Pod adresem pośredniego wariantu demokracji padają regularnie zarzuty o stanowienie co najwyżej swoistej „wydmuszki” demokracji. Ułudy i blagi, w której faktyczna władza spoczywa w rękach zasiedziałych i mocno ugruntowanych elit (wręcz choćby symulujących międzypartyjny spór ideowy i programowy), a narracja o „władzy ludu” jest groteskową manipulacją faktami.
W demokracji pośredniej, jaką powszechnie praktykujemy, esencją istoty ustroju są naturalnie wybory. To one są narzędziem tymczasowego transferu uprawnień władczych z suwerena formalnego (aż kusi rzec „teoretycznego”) do suwerena procedującego (żeby nie powiedzieć „faktycznego”). A więc ze zbiorowości obywateli na sprawujących urzędy polityków. Pod adresem pośredniego wariantu demokracji padają regularnie – zwłaszcza w ostatnich dwóch, trzech dziesięcioleciach, gdy zdobycze technologiczne do pewnego stopnia mogłyby umożliwić umasowienie partycypacji w procesach zarządzania sprawami publicznymi – zarzuty o stanowienie co najwyżej swoistej „wydmuszki” demokracji. Ułudy i blagi, w której faktyczna władza spoczywa w rękach zasiedziałych i mocno ugruntowanych elit (wręcz choćby symulujących międzypartyjny spór ideowy i programowy), a narracja o „władzy ludu” jest groteskową manipulacją faktami.
Różnie ta rzeczywistość oczywiście wygląda, w zależności od kultury politycznej, stanu państwa, jakości elit i debaty publicznej czy ukształtowanych postaw społecznych. Jednak trudno nie dostrzegać zasadniczego dysonansu w ustroju „rządów ludu”, w którym aktywność rzekomego władcy ogranicza się do głosowania na przedstawicieli co kilka lat, a poza tym okamgnieniem polega na konsumowaniu polityki w roli widza. Mechanizmem wykoncypowanym w celu złagodzenia tego dysonansu jest mandat społeczny. Rozumiany w ogólnym zarysie jako upoważnienie polityka/urzędnika państwowego przez obywateli do podejmowania konkretnych działań lub – od drugiej strony – uprawnienie, umocowanie tego urzędnika na stanowisku i legitymizacja do podejmowania przezeń działań będących przedmiotem materialnym mandatu; jest on filarem, bez którego trudno wyobrazić sobie trwałą i stabilną demokrację pośrednią. Delegując aktem wyborczym uprawnienia władcze obywatele artykułują swój werdykt co do różnych problemów politycznych, rozstrzygają polityczne spory, wiążą wybranych polityków niepisanym i w pewnym sensie honorowym zobowiązaniem dotrzymania obietnic i zapowiedzi przedwyborczych oraz deklarują zaufanie wobec mądrości decyzji oddanych w ręce przedstawicieli.
Nie jest to równoznaczne z narzuceniem wybrańcom sztywnych instrukcji. Praktykowany w przeszłości w wielu miejscach mandat imperatywny – m.in. w I Rzeczpospolitej, gdzie posłów wiązały instrukcje lokalnych sejmików szlacheckich i we Francji w dobie pierwszego okresu Rewolucji czy za Komuny Paryskiej – okazał się karkołomny, niepraktyczny i pozbawiający państwo możliwości prowadzenia racjonalnej polityki. Jedyną alternatywą doń jest jednak mandat wolny, którego istotą jest brak jakichkolwiek wiążących zobowiązań wybranego polityka względem jego elektoratu. Teoretycznie bogobojny konserwatysta może – dorwawszy się taką retoryką do sterów – rządzić niczym rasowy socjalista (i odwrotnie). Aby jednak demokracja pośrednia nie popadała w zupełny chaos, totalny konflikt i ostatecznie anomię, mechanizm mandatu społecznego temperuje tego rodzaju fikołki i – jednakowoż czysto nieformalnie – ustanawia pewne moralne ograniczenia dla mandatu wolnego.

Z mandatu społecznego jest wywodzone upoważnienie dla polityka czy urzędnika państwowego, aby rządzić w określony sposób, który został klarownie i otwarcie zakomunikowany przed wyborem na stanowisko i zyskał poparcie społeczne owym wyborem potwierdzone. Dla wyborcy ma to być pewna (niekiedy jednak ulotna) rękojmia prowadzenia spraw publicznych w sposób zgodny z jego życzeniem, a także kryterium i punkt odniesienia dla ocen rządu formułowanych przez opinię publiczną i media. Polityk jednak także może mandat społeczny instrumentalizować poprzez wskazywanie nań jako na ogniwo społecznego przyzwolenia dla podejmowanych działań, które – jako ściśle demokratyczne w swojej naturze – winno pozostać poza obrębem dopuszczalnej krytyki.
Wokół pojęcia przyzwolenia wyborców narosło wiele sporów. Dotyczą one przykładowo kwestii rozmiarów wyborczego zwycięstwa rządzącego obozu dla natury jej mandatu społecznego i głębi przyzwolenia wyborców. Zdaniem niektórych analityków większa przewaga nad pokonaną opozycją w sensie odsetka głosów, albo też uzyskanie większego poparcia w absolutnych liczbach głosów (np. za sprawą większej frekwencji) wzmacniają mandat społeczny i poszerzają przyzwolenie wyborców tak bardzo, iż rząd może w swojej agendzie bardziej elastycznie odchodzić od przedwyborczych zapowiedzi. U podstaw tego wniosku leży pogląd, iż jakaś część poparcia została liderowi lub liderom zwycięskiej partii udzielona nie przez wzgląd na programowe obietnice i zapowiedzi (szczególnie iż choćby większość wyborców nie kieruje się w ogóle programem dokonując wyboru, a ci, którzy się kierują, niemal nigdy nie popierają wszystkich jego postulatów, więc nie wszystkie autoryzują swoim głosem w sensie mandatu społecznego), a przez wzgląd na osobowe przymioty czy ogólne moralne wartości tych liderów, albo przez wzgląd na negatywną ocenę i zdecydowane odrzucenie konkurencji. Pojawia się więc sugestia, iż przyzwolenie wyborców zyskuje charakter „wolnej ręki”, lider staje się bardziej ich powiernikiem niż reprezentantem, a mandat społeczny jest wówczas prawie nieograniczony (przynajmniej w pierwszym okresie nowej kadencji). Inni analitycy jednak, wręcz przeciwnie, konkludują, iż wyraźny zwycięzca wyborów związał się swoimi obietnicami, niczym kontraktem, z większą liczbą obywateli aniżeli ktoś, kto wygrałby wybory „o włos”, zatem jest tym bardziej związany przez ramy mandatu społecznego.
Jak nietrudno zauważyć, jest to pole otwarte dla wielu retorycznych nadużyć (i polityczna praktyka co rusz dostarcza ich przykładów). Politycy najchętniej swoje zwycięstwa traktowaliby w kategoriach całkowitego zaufania i przyzwolenia wyborców, natomiast wielu obywateli uporczywie wraca do dokumentów programowych partii i nastaje na realizację kolejnych punktów wyborczych manifestów, nie przyjmując do wiadomości obiektywnych barier. To nieco zawoalowana walka o wpływy, która może być jednym z powodów powolnej erozji liberalnych demokracji w zasadzie choćby od lat 70.-tych, a na pewno od lat 90.-tych XX w. Elity polityczne chcą wolny mandat rozumieć jako posiadanie przez obywateli w rękach wyłącznie „kontroli obsadzającej” wobec stanowisk państwowych, ale bez „kontroli kierunkowej”, która pozbawiłaby urzędników wszelkiego marginesu elastyczności co do wyboru i optymalizacji dróg osiągania głównych celów. Obywatele uznają to podejście natomiast za faul na demokracji, obawiając się całkowitego zignorowania ich istnienia w okresie między-wyborczym i – w efekcie – strącenia ich ze szczytu hierarchii źródeł władzy w logice funkcjonowania demokracji przez zawodowców.
W polityce brytyjskiej problem mandatu społecznego zajmuje szczególnie miejsce, a oficjalne „manifesty wyborcze” partii politycznych służą tutaj za istne protokoły. Przyjęto tam, iż rządząca partia ma moralne prawo realizować tylko taką agendę, jaka została w manifeście zapowiedziana, a posiadanie przez rząd większości głosów w parlamencie i gotowość tych polityków poprzeć inną agendę nie mają znaczenia. choćby współcześnie widzimy przykłady honorowego stosowania się do tych zasad, jak np. w przypadku zeszłorocznej rezygnacji rządu Keira Starmera z podniesienia podatku dochodowego. Najbardziej spektakularnym przykładem dotrzymania umowy z wyborcami był chyba Stanley Baldwin, który przed stuleciem wolał podać rząd do dymisji i rozpisać wcześniejsze wybory, aniżeli walczyć z bezrobociem niezgodnym z programem torysów podniesieniem ceł, mimo iż miał ku temu przygniatającą większość w Izbie Gmin. Z drugiej strony, pół wieku później jego partyjny kolega Edward Heath zdecydował się na nacjonalizację Rolls-Royce’a, pomimo stricte wolnorynkowych deklaracji przedwyborczych.
Treść programu wyborczego jest często kluczowym aspektem dyskusji o mandacie społecznym. Politycy porywający się na niepopularne decyzje uznają za alibi fakt, iż daje się je jakoś wywieść z ich programu, obywatele zaś z programem w ręku rozliczają rządy, albo wznoszą rwetes, gdy decydują się one na działania w programach niezapowiedziane lub wręcz z nimi sprzeczne. W ostatnich latach w polskiej polityce mieliśmy krytyki rządu PO-PSL za podniesienie wieku emerytalnego oraz za ograniczenie prywatnych funduszy emerytalnych bez programowych zapowiedzi. Co ciekawe, pierwszą formułowali głównie wyborcy ówczesnej opozycji, a drugą wyborcy PO. Jedni i drudzy byli głośni, acz oszukani mieli prawo czuć się tylko ci drudzy. Jak się wydaje, oddanie przez rząd PiS kilka la później decyzji o zaostrzeniu ustawy aborcyjnej w ręce Trybunału Konstytucyjnego także stanowiło unik wobec braku takich zapowiedzi w programie przedwyborczym partii.
Ciekawym pobocznym wątkiem dyskusji wokół mandatu społecznego jest zjawisko tzw. pork-barrel, czyli uchwalania ustaw albo podejmowania decyzji, mających na celu „dogodzenie” konkretnym grupom społecznym lub lokalnym społecznościom. W tym drugim przypadku sytuacja jest nader czytelna i dotyczy nie tyle całych większości parlamentarnych, co indywidualnych polityków zorientowanych na interesy swoich okręgów wyborczych. Trudno utrzymywać, iż nie posiadają oni w tym przypadku mandatu społecznego… Natomiast pojawia się tutaj interesujący problem zderzenia pomiędzy dwoma warstwami mandatu społecznego, którymi cieszy się polityk: raz jako wybraniec jednego okręgu społecznego, a dwa jako parlamentarzysta ogólnokrajowej izby; albo też zderzenia interesów lokalnych z ogólnonarodowymi. W przypadku preferowania grup społecznych natomiast mamy do czynienia z narracją „ci i ci to mój elektorat, a tamci są wyborcami opozycji”. Choć zjawisko preferowania własnej bazy wyborczej jest stare jak polityka, to jednak gdy konflikt interesów jest wyjątkowo silny, staje się nad wyraz problematyczne. Rewersem tej sytuacji jest preferowanie przez rząd interesów grup wpływowych lub hałaśliwych, które choćby nie są elektoratem partii rządzących. W tych realiach zarówno kurczowe trzymanie się mandatu społecznego, jak i oportunistyczne sprzeniewierzanie się mu, mają fatalne skutki społeczne.
Oportunizm to istotna kategoria w tych rozważaniach. Dotąd nakreślił się nam głównie obraz wyborcy domagającego się przestrzegania ram mandatu społecznego i polityka, który – niczym piskorz – usiłuje znaleźć szczelinę, przez którą wyśliźnie się spod jego reżimu i poszerzy zakres swojego działania na „wolną rękę”, albo będzie ramami mandatu manipulować narracyjnie, aby fałszywie oprzeć na nim faktyczne odejście poza jego obręb. Tymczasem współczesna polityka ujawnia dominację problemu przeciwnego, czyli nadmiernego przywiązania się polityków do sztywnie i ściśle pojętego mandatu. To postawa strachu przez gniewną reakcją wyborców na wyjście choćby o krok poza mandat.
Otóż politycy związanymi rzekomo przez mandat społeczny rękoma tłumaczą swój własny asekurantyzm i ochoczo pływają w bezpiecznych wodach czegoś, co można nazwać „sondażokracją”. Rzeczywiście pryncypialni analitycy kwestii mandatu społecznego, jak Sameer Bajaj, wręcz domagają się od polityków, aby nie tylko skrupulatnie trzymali się litery swoich przedwyborczych zapowiedzi, ale także realizowali oczekiwania społeczne wyrażane w badaniach, a choćby aktywnie inicjowali wykonywanie takich badań, gdy mają podjąć istotniejsze decyzje polityczne. Z drugiej jednak strony taki dogmatyzm ujmowania demokracji pośredniej jako „koncertu życzeń” większości społecznej i braku jakiejkolwiek sprawczości klasy politycznej stał się w obecnych czasach ogniwem powszechnego odrzucenia i pogardzenia figurą jakichkolwiek elit. Przerażeni perspektywą tego, iż mogliby się przepoczwarzyć w coś na kształt przywódców, politycy porzucili wszelkie usiłowania, aby opinię publiczną kształtować czy iść czasem w jej awangardzie i potrafią płynąć wyłącznie z „falą” zmian oczekiwań społecznych. Są przy tym tak strachliwi, iż w naturalny sposób przyjmują postawę ultrakonserwatywną i na poparcie zmiany czy reformy decydują się dopiero, gdy w społeczeństwach stanie się ona czymś tak oczywistym, iż ponad 70% ludzi powie jej „tak”. To ewidentnie kazus postawy polityki polskiej wobec osób LGBT. Pomimo iż poparcie dla związków partnerskich i innych elementów równouprawnienia rośnie w Polsce wyraźnie i konsekwentnie od wielu lat, politycy przez cały czas nie zebrali się na odwagę, aby podjąć konkretne działania. Tkwią w postawie schylonej, z uchem przy ziemi, w której zachodzą społeczne zmiany „tektoniczne”. Przyjmując jednak taką postawę ciała, nie bardzo mogą liczyć na szacunek i posłuch społeczeństwa, a te z kolei mogą się okazać nieodzowne w przypadku kryzysu geopolitycznego. W efekcie, zamiast przywódczej i elitarnej, odgrywają negatywną rolę „hamulcowych”. Utrudniają przesuwanie benchmarków w poszczególnych obszarach debaty publicznej, sypią piach w tryby zmian społecznych i wyglądają „masy krytycznej”, czyli poparcia tak przygniatającego, aby „dać się zmusić” do zmiany stanowiska i podjęcia działania, niczym Lyndon Johnson Martinowi Lutherowi Kingowi.

Co prawda, Adam Gopnik wychwala cnotę powolnych reform, których niskie tempo pozwala większej liczbie obywateli oswoić się z nadchodzącą zmianą i porzucić postawę oporu wobec niej, dzięki czemu reforma, gdy nadchodzi, jest trwalsza. Jednak Gopnikowi chodzi o to, aby liberalni politycy proces ten wspierali i nieśli pochodnię na przodu karawany, rozświetlając mroki przyszłości. W „sondażokracji” czasami jest jednak tak, iż konserwatywni ludzie pogodzeni z reformą siedzą przy tym kuchennym stole, już dawno roztrząsając inne tematy i dziwiąc się, iż teoretycznie liberalni politycy jeszcze nie odważyli się podnieść ręki za ową reformą. Mandat społeczny trzeba umieć czytać. A także trzeba na bieżąco widzieć jego aktualizacje w systemie, a nie tkwić w okowach jego ram sprzed wielu lat. Oczywiście dla wystraszonych własnego cienia polityków jakąś alternatywą zawsze jest wywrócenie stolika demokracji pośredniej z jej mandatem społecznym i przyzwoleniem wyborców i pójście w kierunku referendum. Wtedy ewentualne niezadowolenie społeczne można skanalizować na społeczeństwo, a samemu elegancko umyć ręce.
Jeśli mandat społeczny czyta się jak Biblię i pozwala zaistnieć „koncertowi życzeń”, to w oczywisty sposób kroczy się w kierunku głębokiego kryzysu finansów publicznych. Dać 500+ czy zabrać? Dać 15. emeryturę czy zabrać? Obniżyć wiek emerytalny czy podwyższyć? Zrobić dzień wolny w Wigilię czy nie? Ustalać ceny benzyny czy zostawić je wolne? W każdym takim przypadku wiadomo, gdzie jest mandat społeczny, a gdzie go nie ma. Oczywiście respektowanie mandatu społecznego jest ważne, a jego zupełne zignorowanie ostatecznie prowadzi do dyktatury (co najmniej w wersji soft). Do innych zalet pozostawania w jego ramach zaliczyć należy m.in.: uwypuklenie odpowiedzialności w polityce, przewidywalność i sterowność systemu, zwiększenie zaufania społecznego i poprawę relacji obywatel-rząd, wzmocnienie fundamentów demokracji liberalnej oraz podniesienie kultury politycznej. Jednak pewnym ograniczeniem dla stosowania norm mandatu społecznego musi być rozum (i matematyka). Podczas gdy ordynarne kłamstwo w polityce zawsze jest nieakceptowalne, to jednak istnieją konieczności, w których polityk demokratyczny musi potrafić zachować się jak lis i uzyskać poparcie i wybór, aby wdrożyć politykę niezgodną z oczekiwaniami społecznymi. choćby jeżeli zapłaci za to karierą, to uchronienie w ten sposób państwa i narodu przed poważnymi konsekwencjami, których znaczenie bagatelizują populiści, jest bezdyskusyjnie moralnym umocowaniem dla naruszenia mandatu społecznego. Politycy muszą zachować zdolność do takich działań zwłaszcza w okresach kryzysowych, a w takie obfituje nasza rzeczywistość od blisko 20 lat.
Ostatecznie na zapleczu dywagacji wokół mandatu społecznego czai się brutalnie proste pytanie: Kto we współczesnych demokracjach jest, a kto powinien być „szefem”? Idealista-demokrata wskaże na praktykę prezydentury Donalda Trumpa i odpowie gromko „Wyborca!”. Ale wtedy inny populista temu przyklaśnie i wykorzysta to podejście, aby w miejsce Trumpa wybrać innego ekstremistę, może bardziej groźnego. Dlatego racjonalny technokrata odpowie „Jednak polityk”. Ale zaraz podrapie się po głowie i zmityguje „Ale jaki rodzaj polityka?”.

9 godzin temu







