Mamy za sobą kolejny Narodowy Dzień Pamięci o Polakach – Ofiarach Ludobójstwa dokonanego przez OUN i UPA. Tym razem głos zabrali praktycznie wszyscy wielcy aktorzy polskiej sceny politycznej, od Prezydenta, przez Premiera, po liderów partii politycznych.
Taki to czas, kiedy na ten temat wypada mówić i to ostro. To jest namacalny dowód na to, iż zmiana nastrojów społecznych, czyli mówiąc jasno elektoratu – działa niczym czarodziejska różdżka. Ci sami politycy, którzy przez lata bagatelizowali problem, unikali go niczym diabeł święconej wody, a choćby rzucali kłody pod nogi tych, którzy dopominali się prawdy o zbrodniach UPA – dzisiaj stanęli w pierwszym szeregu czczących pamięć jej ofiar. Tak, za rok wybory, i nie można popełnić błędu, nie można dać sobie przyczepić łatki „sług Ukrainy”, bo to teraz niebezpieczne politycznie. Z jednej strony można by się cieszyć z tej zmiany postaw, z drugiej budzi to jednak odrazę, bo dobrze wiadomo jakie są przyczyny tej odmiany.
Powstaje jednak pytanie – a co to w zasadzie zmienia w polityce Polski wobec Ukrainy, czy poza gestami, paleniem zniczy i wzniosłymi przemówieniami – nastąpi jakaś poważniejsza refleksja nad tym z czym mamy do czynienia? No bo jeżeli zgodzimy się z jednym, a tego nikt poważny już nie kwestionuje, iż za naszą wschodnią granicą, w kraju, który prawem kaduka uznano za „wielkiego przyjaciela” i „strategicznego sojusznika”, buduje się tożsamość narodową na zbrodniczej i antypolskiej ideologii i tradycji – to dlaczego mimo to ci sami polscy politycy powtarzają z uporem – ale musimy Ukrainie pomagać i ją wspierać, bo MAMY WSPÓLNEGO WROGA. Ta absurdalna teza nie spotyka się nigdy ze sprzeciwem, zamyka usta każdemu, choćby tym, którzy mogliby powiedzieć, iż to nieprawda. Dlaczego nikt nie spyta – a niby dlaczego Rosja, bo rzecz jasna o nią tu chodzi, jest naszym WSPÓLNYM WROGIEM? Z jakiego powodu, kto to ustalił i na jakiej podstawie? I niby dlaczego Rosja miałaby być naszym wrogiem i dybać na naszą niepodległość a choćby planować jakiś najazd połączony z eksterminacją ludności? Jaki miałaby w tym cel i jaki interes? O to nikt nie pyta, bo, po pierwsze, to „oczywista oczywistość”, a po drugie nie wypada choćby myśleć o zadaniu takich pytań.
Tak, Ukraina, ta rządzona przez neobanderowsko-złodziejską ekipę, jest wrogiem Rosji. Klasycy polskiej poważnej i realistycznej geopolityki (Roman Dmowski) zawsze twierdzili, iż Ukrainy Rosja nie odpuści, bo to kwestia jej pozycji międzynarodowej, to kwestia dla niej egzystencjalna, przestrzegali, żebyśmy w ten konflikt się nie mieszali, bo nie tylko nie mamy w tym interesu, to w dodatku możemy na tym stracić. Nauczka 1920 roku, która „wyleczyła” Józefa Piłsudskiego z ukraińskiej choroby – poszła na marne, bo jego współcześni wielbiciele choćby jego nie zrozumieli. Tak samo jak liberałowie nie zrozumieli Jerzego Giedroycia, który nigdy nie życzył sobie tego, żeby Ukraina była Anty-Rosją i żeby realizowała to przy pomocy skrajnego nacjonalizmu. Prawda jest bolesna – to Polska po 1989 roku uznała Rosję za wroga, a nie odwrotnie. Było to realizowane systematycznie, raz szybciej raz wolniej, ale z premedytacją i na zimno. Dzisiaj znaleźliśmy się w ślepym zaułku – nie jesteśmy jako kraj w stanie uwolnić się od uścisku „bratniej” Ukrainy, bo sami siebie na nią się skazaliśmy.
Jan Engelgard
Myśl Polska, nr 29-30 (19-26.07.2026)





