widział te przestoje i spadające morale. Pewnego razu położył na jego biurku kopertę; odręcznie napisał na niej „transformacja”. Wcześniej była to zwykle zapowiedź szkolenia, premii czy spotkania integracyjnego. Teraz w środku znajdowała się kartka z nazwiskami pracowników, których Wiktor miał posegregować według tego, jak dobrze wykorzystują generator w pracy. Nie było to trudne, wystarczyło policzyć średnią liczbę tekstów opracowanych przez daną osobę w ciągu dnia. Ale Wiktor rozszerzył ocenę o to, jak często i w jakim stopniu materiały wymagają poprawy redaktorów. Był przekonany, iż najlepsi dostaną podwyżkę albo chociaż premię.
Kilka dni później dowiedział się, iż przygotował listę osób do zwolnienia.
[…] Kilka miesięcy po zwolnieniach Wiktor wraz zespołem zajmował się trenowaniem programu AI, który miał w przyszłości wykonywać całą pracę już bez ich pomocy. – Nikt nie ukrywał, iż robiąc to, co robimy, piłujemy nogi od naszych stołków i prędzej czy później wylądujemy na tyłku – mówi Wiktor.
Szkolenie polegało z grubsza na generowaniu tekstów na zlecone tematy (jak do tej pory), ale po ich opracowaniu należało ocenić (łapką w górę albo w dół) wygenerowane treści. jeżeli ocena była negatywna, a zwykle tak właśnie było, system dopytywał, co należy poprawić. Należało wyciąć zbyt kwieciste sformułowania, wskazać błędy i je poprawić, oznaczyć fragmenty tekstu brzmiące nienaturalnie i podać lepsze rozwiązania, zredagować koślawe konstrukcje, a niepasujące słowa zamieniać na bardziej trafne. Tutaj trzeba było się wykazać niezwykłą szczegółowością. Opcji do kliknięcia było wiele, bo program musiał znać jak najszerszy kontekst.
– To była żmudna praca. Próba przekazania tego ludzkiego pierwiastka nie była łatwa. Dawaliśmy maszynie wiedzę, której nie może znaleźć w zbiorze danych. Pozbywaliśmy się tej ludzkiej cząstki, ucząc system, jak podejmujemy decyzje, oceniamy, rozumujemy, aby później samemu mógł tworzyć lepsze treści już bez nas.
Poczucie niepewności wisiało nad Wiktorem i jego zespołem każdego dnia.
[…] Po kilku miesiącach pracy nad szkoleniem systemu szef zwołał zebranie. Większość zespołu Wiktora spodziewała się, iż ogłosi koniec pracy oraz zwolnienia. I tak się stało. Szef zapowiedział, iż czekają ich dwa–trzy miesiące intensywnej pracy, bo „narzędzie jest prawie gotowe”. Kiedy ukończą projekt, ich stanowiska zostaną zlikwidowane. Obiecał jednak, iż nie zostawi ich na lodzie – każdy mógł liczyć na sesję z doradcą zawodowym, pomoc w opracowaniu CV i profesjonalnego profilu na LinkedInie oraz spotkanie z psychologiem, który miał ich wesprzeć w „procesie zmiany”.
Każdy otrzymał też obietnicę półrocznej odprawy, ale liczonej „od dziś”. Oznaczało to, iż im szybciej skończą, tym więcej miesięcy będą dostawać wypłatę bez obowiązku świadczenia pracy. To miało ich zmotywować. Spowodowało jednak, iż z niewielkim zespołem pożegnał się od razu jeszcze jeden kolega. Pracy było więc więcej, bo nie planowano nikogo zatrudnić na tak krótko. Wkurzony zespół zmusił Wiktora, aby pogadał z szefem.
– Wszedłem do jego gabinetu i zakomunikowałem, iż w mniejszym składzie nie zdążymy dokończyć projektu. Musi albo kogoś zatrudnić do pomocy, albo przedłużyć obiecaną odprawę.
W odpowiedzi usłyszał od szefa motywującą gadkę, iż biorą udział w czymś wyjątkowym. […]
[…] Kilka tygodni po rozmowie z szefem Wiktor został zwolniony za niesubordynację, bo nie godził się na niesprawiedliwe traktowanie siebie i swoich współpracowników. I choć stracił szansę na odprawę, to poczuł ulgę – ale jednocześnie strach. Nie miał wprawdzie wielu zobowiązań, ale też zbyt wielu oszczędności. Musiał gwałtownie znaleźć pracę. Na rynku było już mnóstwo copywriterów, którzy potrzebowali zajęcia. Po tygodniu na setki wysłanych aplikacji dostał raptem dwie odpowiedzi.
– Byłem załamany. Ciągłe słyszałem i czytałem, iż mamy najniższe bezrobocie w historii, brakuje rąk do pracy. Ale niestety nie moich.
Zaczął więc szukać pracy jako tłumacz. Myślał, iż może zaczepi się w tej branży na pełny etat. W końcu wydawnictwa wydają wiele książek, a sporo z nich to przekłady z języka angielskiego. gwałtownie się okazało, iż zleceń, których mógłby się podjąć w zgodzie z sobą, czyli dbając o najmniejszy szczegół, już prawie nie ma.
– Przekład kilkusetstronicowej książki to dla tłumacza minimum kilka miesięcy pracy. Dla programu to chwila. Jest taniej, ale czy lepiej? Dla firmy liczącej zyski – tak, dla czytelnika karmionego tekturą – nie.
Dzisiaj Wiktor zajmuje się marketingiem i promocją w jednej z firm farmaceutycznych. Po godzinach pisze własną powieść. Bez użycia AI.
Przypisy:
[*] Dla uproszczenia w tekście posługuję się jednak tym określeniem (choć w kontekście ChataGPT i mu podobnych należy mówić o generatywnej sztucznej inteligencji).


2 godzin temu









