Historia posła Łukasz Mejza i jego immunitetu to opowieść drobna w skali państwa, ale symptomatyczna dla stylu uprawiania polityki, który od lat razi opinię publiczną. Jest w niej wszystko: brawura na drodze, powoływanie się na przywilej, formalne kruczki i — wreszcie — deklaracje skruchy, składane dopiero wtedy, gdy mikrofon reportera znajdzie się odpowiednio blisko.
Zacznijmy od faktów. W połowie października ubiegłego roku poseł wybrany z list Prawa i Sprawiedliwości został zatrzymany na drodze ekspresowej S3, gdy — jak podało RMF FM — jechał swoim BMW około 200 km/h, niemal dwukrotnie przekraczając dozwoloną prędkość. Mandat w wysokości 2,5 tys. zł? Odmowa. Immunitet? Oczywiście, iż tak.
Kłopot zaczął się później, gdy do Kancelarii Sejmu trafił wniosek w sprawie zrzeczenia się immunitetu. Jak ustalili dziennikarze, korespondencja była wysyłana wielokrotnie i kilkukrotnie bezskutecznie awizowana. Poseł jej nie odbierał. Zapytany o to przez reportera RMF FM, odpowiedział krótko: „Zrzekam się immunitetu”. Brzmiałoby to jak finał sprawy, gdyby nie dalszy ciąg rozmowy.
Mejza bowiem najpierw zapewniał, iż formalnie nie może zrzec się immunitetu, „bo nie pojawił się wniosek”. Gdy usłyszał, iż dokument był wysyłany już w listopadzie, a potem jeszcze kilka razy, padło zdanie, które przejdzie do kronik sejmowej kazuistyki: „Ja się teraz od pana redaktora o tym dowiedziałem, więc zrzekam się immunitetu”. Trudno o bardziej jaskrawy przykład kluczenia — między niewiedzą a nagłym olśnieniem, między formalizmem a deklarowaną gotowością do odpowiedzialności.
Poseł zapewniał przy tym, iż nie unika odbierania korespondencji. Kancelaria Sejmu twierdzi co innego i wysyła dokumenty ponownie, ostatni raz 31 grudnia. Ten rozdźwięk między wersjami nie jest detalem. Pokazuje raczej, jak łatwo w politycznym języku „nieodebrane” zamienia się w „nieotrzymane”, a „awizowane” w „nieistniejące”.
Dopełnieniem całej historii jest oświadczenie posła, przesłane mediom. „Tak, jak obiecałem, natychmiast zrzekam się immunitetu” — napisał Mejza, dodając, iż żałuje i iż taka sytuacja się nie powtórzy. Brzmi poprawnie, niemal wzorcowo. Ale dalej pojawia się już typowy dla tej formacji refren: porównania z innymi. Poseł uznał, iż jego przewinienie jest „nieporównywalnie mniejsze niż obrzydliwe zachowania drogowe Tuska, Schetyny, Kraśki czy Cimoszewicza”. Jakby odpowiedzialność była względna, a prędkość zależna od partyjnych barw.
Ten fragment mówi więcej niż cały wstęp o skrusze. Zamiast prostego „zawiniłem — ponoszę konsekwencje”, dostajemy klasyczne „inni robili gorzej”. To stara strategia rozmywania odpowiedzialności, w której winę rozpuszcza się w politycznym sosie. Na deser poseł deklaruje wpłatę 2500 zł na cel społeczny. Gest? Być może. Ale znów spóźniony i poprzedzony serią uników.
Sprawa Mejzy nie jest tragedią państwową. To raczej drobna rysa, która jednak dobrze pokazuje, jak immunitet bywa traktowany nie jako ochrona niezależności parlamentarzysty, ale jako wygodna osłona przed konsekwencjami własnych czynów. Kluczenie, formalne wybiegi i moralne porównania z innymi to strategia znana aż za dobrze. I właśnie dlatego ta historia tak irytuje: bo zamiast odpowiedzialności znów oglądamy polityczny slalom.

10 godzin temu














