Mały atom, duże ryzyko. Co łączy Fukushimę i SMR

1 tydzień temu

Z Piotrem Ciompą, ekspertem Obywatelskiego Akceleratora Innowacji, rozmawiamy o tym, czego politycy nie mówią Ci o małym atomie, braku wiarygodności kanadyjskich partnerów, a także o zjawisku „drzwi obrotowych” w obszarze energetyki jądrowej.

Piotr Ciompa

Menedżer posiadający wieloletnie doświadczenie w pracy dla różnych przedsiębiorstw zarówno z sektora prywatnego, jak i publicznego. Ukończył studia podyplomowe z energetyki jądrowej SGH. Posiada dyplom MBA Uniwersytetu Calgary. W przeszłości m.in.: analityk w Biurze Bezpieczeństwa, wiceprezes Polskiej Agencji Prasowej, prezes Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych, doradca Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. W latach 2006-2019 współpracownik Instytutu Spraw Obywatelskich zaangażowany w Centrum Wspierania Rad Pracowników oraz kampanię „Obywatele decydują”. Dziś ekspert Obywatelskiego Akceleratora Innowacji w ramach inicjatywy „Bezpieczna energia”.

(Wywiad jest zredagowaną i uzupełnioną wersją podcastu Czy masz świadomość? pt. Co łączy Czarnobyl, Fukushimę i polski mały atom (SMR)?).

Rafał Górski: Czym jest mały atom SMR (Small Modular Reactors – SMR)?

Piotr Ciompa: Zacznijmy od tego, iż nie ma czegoś takiego, jak „technologia SMR”. Istnieją różne technologie reaktorów jądrowych. Rodzina reaktorów wodnych dzieli się na reaktory lekkowodne i ciężkowodne, a wśród lekkowodnych wyróżnia się dwie główne grupy: wodno-ciśnieniowe oraz wodno-wrzące. Pierwsza elektrownia w Choczewie to technologia wodno-ciśnieniowa. Natomiast SMR-y proponowane w Polsce, w tym najbardziej zaawansowany, ale przez cały czas nieukończony projekt budowlany reaktora BWRX-300 oferowanego przez Michała Sołowowa, oparte są na technologii wodno-wrzącej.

SMR to w tłumaczeniu na język angielski mały modułowy reaktor, czyli koncepcja, według której elementy całego urządzenia są produkowane seryjnie w fabrykach, a następnie transportowane i montowane na placu budowy.

W przeciwieństwie do tego, duże reaktory jądrowe były budowane w całości na miejscu, co wiązało się z większymi kosztami oraz dłuższym czasem realizacji inwestycji. Seryjna produkcja komponentów SMR ma zatem obniżyć koszty ich wytwarzania i usprawnić proces budowy. Twórcy tej koncepcji pokładają nadzieję, iż dzięki temu małe reaktory osiągną lepsze parametry niż tradycyjne duże elektrownie jądrowe, zarówno pod względem harmonogramu realizacji i czasu budowy, jak i późniejszych kosztów produkcji energii elektrycznej. Jej istotą jest miniaturyzacja dużych reaktorów jądrowych, których budowa jest bardzo kosztowna i czasochłonna. Celem jest opracowanie reaktorów o mniejszych rozmiarach, co ma przełożyć się na niższe koszty inwestycyjne, tańszą produkcję energii oraz krótszy czas budowy.

Na razie jednak nie potwierdzono w praktyce skuteczności tej technologii, ponieważ w krajach o relatywnie przejrzystym systemie władzy publicznej żaden reaktor typu SMR nie został jeszcze uruchomiony.

Wciąż trwa dyskusja na temat realnych możliwości i opłacalności tej koncepcji.

Czy jest coś, co łączy Czarnobyl, Fukushimę i polski mały atom SMR?

Uważam, iż można wskazać kilka podobieństw do Fukushimy, nie tyle w samej katastrofie, bo w Polsce nic podobnego się nie wydarzyło i miejmy nadzieję, iż nigdy się nie wydarzy, ale w zachowaniach i postawach inwestorów oraz interesariuszy zaangażowanych w projekty jądrowe. Natomiast Czarnobyl wykluczyłbym z tego podobieństwa.

Po katastrofie w Fukushimie parlament japoński powołał komisję śledczą, która wskazała najważniejsze błędy prowadzące do tragedii. Zastanawiające jest, iż w Polsce niewielu zwraca uwagę, iż niektóre z tych błędów zaczynają się powtarzać w kontekście projektów małych reaktorów modułowych. Główne przyczyny tamtych zaniedbań są dobrze znane ze świata biznesu, gdy zysk staje się wartością nadrzędną, pojawiają się oszczędności i kompromisy – także w kwestiach bezpieczeństwa i jakości. Mały atom jest przedsięwzięciem prywatnym, realizowanym przez Michała Sołowowa, który, mimo współpracy z partnerami, pozostaje głównym decydentem. Tam, gdzie kluczową rolę odgrywa zysk, zawsze istnieje ryzyko obniżenia standardów bezpieczeństwa. Innowacje są potrzebne – trzeba je badać, testować i wdrażać, jeżeli się sprawdzą. Pojawia się jednak uzasadniona obawa czy proces weryfikacji tych rozwiązań będzie wystarczająco rzetelny.

W przypadku Fukushimy już wcześniej istniały przesłanki, by uznać, iż fala tsunami może przekroczyć 5–6 metrów, na które elektrownia była przygotowana. Historyczne przekazy wskazywały na występowanie w przeszłości znacznie silniejszych fal, jednak ostrzeżenia te zignorowano, uznając tak silne tsunami za nieprawdopodobne. Przygotowanie się na taką ewentualność oznaczałoby dodatkowe koszty, więc z tego zrezygnowano. Dochodziły do tego patologiczne relacje między inwestorami a urzędnikami, tzw. miękka korupcja, czyli obietnice zatrudnienia po zakończeniu kariery urzędniczej w sektorze prywatnym, propozycje pracy dla członków rodziny czy inne formy nieformalnych zależności.

Być może warto byłoby, aby w Polsce opracować i opublikować streszczenie raportu komisji japońskiego parlamentu, ponieważ jego pełna treść jest trudna do zrozumienia dla opinii publicznej – nie ze względu na język, ale z powodu technicznej hermetyczności tematu. Takie opracowanie mogłoby być bardzo pouczające.

W Japonii po katastrofie podjęto radykalne działania – wiele reaktorów uznano za niespełniające norm bezpieczeństwa i wyłączono z eksploatacji.

Z 35 reaktorów wodno-wrzących w tej chwili pracują tylko dwa, jeden wciąż pozostaje w budowie (rozpoczętej jeszcze przed katastrofą), a większość została definitywnie wyłączona. W styczniu ponownie uruchomiono reaktor nr 6 w elektrowni jądrowej Kashiwazaki-Kariwa, który po kilkunastu godzinach z powodu usterki musiano wyłączyć. To samo zdarzyło się w marcu.

Tygodnik Spraw Obywatelskich

Od 2020 roku odkrywamy niewygodne prawdy i nagłaśniamy historie, które mają moc zmieniać Polskę.

Przekaż 1,5% i zostań naszym współwydawcą

Co najbogatszy Polak, Michał Sołowow, ma wspólnego z prądem w naszych domach?

Jeszcze nic, ale chce mieć bardzo dużo. Sołowow postanowił zarabiać na energii, a o ile zysk jest głównym kryterium inwestycji, wówczas wcześniej czy później mogą się pojawić kłopoty. Co ciekawe, w tej chwili Pełnomocnikiem Rządu ds. Strategicznej Infrastruktury Energetycznej i głównym współpracownikiem Donalda Tuska w zakresie atomu jest Wojciech Wrochna, który wcześniej był związany ze spółką kontrolowaną przez Michała Sołowowa. Fakt, iż postawiono na taką osobę, to dość „niehigieniczna” sytuacja. Wynika to z faktu, iż może ona podejmować decyzje stronnicze lub tendencyjne. Nie twierdzę, iż tak z pewnością jest, nie mam w tej chwili żadnych dowodów ani informacji w tej sprawie. Przypomina mi się jednak słynna wypowiedź profesor Ewy Łętowskiej dotycząca bezstronności sędziów, która doskonale pasuje do tej sytuacji.

Profesor Łętowska zauważyła, iż bezstronność sędziego nie polega na tym, iż osoba uwikłana w jakieś relacje z jedną ze stron nie potrafi „postawić się” i mimo wszystko orzec sprawiedliwie. Nie chodzi więc o zarzut wobec niej, ale o zasadę zaufania publicznego. Nakaz wyłączania się z takich spraw ma chronić samą instytucję przed podejrzeniami, iż decyzja mogłaby być stronnicza. jeżeli ten standard sędziowski przenieść na branżę atomową, to w mojej ocenie pan Wojciech Wrochna tego standardu nie spełnia.

Czy można to powiązać z często pojawiającym się w debacie publicznej terminem „drzwi obrotowe”, odnoszącym się do przepływu osób między sektorem publicznym a prywatnym?

Tak, jak najbardziej. Istnieją też inne przypadki „drzwi obrotowych” – w zeszłym roku w „Pulsie Biznesu” ukazał się wywiad z Łukaszem Młynarkiewiczem, byłym prezesem Polskiej Agencji Atomistyki i byłym prezesem Polskich Elektrowni Jądrowych, spółki, która buduje pierwszą elektrownię jądrową na Pomorzu. W rozmowie tej pan Młynarkiewicz reklamował swoje usługi prawne – w tej chwili kieruje działem energetyki jądrowej w jednej z dużych warszawskich kancelarii. Co istotne, objął to stanowisko po Wojciechu Wrochnie, który wcześniej pełnił tę samą funkcję, a w przytoczonym wywiadzie Młynarkiewicz powoływał się choćby na zawodową znajomość z Wrochną. Jest to bardzo nieetyczna sytuacja, choć niestety powszechnie tolerowana. „Pulsowi Biznesu nie przeszkodziło to w opublikowaniu wywiadu, który w praktyce stanowił promocję usług tej kancelarii w obszarze energetyki jądrowej.

Warto dodać, iż Parlament Europejski pracuje w tej chwili nad dyrektywą antykorupcyjną, w której zjawisko „drzwi obrotowych” zostało wprost określone jako jeden z mechanizmów sprzyjających korupcji.

Termin „drzwi obrotowe” odnosi się głównie do przechodzenia bez karencji czasowej ze stanowisk kierowniczych w ramach sektorów publicznych i prywatnych, natomiast nie ma nic złego w zasięganiu nowych rozwiązań z sektora prywatnego i zatrudniania specjalistów na stanowiska niedecyzyjne.

„Polska potrzebuje wiarygodnych partnerów i gotowych do takiej bardzo bliskiej współpracy, jeżeli chodzi o energetykę jądrową, ale także o inne działania na rzecz odnawialnych źródeł energii i tutaj doświadczenie Kanady będzie bardzo dla nas przydatne” – mówił Donald Tusk po spotkaniu z premierem Kanady Markiem Carneyem. Czy Kanada jest dla nas wiarygodnym partnerem w temacie polityki energetyki jądrowej?

Kanada ma nieporównywalnie większe doświadczenie w zakresie energetyki jądrowej niż Polska, ale moim zdaniem w zakresie regulacji jest wątpliwym partnerem.

Po pierwsze, Kanada rozwija własną, unikalną technologię reaktorów jądrowych typu ciężkowodnego, która z pewnych względów może być interesująca dla Polski, o czym dalej, ale różni się zasadniczo od technologii reaktorów lekkowodnych, na które umowę licencyjną podpisała Polska. Reaktor BWRX-300, który Michał Sołowow planuje wdrożyć w Polsce, jest oparty na zupełnie innej technologii, z którą kanadyjski urząd dozoru jądrowego nigdy wcześniej nie miał doświadczenia.

Przyjrzałem się dokładnie funkcjonowaniu Kanadyjskiej Komisji Bezpieczeństwa Nuklearnego i mogę stwierdzić, iż zjawisko „drzwi obrotowych” jest poważnym problemem tej instytucji, a w szerszym sensie także kanadyjskiego systemu nadzoru jądrowego. Wielu członków komisji, zarówno obecnie, jak i w przeszłości, przechodziło z sektora jądrowego do administracji publicznej i z powrotem. Dobrym przykładem jest była przewodnicząca komisji, Rumina Velshi, która zanim objęła to stanowisko, pracowała jako inżynier jądrowy u operatora i inwestora budującego elektrownie jądrowe. Następnie przeszła do Komisji Bezpieczeństwa Nuklearnego, gdzie jako przewodnicząca zliberalizowała procedury licencjonowania małych reaktorów. Po upływie kadencji powróciła do sektora prywatnego – w tej chwili pracuje jako doradczyni Michała Sołowowa. Reaktor, który w tej chwili jest dopiero projektowany, a który ma być wdrażany w Polsce, korzysta z tych uproszczonych zasad licencjonowania, wprowadzonych właśnie za jej kadencji.

Warto też dodać, iż amerykańska Komisja Dozoru Jądrowego podpisała z kanadyjskim dozorem umowę o wspólnej certyfikacji reaktora BWRX-300. Po pewnym czasie strona amerykańska faktycznie wycofała się ze współpracy (choć formalnie umowy nie wypowiedziano). Powodem były m.in. różnice w podejściu do oceny bezpieczeństwa materiałów kompozytowych, przy czym Amerykanie uznali stanowisko kanadyjskie za zbyt liberalne. W środowisku energetyki jądrowej to właśnie amerykański dozór NRC uchodzi za najbardziej wzorcowy, oczywiście dopóki Donald Trump go całkowicie nie zdereguluje. Natomiast w Kanadzie ostatni proces certyfikacji nowego reaktora miał miejsce około dwudziestu lat temu, a wielu doświadczonych specjalistów z zakresu energetyki jądrowej odeszło już na emeryturę lub przeszło do sektora prywatnego. Można więc powiedzieć, iż kompetencje kanadyjskiego dozoru w tym zakresie w dużej mierze wygasły, zarówno z powodów demograficznych, jak i systemowych.

„Wybór kanadyjskiego dozoru jądrowego jako punktu odniesienia dla Polski przy certyfikacji i budowie małych reaktorów jądrowych jest kontrowersyjny, z racji jego ograniczonych doświadczeń oraz z powodu uwikłań osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo nuklearne Kanady w interesy z inwestorami” – pisałeś w „Ocenie licencji kanadyjskiej CNSC dla BWRX”. Czy sam weryfikowałeś powiązania pomiędzy urzędnikami i oceniałeś wiarygodność kanadyjskiego partnera, czy raczej jest to temat, o którym dziennikarze, eksperci i politycy nie informują opinii publicznej?

Nie, nikt o tym nie mówi. W Kanadzie panuje swoista zmowa milczenia wokół ich własnych uwarunkowań w tym obszarze. Kiedyś Kanada należała do światowej czołówki cywilnej energetyki jądrowej, była jednym z liderów z własną, bardzo interesującą technologią reaktorów ciężkowodnych, którą z powodzeniem eksportowała do innych krajów. Z czasem jednak utraciła tę pozycję. Ich nowy reaktor EC6, podobnie jak poprzednik BWRX-300 nigdy nie został zbudowany. Nie ma więc potwierdzonych parametrów funkcjonowania, w tym bezpieczeństwa.

Kanadyjczycy próbują dziś wrócić do światowej czołówki poprzez rozwój małych reaktorów modułowych (SMR). Państwo kanadyjskie wspierało dotąd sześć różnych projektów SMR, ale żaden z nich nie osiągnął etapu wdrożeniowego.

Z tego powodu Kanada postanowiła oprzeć się na amerykańskiej technologii wodno-wrzącej, która jest sprawdzona i dobrze znana, a która jest własnością koncernu General Electric Hitachi. W Kanadzie wszyscy, łącznie z mediami, działają dziś w kierunku, który ma przywrócić kraj do „pierwszej ligi” światowej energetyki jądrowej. Kanadyjski dozór jądrowy również czuje się częścią tej państwowej misji.

Warto przypomnieć, iż około 2003 roku zmieniono nazwę urzędu dozoru jądrowego na Kanadyjską Komisję Bezpieczeństwa Nuklearnego. Wcześniej w nazwie nie pojawiało się słowo bezpieczeństwo – właśnie po to, by podkreślić, iż działania komisji mają opierać się wyłącznie na kryteriach bezpieczeństwa, bez względu na uwarunkowania polityczne czy gospodarcze. Niestety nie dotrzymują tego.

Zdarzały się przypadki, które zdyskredytowały kanadyjski dozór, m.in. dlatego, iż w praktyce kieruje się on również celami politycznymi państwa. Oczywiście, można to uznać za zrozumiałe z punktu widzenia polityki narodowej, ale w energetyce jądrowej pojawia się niebezpieczny kompromis między ambicjami przemysłu, a wymogami bezpieczeństwa. jeżeli chcą być pierwsi – muszą działać, a jak wiadomo pośpiech w tej dziedzinie zawsze odbywa się kosztem jakości i bezpieczeństwa.

Czego politycy nie mówią nam o małym atomie?

Przede wszystkim nie mówią nam o tym, iż w rzeczywistości kilka o tym projekcie wiadomo, a o ile coś wiemy, to tylko to, co dział promocji General Electric zechce nam opowiedzieć. Parametry dotyczące skali inwestycji finansowej, kosztów produkcji prądu i wielu innych zmieniają się co kilka miesięcy, trudno więc powiedzieć, iż coś wiemy. W efekcie nie mamy dziś wiarygodnych danych pozwalających ocenić, czy ta inwestycja będzie faktycznie opłacalna. Oczywiście jest ona warta testowania, jednak ten reaktor nie pozostało wystarczająco dojrzały, by go „polonizować”. To choćby nie jest ryzyko, to hazard. Do szczegółów odsyłam w artykule prof. Pieńkowskiego z Akademii Górniczo-Hutniczej, który samotnie podnosi argumenty przeciw temu pomysłowi.

Zacytujmy konkluzję profesora: „Polonizować warto jedynie dojrzałe, stabilne projekty akceptowane przez renomowanych regulatorów, a najlepiej gdy na ich podstawie już zbudowano i uruchomiono prototypowe instalacje”. Interesariusze i lobbyści BWRX-300 argumentują, iż w Kanadzie rozpoczęła się już budowa. Nieprawda. Kanadyjczycy dopiero plantują teren i kopią dziurę pod fundament. To można robić na podstawie zwykłego pozwolenia na budowę. Zgodnie z normami Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej początek budowy reaktora to wylanie pierwszego betonu jądrowego, a do tego jeszcze daleko. Udzielona licencja jest warunkowa. Żaden z trzech warunków nie został do dziś spełniony. W kampanii promocyjnej ten fakt jest pomijany, a media nie dopytują.

Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej rekomenduje, aby państwa członkowskie nie rozpoczynały swojej przygody z energetyką jądrową od eksperymentów, ale by pierwszy reaktor był klonem jednostki już działającej w innym kraju.

W przypadku elektrowni w Lubiatowie-Kopalinie (gmina Choczewo) ta zasada jest realizowana, ponieważ budowany tam reaktor jest kopią działającego reaktora w Stanach Zjednoczonych. Tym bardziej niezrozumiałe jest, dlaczego państwo, któremu brak doświadczenia w energetyce jądrowej, mając ograniczoną kadrę specjalistów i niezweryfikowany łańcuch dostaw, podejmuje się eksperymentalnego projektu. To działanie sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. O ile prywatny inwestor, czyli Michał Sołowow, może podjąć takie ryzyko, bo w razie niepowodzenia straci własne pieniądze i majątek, o tyle państwo nie powinno ryzykować bezpieczeństwem energetycznym obywateli. Tymczasem nasze państwo zaczyna postępować jak przedsiębiorstwo nastawione na zysk. Politycy o tym nie mówią, a to jest sytuacja wręcz skandaliczna.

Przypomnę expose z 13 grudnia 2023 roku, podczas którego Premier Donald Tusk odniósł się do kwestii małych reaktorów jądrowych (SMR). Zapoznał się z materiałami, które pozostawił minister Mariusz Kamiński, przekazując je premierowi Mateuszowi Morawieckiemu. Po analizie tych dokumentów Tusk publicznie powiedział o domniemaniu korupcji i zapowiedział, iż sprawa zostanie wyjaśniona „w trybie pożarowym”. Premier jednak zmienił zdanie i podczas rekonstrukcji rządu wyraził poparcie dla projektu SMR. Rząd Platformy Obywatelskiej składa liczne zawiadomienia do prokuratury, zarówno dotyczące prawdziwych, jak i urojonych spraw z czasów poprzedniej władzy. Tymczasem w kwestii SMR-ów panuje całkowita cisza. Dla porównania, obecny prezes Orlenu, Ireneusz Fąfara, złożył kilkadziesiąt zawiadomień do prokuratury na poprzedni zarząd, w tym za zakup cygar o wartości 11 tysięcy złotych z funduszu reprezentacyjnego. Natomiast ogromne wydatki związane z inwestycjami w małe reaktory do spółki z Michałem Sołowowem nie są przedmiotem zawiadomień do prokuratury. Co więcej, Orlen podpisuje kolejne umowy z Michałem Sołowowem.

Niedawno prokuratura w Chełmie umorzyła postępowanie choćby nie przesłuchując Mariusza Kamińskiego, na którego w expose sejmowym powoływał się Donald Tusk zarzucając poprzedniemu rządowi korupcję. Nie chcę, by brzmiało to jednostronnie – Mateusz Morawiecki również prowadził nieprzejrzystą politykę w sektorze energetycznym. Przykładem jest odwołanie Piotra Naimskiego, pełnomocnika rządu ds. infrastruktury energetycznej, który stawiał wymagania projektowi SMR oraz firmie General Electric. Premier nigdy nie wyjaśnił powodów tej decyzji, choć dotyczyła ona kluczowej postaci w sektorze energetycznym. Rząd to nie jest prywatny folwark premiera, a opinia publiczna ma prawo pytać o motywy takich działań. Po tym odwołaniu rząd Mateusza Morawieckiego prowadził politykę niezgodną z Programem Polskiej Energetyki Jądrowej, który przewidywał dla SMR-ów rolę uzupełniającą i to w dalekiej przyszłości, oraz wykluczał technologię wodno-wrzącą, w której ten SMR jest projektowany. Dlatego oceniam oba rządy, poprzedni i obecny, podobnie, jeżeli chodzi o brak przejrzystości w polityce energetycznej.

„Wykorzystując podejście oparte na teorii grup interesów, staram się pokazać, iż przyczyn nieobecności społecznego zarządzania technologią należy poszukiwać w zwykle niejawnych, ukrywanych działaniach grup interesów. Wykorzystują one dostępne im zasoby i zajmowaną pozycję w strukturach władzy (zwłaszcza nieformalnej) do takiego kształtowania przestrzeni dyskursu dotyczącego energetyki jądrowej, by wykluczyć z niej lub zmarginalizować podmioty obywatelskie, pochodzące spoza „złotego trójkąta” nauki, biznesu i władz publicznych” – pisze Piotr Stankiewicz w książce „Gra w atom. Społeczne zarządzanie technologią w rozwoju energetyki jądrowej w Polsce”. Kto i dlaczego ogranicza udział obywateli w debacie publicznej na temat SMR-ów?

Przede wszystkim należy wyrazić ubolewanie, iż w społeczeństwie panuje bardzo niskie zainteresowanie szczegółami dotyczącymi energetyki jądrowej przy jednoczesnym bezrefleksyjnym, powszechnym poparciu dla jej rozwoju. W niektórych sondażach poparcie to sięga choćby 90 procent. Oczywiście tak wysokie wyniki utrzymują się tylko dopóki budowa elektrowni jądrowych pozostaje czymś abstrakcyjnym i odległym od codziennego życia obywateli. W rzeczywistości opinia publiczna nie interesuje się szczegółami tych projektów i nie postrzega ich jako kwestii bezpośrednio wpływającej na własne życie, a politycy często na tym żerują.

Niedawno zakończyły się konsultacje dotyczące aktualizacji „Programu Polskiej Energetyki Jądrowej”. Ich wyniki wciąż nie zostały upublicznione. Nowego PPEJ brak, ale decyzje są podejmowane.

Co istotne, rząd zdecydował się wyłączyć z tych konsultacji temat małych reaktorów modułowych (SMR), zapowiadając, iż zostanie on ujęty w osobnym dokumencie – „mapie drogowej” dla SMR-ów.

Mam wrażenie, iż w tej sprawie możemy mieć do czynienia z próbą obejścia procedur, działaniem w złej wierze. W praktyce uniemożliwiono zgłaszanie uwag do programu dotyczącego SMR-ów, które mają zostać ujęte w dokumencie niepodlegającym konsultacjom społecznym. Ustawa nie przewiduje tworzenia „mapy drogowej dla SMR-ów” jako odrębnego dokumentu, ponieważ obowiązujący dokument nie dopuszcza dzielenia programu energetyki jądrowej na części. Ponadto, nie istnieje żadne zobowiązanie, by taka mapa była opracowywana w tym samym trybie i z zachowaniem tych samych zasad konsultacji, co cały program energetyki jądrowej. W praktyce wyłączono opinię publiczną z prawa do wypowiedzenia się w sprawie SMR-ów. Oczywiście, być może moje obawy okażą się przedwczesne, ale nie zdziwiłbym się, gdyby właśnie tak to się skończyło.

Czego powinniśmy wymagać od polityków, ekspertów i dziennikarzy w sprawach polityki energetycznej?

Od polityków należy oczekiwać przede wszystkim przejrzystości. Oczywiście każdy rząd ma prawo wspierać projekty, które uznaje za istotne dla kraju – to kwestia politycznych decyzji, a ostateczną decyzję w tej sprawie podejmują wyborcy w dniu głosowania. Natomiast eksperci i dziennikarze nie są, i nie powinni być uzależnieni od decyzji politycznych. Tu pojawia się jednak poważny problem:

w Polsce ekspertów od energetyki jądrowej jest niewielu, a większość z nich już wcześniej współpracowała z interesariuszami sektora energetyki jądrowej.

To powoduje, iż państwo nie ma dziś własnych, niezależnych ekspertów, którym można by w pełni zaufać. Interesariusze, czyli ci, którzy na atomie już zarabiają, planują zarabiać, mają oczywiście prawo bronić swoich interesów. Ale eksperci związani z poszczególnymi projektami nie są w stanie zachować pełnej obiektywności. Zgadzam się, iż eksperci konkurencyjnych firm będą najwnikliwsi w ujawnianiu słabości rywali, jednak taka „konfrontacyjna metoda” ma ograniczoną wartość poznawczą. W pewnym momencie trzeba zrównoważyć argumenty „za” i „przeciw” i stworzyć rzetelny bilans, a brakuje ludzi, którzy mogliby to zrobić bezstronnie. To poważny problem dla państwa: kto ma taki bilans przygotować? Jak zważyć wagę poszczególnych argumentów, gdy po obu stronach barykady stoją osoby zaangażowane w różne projekty? Państwo nie dorobiło się jeszcze własnych ekspertów, którzy choćby przegrywając merytoryczny spór nie straciliby reputacji obiektywnych analityków. Dlatego warto patrzeć, jak postępują inne kraje o podobnych warunkach do Polski.

Na przykład jakie?

Dla mnie naturalnym punktem odniesienia są Czechy – państwo mniejsze, ale z dużo bogatszym doświadczeniem w energetyce jądrowej, które niedawno wybrały brytyjski projekt SMR firmy Rolls-Royce. Oczywiście ten wybór nie musi być ostatecznie trafny, ale warto obserwować ich proces decyzyjny.

Jednym z najsłabszych elementów polskiego programu jądrowego jest jednak opinia publiczna, a raczej brak rzetelnej debaty, która powinna być kształtowana przez dziennikarzy, zwłaszcza portale branżowe. To właśnie one powinny przygotowywać media publiczne do rozmowy o energetyce jądrowej, ale nie znam w Polsce portalu branżowego, który szukałby prawdy. Są portale, które bezrefleksyjnie wychwalają energetykę jądrową lub konkretne projekty, oraz takie, które powielają populistyczny ekologiczny przekaz. Nie ma między nimi ścierania się argumentów. Obie strony unikają bezpośredniej konfrontacji, bo wiedzą, iż łatwo mogłyby się wzajemnie zdyskredytować. Nie ma jednej, prostej argumentacji za lub przeciw atomowi.

Chcę wyraźnie podkreślić, iż mam sympatię dla energetyki jądrowej, ale uważnie słucham także jej przeciwników. Zwolennicy atomu mają obowiązek odpowiadać na trudne pytania.

Niestety, przygotowanie opinii publicznej do tej dyskusji jest bardzo słabe, głównie z winy mediów i osób opiniotwórczych. Żaden z dużych portali energetycznych nie podniósł wspomnianych wątpliwości dotyczących pana Wojciecha Wrochny, który przeszedł ze spółki kontrolowanej przez Michała Sołowowa na stanowisko rządowe odpowiedzialne m.in. za program, który wcześniej sam realizował. To są informacje, które w każdym wywiadzie z taką osobą powinny być wspomniane, aby czytelnik miał pełną świadomość. Tymczasem panuje zmowa milczenia wokół takich przypadków. Polskie media w ten sposób przegrywają sprawę energetyki jądrowej.

Jakiego ważnego pytania nikt Ci jeszcze nie zadał w tematach, o których rozmawiamy? I jaka jest na nie odpowiedź?

Bardzo ważne pytanie, które od dawna zadaję, a na które wciąż nie otrzymuję odpowiedzi, brzmi:

ile technologii jądrowych powinna wdrażać Polska?

Przykład Francji, jednego z liderów cywilnej energetyki jądrowej, jest tu bardzo pouczający, ponieważ państwo to konsekwentnie od kilkudziesięciu lat opiera się na jednej technologii. Oczywiście nie biorę tu pod uwagę reaktorów badawczych, eksperymentalnych czy militarnych, bo to zupełnie inna dziedzina. Podobnie jak Francja postępuje Wielka Brytania, a także Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej, która zaleca koncentrowanie się na jednej technologii.

Natomiast państwa takie Finlandia, Szwecja czy Hiszpania, które zdecydowały się na dwie technologie, prowadzą dziś debatę, czy nie był to błąd. Dlaczego? Bo oznacza to rozproszenie ograniczonych zasobów małych i średnich państw na różne rozwiązania. Nie wyobrażam sobie, by Polska Agencja Atomistyki czy Urząd Dozoru Technicznego były w stanie efektywnie nadzorować dwa różne systemy technologiczne. choćby jedna technologia stanowi dla nas poważne wyzwanie z powodu niedoboru kadr jądrowych. W przypadku dwóch technologii należałoby równolegle kształcić dwa zespoły specjalistów – jeden dla reaktorów wodno-ciśnieniowych, a drugi dla małych reaktorów wodno-wrzących.

Tymczasem rząd Donalda Tuska ogłosił postępowanie konkurencyjne na wybór technologii dla drugiej dużej elektrowni jądrowej, planowanej prawdopodobnie w Koninie lub Bełchatowie.

Ponieważ przewidziano tryb konkurencyjny i zaproszono różnych dostawców technologii, w tym kanadyjską technologię ciężkowodną, istnieje ryzyko, iż Polska, o ile postępowanie konkurencyjne nie jest lipą, może finalnie wdrażać trzy różne technologie jądrowe. To sytuacja, która stawiałaby nas w jednym szeregu z Rosją i Chinami, bo choćby Stany Zjednoczone ograniczyły się w przypadku wielkoskalowych reaktorów do dwóch technologii w energetyce cywilnej.

Skąd takie podejście?

Trudno racjonalnie uzasadnić równoległe prowadzenie projektów w dwóch, a tym bardziej w trzech technologiach. Dyskusja o tym, która technologia jest optymalna dla Polski, powinna być już zakończona. Decyzję podjęto, gdy wybrano reaktory wodno-ciśnieniowe dla pierwszej elektrowni. Tego wyboru powinniśmy się konsekwentnie trzymać. Być może wyjątek należy zrobić dla kanadyjskiej technologii ciężkowodnej z powodu jej zalety, jaką jest uproszczenie cyklu paliwowego z powodu zastosowania jako paliwa uranu naturalnego, a nie wzbogaconego, produkowanego przez podmioty uzależnione politycznie od państw, które mogą mieć zamiar wykorzystania tego uzależnienia celem wywarcia na Polskę presji w polityce międzynarodowej. Generalnie, jedna technologia może stać się wrogiem drugiej, a Polska nie będzie w stanie zbudować dwóch łańcuchów dostaw, skoro nie powstał jeszcze choćby jeden.

Rozproszenie dwóch technologii oznacza także większe ryzyko dla bezpieczeństwa, ponieważ instytucje państwowe musiałyby nadzorować dwa systemy o różnych filozofiach bezpieczeństwa.

W jednym z wywiadów dla portalu energetycznego ekspertka Rumina Velshi, zaangażowana w jeden z polskich projektów, przyznała otwarcie, iż wdrażanie dwóch technologii będzie bardzo poważnym wyzwaniem. Niestety, ta opinia nie spotkała się z żadną reakcją. Rząd zachowuje się tak, jakby problem nie istniał. Tymczasem rozproszenie technologiczne może prowadzić do obniżenia jakości i poziomu bezpieczeństwa, a w skrajnym przypadku do niepowodzenia obu projektów. W warunkach polskich mały atom jest wrogiem dużego atomu, przynajmniej do czasu przekroczenia przez budowę pierwszej elektrowni pewnej „masy krytycznej”.

Dziękuję za rozmowę.

Idź do oryginalnego materiału