Dotacje publiczne, w szczególności te pochodzące z budżetu Unii Europejskiej, funkcjonują w powszechnej świadomości jako forma bezzwrotnego wsparcia, mająca przyspieszać rozwój gospodarczy, modernizować państwa członkowskie oraz wyrównywać różnice regionalne.
Nie dzieje się tak bez powodu, ponieważ w oficjalnej narracji przedstawiane są jako instrument solidarności i inwestycji w przyszłość. W praktyce jednak mechanizm ich działania znacząco odbiega od uproszczonego obrazu „darmowych pieniędzy”, chociażby dlatego, iż Unia Europejska nie dysponuje własnymi środkami finansowymi.
Redystrybucja zamiast inwestycji bezpośrednich
Z tego względu system dotacyjny staje się źródłem strukturalnych zależności finansowych, regulacyjnych i politycznych, a także jest elementem szerszego mechanizmu redystrybucji kapitału. Środki te nie powstają w próżni – pochodzą między innymi z budżetów państw członkowskich, zasilanych poprzez składki, podatki pośrednie, opłaty celne oraz inne instrumenty fiskalne. Oznacza to, iż społeczeństwa, zamiast bezpośrednio przeznaczać pieniądze na konkretne inwestycje, najpierw przekazują je do wspólnego systemu, z którego część wraca w postaci projektów obwarowanych ścisłymi warunkami, terminami i zobowiązaniami.
Dotacyjne zadłużenie
Jak powszechnie wiadomo, zasady ustala ten, kto daje pieniądze. Nie inaczej jest w przypadku dotacji. To instytucja finansująca definiuje cele, wskaźniki, mierniki sukcesu oraz sposób osiągania efektów. Sam proces pozyskania środków wymaga dostosowania projektu do obowiązujących ram politycznych i ideologicznych. W praktyce beneficjent nie realizuje tego, co rzeczywiście odpowiada potrzebom obywateli, gospodarstw rolnych, gmin czy regionów, ale to, co zostało narzucone w dokumentach programowych. Tym samym dotacja staje się narzędziem sterowania decyzjami gospodarczymi i samorządowymi, znacząco ograniczając faktyczną autonomię podmiotów z niej korzystających. Kluczowym elementem tego systemu jest współfinansowanie. Oznacza to, iż brakującą część kosztów należy pokryć ze środków własnych lub z zaciągniętego kredytu. W przypadku gmin, gospodarstw rolnych czy małych przedsiębiorstw jest to zadłużenie rozłożone na kilkanaście, a nierzadko kilkadziesiąt lat.
Spirala uzależnień
Mechanizm funkcjonowania dotacji jest w gruncie rzeczy prosty. Po zakończeniu inwestycji beneficjent wchodzi w fazę tzw. trwałości projektu. Przez wiele lat musi utrzymywać określony poziom działalności, spełniać normy techniczne i środowiskowe oraz ponosić koszty serwisowania, modernizacji i dostosowywania instalacji do zmieniających się regulacji. Każde odstępstwo grozi korektą finansową lub obowiązkiem zwrotu części środków. W efekcie dotacja przestaje być impulsem rozwojowym, a staje się długoterminowym zobowiązaniem administracyjnym i finansowym, którego realny ciężar ujawnia się dopiero po zakończeniu okresu „promocyjnego” projektu. Istotnym, ale rzadko poruszanym aspektem jest fakt, iż dotacje nie rozwiązują problemów finansowych, ale je maskują. Projekty, które bez subsydiów nie byłyby ekonomicznie opłacalne, poprzez działania różnych grup nacisku są promowane i wdrażane dzięki wsparciu publicznemu. Po zakończeniu finansowania często okazuje się, iż inwestycje te nie generują wystarczających przychodów, by utrzymać się samodzielnie. Wówczas pojawiają się kolejne programy wsparcia, nowe dotacje lub restrukturyzacja zadłużenia, zwykle wymagające zaciągnięcia kolejnych kredytów. W ten sposób powstaje spirala trwałych uzależnień finansowych.
Ryzyko na poziomie lokalnym
Działanie tego systemu jest szczególnie widoczne w sektorze energetycznym i rolnym. Projekty określane jako „zielone” wymagają zaawansowanych technologii, importowanych komponentów, zewnętrznego finansowania oraz specjalistycznego nadzoru. Znaczna część zysków z tych inwestycji trafia do zagranicznych firm technologicznych, banków, audytorów i podmiotów certyfikujących, podczas gdy lokalne społeczności ponoszą ryzyko operacyjne oraz pozostają z infrastrukturą, której utrzymanie generuje stałe koszty – często dzieje się to wbrew lokalnym potrzebom i oczekiwaniom.
Cel: zniszczenie rolnictwa
Takim dobrym przykładem są „zielone gospodarstwa”, masowo promowane w Polsce po 2018 roku. Programy te obiecują rolnikom niezależność energetyczną, zielone certyfikaty, stabilny dochód z energii oraz udział w ratowaniu klimatu i planety. W praktyce są to projekty finansowane z funduszy UE (PROW, KPO), funkcjonujące jako hybryda rolnictwa i energetyki. Rolnik otrzymuje wsparcie na biogazownie, instalacje fotowoltaiczne i systemy cyfrowego zarządzania, ale znaczna część inwestycji realizowana jest przy pomocy kredytu i oparta na zamkniętych technologiach zagranicznych firm. Oznacza to wyłącznie autoryzowany serwis, licencjonowane oprogramowanie, obowiązkowe audyty środowiskowe oraz brak realnych alternatyw technologicznych. Po zakończeniu okresu dotacji pozostają wysokie koszty utrzymania i spłata zadłużenia. Zamiast obiecywanej niezależności powstaje długoterminowe uzależnienie od banków, dostawców technologii, regulacji oraz ciągłych dostaw surowca pod instalacje energetyczne. W efekcie gospodarstwo rolne zaczyna być podporządkowane produkcji energii, zamiast wytwarzaniu żywności. Trudno uznać taki model za ekologiczny. W ostatecznym rozrachunku „darmowe” dotacje spłaca rolnik poprzez kredyty, leasingi i koszty serwisowe, a pośrednio również konsumenci, ponieważ rosną ceny żywności. Mało tego – istnieje zagrożenie, iż w sytuacji napływu tańszych produktów z Ameryki Łacińskiej, m.in. w ramach umowy z Mercosur, polski rolnik może utracić możliwość sprzedaży własnych produktów choćby po cenach pokrywających koszty produkcji. Tutaj rodzi się zasadnicze pytanie, czy brukselscy urzędnicy, tworząc programy „zielonego gospodarstwa” z jednej strony i podpisując umowę Mercosur z drugiej, nie przewidzieli konsekwencji podejmowanych przez siebie decyzji? Swoją drogą, jest mało prawdopodobne, aby eksperci nie wzięli pod uwagę takich ewentualności. W tym momencie nasuwa się kolejne pytanie. o ile odpowiedzią jest, iż działają według z góry ustalonego programu, to oznacza, iż ich celem jest zniszczenie europejskiego, w tym również i polskiego rolnictwa.
Energetyka: eliminacja tradycyjnych źródeł
Analogiczny mechanizm widoczny jest w sektorze energetycznym. Programy realizowane w ramach KPO, Funduszu Spójności czy FEnIKS oficjalnie wspierają transformację w kierunku OZE. Gminy i spółki komunalne otrzymują środki na farmy fotowoltaiczne, wiatraki, modernizację sieci czy magazyny energii, jednak większość projektów opiera się na schemacie: dotacja, kredyt i kontrakty zewnętrzne. Realnymi beneficjentami pozostają banki, fundusze inwestycyjne oraz międzynarodowe koncerny dostarczające technologie i serwis. Społeczeństwo, poza poczuciem uczestnictwa w rzekomym „ratowaniu planety” i walce ze zmianami klimatu, w praktyce otrzymuje drogą, niestabilną i – wbrew deklaracjom – nieekologiczną energię z OZE. W pakiecie dostaje również zdegradowany krajobraz, zdominowany przez „nowoczesne” wiatraki niszczące środowisko naturalne, oraz trwałe zobowiązania finansowe. Powstały w ten sposób dług jest spłacany pośrednio przez wyższe opłaty sieciowe, rosnące ceny energii, podatki lokalne oraz kosztem ograniczania innych wydatków publicznych. Co więcej, system ten coraz częściej przybiera formę pośredniego przymusu. Choć nie istnieje konkretny przepis, który po wdrożeniu OZE zakazuje korzystania z tradycyjnych źródeł energii, ograniczenia wynikają jednak z warunków przyznawania dotacji oraz towarzyszących im regulacji. W praktyce wymusza to likwidację lub trwałe wyłączenie wcześniejszych instalacji, a ich dalsze użytkowanie grozi zwrotem dotacji wraz z odsetkami. Presję wzmacniają rosnące normy emisyjne, uchwały antysmogowe i opłaty środowiskowe. Tak więc tradycyjne źródła energii nie są eliminowane konkretnym zakazem, ale stopniowo wypychane z użycia poprzez zwiększane koszty, ryzyko prawne i finansowe. W efekcie OZE przestaje być jedną z opcji, a staje się jedynym dopuszczalnym rozwiązaniem. W rezultacie transformacja energetyczna przebiega nie tyle poprzez rozwój technologii, ile poprzez system nacisków, „zachęt” i sankcji finansowych, który znacząco ogranicza swobodę wyboru. Wprowadzany program zamiast energetycznej suwerenności tworzy spiralę trwałej zależności od regulacji UE, importowanych technologii i zewnętrznego kapitału.
Mechanizm pozbawienia suwerenności
Programy dotacyjne w rzeczywistości sprzyjają koncentracji kapitału oraz władzy i są perfekcyjnym narzędziem redystrybucji środków publicznych do prywatnych struktur ponadnarodowych. Przenoszą one do naszego kraju mechanizmy, które już od dawna są znane w innych państwach UE, a wcześniej były testowane w krajach Globalnego Południa — krótkoterminowa dotacja, długoterminowe zobowiązania i przede wszystkim utrata suwerenności gospodarczej i politycznej państwa. Praktyka pokazuje, iż gdy raz zostanie przekroczony ten „dobroczynny próg”, społeczeństwa, samorządy i przedsiębiorcy zaczynają funkcjonować w systemie permanentnej zależności od kolejnych transz finansowania. Pojawia się wówczas zjawisko trwałego uzależnienia, w którym brak dotacji czy kredytu oznacza stagnację, a choćby bankructwo, natomiast ich obecność powoduje konieczność podporządkowania się warunkom narzuconym z zewnątrz. W dłuższej perspektywie programy te zasadniczo wpływają na strukturę państwa i społeczeństwa. W tym układzie rozwój przestaje być efektem dobrych ekonomicznych decyzji, a staje się realizacją strategii zapisanych w programach narzucanych przez międzynarodowe jednostki.
Iluzja łatwego postępu
Jak widać, dotacja nie jest „prezentem”, czy neutralnym narzędziem rozwoju, ale twardym instrumentem odgórnego zarządzania. Jest iluzją łatwego postępu, za którą społeczeństwa płacą najwyższą cenę: utratą suwerenności, samodzielności decyzyjnej i kontroli nad własnymi zasobami. Dotacje są instrumentem władzy ekonomicznej, regulacyjnej i narracyjnej, kształtującym kierunki inwestycji, sposób myślenia o gospodarce oraz relacje między państwem a obywatelami. Koszt tych mechanizmów nie znika – zostaje jedynie rozłożony w czasie i rozproszony w społeczeństwie, podczas gdy korzyści, jak zwykle, koncentrują się w określonych sektorach, strukturach i kieszeniach. W tym kontekście należy mocno się zastanowić, czy jest sens dalej tkwić układzie prowadzącym nasze państwo do samolikwidacji i zniewolenia.
Ewa Marcinkowska












