Litwa przeciw Polsce a za UPA

myslpolska.info 6 godzin temu

Parlament Europejski przyjął w środę rezolucję, w której wyraził ubolewanie z powodu nadania przez Wołodymyra Zełenskiego miana „Bohaterów UPA” jednej z jednostek Sił Zbrojnych Ukrainy.

W rezolucji skrytykowano „niedawną, niepotrzebną i niesprowokowaną eskalację spowodowaną przez prezydenta Wołodymyra Zełenskiego”. Podkreślono, iż „kwestia ta jest delikatna i bolesna dla polskiego społeczeństwa w kontekście szacowanej na wiele dziesiątków tysięcy liczby ofiar UPA i rodzin zabitych”.

Nie przeceniając znaczenia tego rodzaju niewiążących uchwał, można jednak uznać, iż są one elementem kształtowania debaty publicznej. Przede wszystkim zaś stanowią miernik wpływów poszczególnych państw, pokazując, kto jest w stanie narzucić swoją narrację w instytucjach europejskich. Przecież nie ma wątpliwości, iż choć z jednej strony polityka historyczna Kijowa, gloryfikująca OUN-UPA, jest długofalową inżynierią społeczną mającą ulepić z bardzo różnorodnych mieszkańców Ukrainy zdyscyplinowany naród, maszerujący w jedną stronę – tę, którą wskazuje kijowska elita polityczna – to istnieje także bardziej doraźny cel posunięcia Zełenskiego. To przede wszystkim próba pokazania, kolokwialnie rzecz ujmując, „kto tu rządzi” i kto ma ustępować komu w Europie Środkowo-Wschodniej.

W tym kontekście rezolucję można uznać za ćwierć sukcesu. Z jednej strony obarcza ona Zełenskiego odpowiedzialnością za konflikt. Z drugiej jednak nie dotyka istoty polskiego stanowiska, mającego fundamentalne znaczenie dla naszej tożsamości historycznej – czym w istocie była UPA i dlaczego jej gloryfikacja budzi nasz sprzeciw. Wynika on nie tylko z konfliktu terytorialnego o przynależność Wołynia i Małopolski Wschodniej, ale przede wszystkim z faktu, iż UPA była organizacją ludobójczą, a Polacy zamordowani przez nią z sadystycznym okrucieństwem wciąż nie doczekali się pochówku, który kolejne władze Ukrainy cynicznie blokowały. I to tchórzliwie, obawiając się nagłośnienia prawdy o swoich „bohaterach”.

Właśnie w tym miejscu ujawnił się rzeczywisty układ sił wewnątrz Unii Europejskiej. Jak się okazało, bardzo aktywną rolę w niedopuszczeniu do ujęcia w uchwale Parlamentu Europejskiego tego rodzaju głębszej refleksji historycznej odegrali deputowani z państw bałtyckich. Najbardziej aktywni byli Litwini. Nie powinno to nikogo zaskakiwać, choć nie mam wątpliwości, iż w Polsce, gdzie od lat rozpowszechniona jest międzymorzańska, prometeistyczna mitologia, zaskoczyło to niejednego. Ciekawe, czy klapki „strategicznego partnerstwa” spadną w końcu z oczu także w kontekście litewskim.

Litewska elita polityczna już wcześniej sygnalizowała, iż w przypadku antagonizmu polsko-ukraińskiego stanie po stronie Kijowa. „Powinna wejść do UE już wczoraj” – powiedział w niedawnym wywiadzie dla polskiej redakcji litewski minister finansów Kristupas Vaitiekūnas o Ukrainie, wyraźnie dystansując się od coraz silniej artykułowanego w Polsce stanowiska, iż proces akcesji Ukrainy do Unii Europejskiej powinien zostać uzależniony od rozwiązania sporów historycznych i uwzględnienia polskich interesów gospodarczych.

Równie wyraźnie widać to na płaszczyźnie polityki obronnej. Litwini starają się rozmieścić u siebie niemiecką brygadę pancerną i przyciągają niemieckich inwestorów zbrojeniowych, między innymi Rheinmetall. Polska pełni jedynie rolę usługową w ramach ogólnonatowskiej misji ochrony przestrzeni powietrznej państw bałtyckich – Baltic Air Policing. Należy to do sfery komunikacji nieoficjalnej, ale zakulisowo Litwini dość wyraźnie dawali już do zrozumienia, iż nie chcą polskiej obecności wojskowej na swoim terytorium. Giedroyciowskie elity polityczne w Warszawie wyciągnęły z tego tylko taki wniosek, iż wysłały naszych żołnierzy i czołgi na bardziej oddalony, izolowany od naszego terytorium i interesów posterunek – do łotewskiego Adaži.

To litewskie stanowisko ma historyczne korzenie podobne do ukraińskiego. Wbrew mitologii nacjonalistycznej naród litewski jest narodem młodym. Jak wiele innych narodów w Europie Środkowo-Wschodniej, został ukształtowany w XIX wieku przez nową warstwę inteligencji na bazie warstwy chłopskiej, nieposiadającej wcześniej wyraźnej świadomości narodowej. Dzieło lepienia takich narodów musiało prowadzić do radykalnego antagonizmu ze starymi, historycznymi narodami, które przez wieki tworzyły na danych ziemiach własną państwowość. Takie nastawienie litewskich XIX-wiecznych „ojców narodu” i „budzicieli” nie jest niczym niezwykłym i znajduje analogię nie tylko w ukraińskim nacjonalizmie. Podobna relacja wytworzyła się wraz z formowaniem się narodu słowackiego czy rumuńskiego wobec Węgrów, a – i to już w zasadzie na oczach naszego pokolenia – wraz z budową państwowości Macedonii Północnej, której elity radykalnie odcinają się od wspólnoty z Bułgarami, czy też Czarnogóry, gdzie w znacznej części elit nie brakuje nastawienia antyserbskiego.

Takie są historyczne korzenie nastawienia Litwinów do Polski. Zaskakuje mnie zawsze, jak niewielu ludzi w naszym kraju je rozumie. A wystarczy pochodzić po wileńskich muzeach. choćby w wydawałoby się politycznie neutralnym Muzeum Pieniądza już w pierwszej sali wita nas medal z historyczną karykaturą szkaradnej Polski zagarniającej Wilno. O muzeach ogólnohistorycznych choćby nie wspomnę.

W istocie mit „okupacji Wileńszczyzny przez Polskę” przez cały czas pozostaje jednym z centralnych elementów litewskiej historiografii i pojawia się na kartach kolejnych podręczników historii w szkołach Litwy. Nota bene także w szkołach z polskim językiem nauczania, przeznaczonych dla polskiej mniejszości, która w wielu zakątkach Wileńszczyzny wciąż stanowi większość. Ich uczniowie czytają sformułowania zrównujące przynależność Wileńszczyzny do II Rzeczypospolitej z okupacją radziecką i niemiecką.

Litwa nigdy nie rozliczyła się z szerokiego udziału swoich obywateli w kolaboracji z III Rzeszą w latach 1941-1944 – byłych urzędników przedwojennej republiki, policjantów, a zwłaszcza członków Związku Strzelców Litewskich. Oddziały Ypatingasis būrys, które na rozkaz Niemców dokonały ludobójstwa Żydów, Polaków i jeńców radzieckich w Ponarach, składały się w znacznej części właśnie z dawnych szaulisów. Dość popularnym dyskursem na Litwie jest natomiast ukazywanie Armii Krajowej jako formacji co najmniej bandyckiej, a choćby dokonującej „czystek etnicznych” na Litwinach. Najwyraźniej jednak, według litewskiej optyki, nie dopuszczała się ich UPA, skoro portret Stepana Bandery pojawił się kilka lat temu na okładce oficjalnego magazynu litewskiej armii.

Jeśli dodamy do tego dyskryminacyjną i asymilatorską politykę wobec współczesnej polskiej mniejszości, bez trudu stwierdzimy, jak wiele punktów stycznych występuje w historii i bieżącej polityce Litwinów i Ukraińców.

Mimo to przez 36 lat Polska godziła się na tę dyskryminację i zaspokajała interesy Litwy na wszystkich płaszczyznach, w ramach „partnerstwa strategicznego”, „Międzymorza”, „Trójmorza” czy „wschodniej flanki NATO”. Godziła się, choć przez te dekady to Litwa znacznie bardziej potrzebowała Polski niż Polska Litwy.

Na naszych oczach w proch i pył walą się te prometejskie koncepcje rządzące polską polityką zagraniczną od powstania III RP, wyznawane i przekładane na praktykę przez wszystkie bez wyjątku jej rządy. Szczególnie gorliwy w lituanofilii był zresztą obóz Prawa i Sprawiedliwości, który ingerował w życie wewnętrzne polskiej społeczności Wileńszczyzny i próbował promować w niej osoby oraz środowiska jak najbardziej ugodowe wobec elit litewskich. Tak ugodowe, jak przez dekady pozostawały elity III RP.

Choć może są to zbyt patetyczne słowa. Pisać, iż coś „wali się w proch i pył”, można wtedy, gdy upada konstrukcja trwała, silna i rzeczywiście istniejąca – niczym forteca. Tymczasem polityka wschodnia III RP była raczej wioską potiomkinowską – atrapą podtrzymywaną ideologicznymi urojeniami prometeizmu.

Krystian Kamiński

Członek władz Ruchu Narodowego

Za X

Idź do oryginalnego materiału