Listy do redakcji Angory (22.03.2026)

4 godzin temu

„Ave Cesar, ave Trump”

Show musi trwać!

Nigdy nie lubiłem Ameryki niemal za wszystko – za masakrę Indian, za niewolnictwo, za barbarzyństwo odkrywców, za brutalność Dzikiego Zachodu, za powszechny dostęp do broni, z której dzieci strzelają do dzieci – a mimo to Ameryka zawsze była obiektem westchnień, zwłaszcza wtedy gdy klepaliśmy biedę. Podobnie jak Babcia Helenka w swoim liście „Ave Cesar, ave Trump” (ANGORA nr 7) nigdy nie podzielałem tego oczarowania i owczego pędu. Mijały lata, wiele się zmieniło, ale i tak głównym naszym zmartwieniem były nasze partie, nasze wybory, nasze dole i niedole.

Dziś martwimy się już o Europę, a choćby o cały świat. Trump drugiej kadencji wpadł w medialny trans i w świetle kamer ujawnia to, co kiedyś najpierw było tajemnicą gabinetów, a dopiero potem podawano to do publicznej wiadomości. Zrobił ze swojej prezydentury reality show, bo to lubi najbardziej, ale pokazywanie polowań na ludzi, zabijanie ich w biały dzień i aresztowanie z nieznaną dotąd premedytacją i brutalnością sprawiło, iż czar Ameryki prysł ostatecznie jak bańka mydlana.

Zachowując wszelkie proporcje i uwarunkowania geopolityczne, można spytać, czym się różni autokracja Trumpa od teokracji ajatollahów? W gruncie rzeczy jedynie skalą i metodami, bo cele są podobne, a cel, jak wiadomo, uświęca środki. W obu przypadkach chodzi o dominację, rząd dusz i nieuznawanie innych racji poza własnymi. Pretekstem do ataku może być wszystko i nic, a prawda jest tak ukryta, iż trudno o obiektywną ocenę, choć wymowa faktów wydaje się oczywista. Wszystko to widzimy dziś na Bliskim Wschodzie, ale nie ma to nic wspólnego z tym, co się dzieje w USA.

Trump nie tyle chce uczynić Amerykę znowu wielką, bo przecież jej wielkości i znaczenia nikt rozsądny nie kwestionuje, ale znowu białą, o jakiej marzyli najeźdźcy od momentu postawienia tam swojej stopy. Może by im się to udało, gdyby nie wymyślili niewolnictwa i nie zmusili czarnych do katorżniczej pracy na plantacjach bawełny za miskę fasoli w słońcu amerykańskiego Południa. Bito ich, poniżano i zabijano dla pieniędzy. Nieświadomi ich losu emigranci ze wszystkich zakątków świata, wszystkich ras i kolorów skóry, wszystkich wyznań, Kościołów i religii, też postanowili spróbować tego miodu i przybywali tam stadnie, co z kolei sprawiło, iż Ameryka nigdy nie była i nie będzie biała. Żaden Trump i żadna MAGA nie cofnie koła historii.

Profesor Kołodko w tym samym numerze ANGORY w wywiadzie pod tytułem „Uciec do przodu przed Trumpem 2.0” radzi przeczekać ten trudny czas, ale nie ukrywa, iż konsekwencje będą dotkliwe i wieloletnie. W impeachment Trumpa nie wierzy, więc wszystko wskazuje na to, iż ten kumpel Epsteina będzie dalej robił swoje, bo show must go on. Póki co wszystko się dzieje daleko od nas, ale licho nie śpi, bo mamy inną wojnę blisko i musimy się martwić o siebie. Perspektywy są marne, bowiem ponad 60 proc. Rosjan wciąż popiera swojego showmana Putina, a Polskę lokuje w pierwszej piątce wrogów. Świat stał się zakładnikiem dwóch nieprzewidywalnych prezydentów z atomową walizeczką. Na szczęście profesor Kołodko uważa, iż trzeciej wojny światowej nie będzie – i oby się nie mylił… L.C.

SAFE dla idiotów?

Nigdy nie przyszło mi choćby na myśl, iż będę komentował coś tak idiotycznego, jak „polski SAFE 0 proc”. Z drugiej strony wiem też, iż część tych, do których jest ta polityczna zagrywka kierowana, i tak krytyki nie przeczyta (…) ani nie przyjmie żadnych racjonalnych argumentów. Ale jednak jakoś wyrzucić to z siebie trzeba. Może będzie lżej na – obciążonym do granic odporności – poczuciu obowiązku wobec wspólnoty.

Propozycja „polskiego SAFE 0 proc.” to przykład politycznej iluzji sprzedawanej jako poczuwanie się do odpowiedzialności za bezpieczeństwo. Brzmi chwytliwie, ale w istocie jest próbą obejścia fundamentów konstytucyjnego porządku finansów publicznych. Wystarczy zajrzeć do Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, by przypomnieć sobie, iż finansowanie deficytu przez bank centralny jest w Polsce wprost zakazane. To właśnie jest bezpiecznik chroniący państwo przed pokusą polityków, by dodrukowaniem banknotów rozwiązywać problemy. Z problemem deficytu boryka się wiele krajów, ale kilka – poza USA, którego dolar jest wciąż światową walutą rezerwową numer 1 – sięga po ten sposób wiązania końca z końcem, czyli dużych wydatków i mniejszych wpływów.

Narodowy Bank Polski nie jest i nie może się stać źródłem finansowania bieżących wydatków rządu. Jego podstawowym zadaniem jest dbanie o stabilność pieniądza. o ile zaczniemy traktować go jak bankomat do realizacji ambitnych planów zbrojeniowych, to konsekwencja jest oczywista: presja inflacyjna. A inflacja to podatek nakładany wprawdzie po cichu, jednak najbardziej dokuczliwy dla zwykłych obywateli i firm. Czy naprawdę ktoś uważa, iż da się pompować miliardy w system, nie podnosząc cen? Historia gospodarcza pełna jest przykładów, czym kończy się „kreatywne” finansowanie wydatków publicznych. Zbroić się musimy. Tego dziś nie kwestionuje nikt poza „ruskimi onucami”, których jednak trochę jest. Ale poważne państwo finansuje bezpieczeństwo w sposób stabilny i przejrzysty: z budżetu, z długu rynkowego, z realnych dochodów.

Jeśli coś jest tak genialnym rozwiązaniem, wytworem geniuszu Glapińskiego i Nawrockiego, to dlaczego nie stało się standardem w innych krajach? Dlaczego państwa o rozwiniętych gospodarkach i silnych armiach nie finansują zbrojeń bezpośrednio przez banki centralne? Odpowiedź jest prosta: bo wiedzą, iż to droga na skróty prowadząca do destabilizacji waluty i utraty wiarygodności. Ponadto wszelkie konstrukcje finansowe są z definicji obwarowane ograniczeniami – prawnymi i traktatowymi. Zakupy zbrojeniowe podlegają umowom międzynarodowym, zobowiązaniom sojuszniczym, procedurom przetargowym.

To nie jest koncert życzeń. W efekcie łatwo wyobrazić sobie sytuację, w której pieniądz z banku centralnego napędzałby import, a nie krajową produkcję. Czyli mielibyśmy inflację w kraju i zysk za granicą. Świetny interes – tylko nie dla Polski. Najgorsze jest to, iż bezpieczeństwem państwa próbuje się grać jak hasłem marketingowym. „Zero procent” brzmi dobrze w sloganie, ale nie istnieje w ekonomii. Każdy wydatek państwa ma koszt – albo w podatkach, albo w długu, albo w inflacji. Udawanie, iż można wyczarować środki bez konsekwencji, to obraza dla elementarnej logiki i dla obywateli, którzy mają prawo do uczciwej debaty.

Konstytucyjne bezpieczniki nie są po to, by je obchodzić, gdy akurat są niewygodne. Bawić się stabilnością pieniądza pod hasłem „bezpieczeństwa” to krótkowzroczność, która może nas drogo kosztować – i to szybciej, niż wielu entuzjastom tej koncepcji się wydaje. Chyba iż chodzi o Nobla z ekonomii dla Nawrockiego. Byłby to zaiste widok wart pozazdroszczenia, gdyby w gronie laureatów noblowskiej nagrody stanęli w jednym szeregu Trump za pokój i Nawrocki za ekonomię. Sorry, wiem, iż to niemożliwe i nikt nie da się na to nabrać, bo te dwie nagrody nie są wręczane w tym samym miejscu. A.Z. z pow. pułtuskiego

I po igrzyskach…

W oczach ministra sportu cztery medale dla Polski w Mediolanie i Cortinie były wielkim sukcesem. Sceptyczny reporter przypomniał, iż Australia nas wyprzedziła, a tam zimę mają w lipcu. Minister obiecał wybudować tor saneczkarski w Karpaczu, gdzie do dzisiaj straszy zrujnowany tor, który działał za „komuny”. W tych igrzyskach jakimś cudem Polki wywalczyły szóste miejsce, jadąc na dziewięcioletnich sankach! Dzisiaj (25 lutego) widziałem w telewizji, jak ćwiczy nasza uzdolniona młodzież… jeżdżąc po podłodze sali gimnastycznej lub na asfaltowych ścieżkach rowerowych. Ten prowizoryczny tor saneczkowy będzie wybudowany za rok.

Przypomnę: Niemcy ze swych 26 medali aż dziewiętnaście zdobyli w lodowej rynnie (bobsleje, sanki, skeleton). Warto mieć taki jeden tor w dwudziestej gospodarce świata? Warto! Chociaż nie każde złoto dobrze się świeci. Laura Nolte, zdobywczyni złotego medalu w dwójce bobslejowej i srebrnego w jedynce, za swój złoty medal otrzymała 30 tys. euro, ale na swych mechaników, transport z zawodów na zawody, opłacenie hoteli, zakup nowych płóz itp., musi wydawać rocznie około 50 tysięcy euro – i to przez cztery lata, do następnych igrzysk. Sport bobslejowy jest zaniedbywany przez telewizję i ministerstwo sportu. Tylko dzięki indywidualnym sponsorom jest możliwe jego uprawianie przez kochających ten sport idealistów.

Zawodniczka ogłosiła swoje wołanie o pomoc dla tego sportu, który na igrzyskach od zawsze przynosi najwięcej medali dla Niemiec, ale uprawiający ten sport nie są dostatecznie wspomagani przez instytucje państwowe. Całkiem zwariowanie jest wśród Norwegów. Zdobyli 41 medali, w tym 18 złotych, ale żaden sportowiec nie dostanie ani centa nagrody za zdobyty medal. W zamian za to nie muszą się martwić o ŻADNE finansowe sprawy w czasie uprawiania sportu… pozostało jeden aspekt sportowy. Weźmy za przykład dwa sąsiednie państwa: Holandię i Belgię. Oba państwa są prawie tej samej wielkości. Oba mają ponad 11 milionów obywateli. W klasyfikacji medalowej Holendrzy zajęli trzecie miejsce, zdobywając 20 medali, w tym 10 złotych. Belgia zdobyła 1 (jeden) brązowy… Dobry temat na pracę doktorską z psychologii sportu. Po wybudowaniu w Polsce kilku skoczni narciarskich doczekaliśmy się następcy Wojciecha Fortuny: Małysza, Stocha, Kubackiego, Żyły i teraz Tomasiaka z Wąskiem… Po wybudowaniu toru lodowego doczekaliśmy się następców Pani Ryś-Ferenc, zdobywających medale na mistrzostwach Europy, na które Holendrzy nie przyjechali – szykując szczyt formy na igrzyska olimpijskie.

Wybudowaliśmy 2600 Orlików, ale w piłce nożnej w dającym się przewidzieć czasie Polacy nie wygrają mistrzostw świata. choćby gdyby tych nieużywanych Orlików było 26 tysięcy. Medalodajne dyscypliny to nie tylko bobsleje, ale także pływanie. Budując więcej basenów i tak nie dogonimy Australijczyków, ale Węgrzy są już w naszym zasięgu. o ile nie stać dwudziestej gospodarki świata (za Gierka podobno byliśmy w pierwszej dziesiątce), to wykupmy nieczynny od kilku lat hotel w Vill (to taka dzielnica Innsbrucka) i przemianujmy go na polską stanicę sportową dla trenujących bobsleje, saneczkarstwo i skeleton. Tor lodowy w Igls jest oddalony o kilometr. W zamian za to udostępnijmy Austriakom część naszego Cetniewa lub hotel w nadmorskiej Jastrzębiej Górze (to nie jest żaden lobbing, to idea, którą udostępniam za darmo!). W przyszłości przestańmy limitować, które z naszych alpejek, oprócz Martyny Gąsienicy-Daniel, mogą pojechać na igrzyska! Nie po to trenowały cztery lata, by na kilka dni przed zawodami dowiedzieć się, iż nie pojadą. Czyżby dawne hasło „Balcerowicz musi odejść!” trzeba było dziś zamienić na: „Piesiewicz musi odejść!”? MARIAN PEKA

Status osoby najbliższej

Znowu rozgorzała dyskusja o statusie osoby najbliższej. Jak słyszę opinie niektórych osób (przodują w tym członkowie PiS), to cytując klasyka, „nóż mi się w kieszeni sam otwiera”. Osobiście jestem przeciwko legalizacji zawierania małżeństw homoseksualnych. Małżeństwo kojarzy mi się – i przypuszczam, iż zdecydowanej większości Polaków – ze związkiem pomiędzy kobietą i mężczyzną. Tak stanowi nasza konstytucja i nasza tradycja. Jednak jestem za prawnym usankcjonowaniem związków partnerskich. Jak wskazują statystyki, coraz więcej młodych Polek i Polaków pozostaje w związkach nieformalnych – mówię tu o związkach kobiet i mężczyzn. Każdy z nas w swoim najbliższym otoczeniu (rodzina, znajomi, współpracownicy) zna wiele takich par. Żyją wspólnie, mieszkają razem, prowadzą wspólne gospodarstwa domowe, wspólnie zarządzają domowym budżetem. I jest dobrze, dopóki jest dobrze, ale gdy stanie się tragedia (trudności finansowe, sprawy majątkowe, choroba czy też śmierć), zderzają się z okrutną rzeczywistością. Niestety, w obliczu prawa są dla siebie osobami obcymi.

Taki stan prawny dotyczy również par homoseksualnych. Jestem przeciwny adopcji dzieci przez takie pary, ale jestem również za prawnym usankcjonowaniem ich związków. Wracając do dyskusji o projekcie ustawy o statusie osoby najbliższej, to oglądając w kilku stacjach telewizyjnych wypowiedzi polityków z prawej strony sceny politycznej, pomyślałem sobie, iż szkoda, iż w nich nie uczestniczyłem. Bo w odpowiedzi na ich argumenty rzekłbym tak: „Co byś powiedział, idioto (idiotko), gdyby do ciebie przyszła ukochana przez ciebie osoba (twój ukochany syn, córka, wnuczek, wnuczka) i oznajmiła, iż jest szczęśliwa w życiu, iż pragnie zamieszkać z osobą, którą bardzo kocha, iż z tą osobą pragnie iść przez dalsze życie na dobre i na złe? Gdyby oznajmiła ci, iż nie chce zawierać formalnego małżeństwa lub iż jej wybranką jest osoba tej samej płci? Co byś jej powiedział, idioto? Wyrzucił z domu, wyrzucił z serca, wymazał z pamięci? Powiedziałbyś jej, iż dla ciebie już nie jest człowiekiem, tylko ideologią? Czy może porozmawiałbyś, przytulił, życzył pomyślności i cieszył się jej szczęściem? Jak byś się zachował? Czy górę wzięłaby miłość do tej osoby, czy też zwyciężyłaby ideologia twojej partii i strach przed tym, jak cię oceni jej wódz? Wybór należy do ciebie”.

Nawiasem mówiąc, wielu zagorzałych przeciwników tej ustawy jest po rozwodach, niektórzy po katolickich unieważnieniach małżeństwa. Oni kiedyś komuś coś przysięgali. Wielu żyje lub żyło w związkach nieformalnych. Wielu te moje rozważania nie dotyczą, gdyż (przynajmniej formalnie) nie mają dzieci, wnuków. Ale każdy z nas ma osoby najukochańsze, najdroższe. Chyba iż się mylę i są tacy, co nie mają. PIOTR

Nie czuję się dziwakiem

Mam jeden problem ze środowiskiem LGBT. Używanie przez nie określenia „queer”, które po angielsku oznacza „dziwny”. To tak, jakby osoby używające tego zwrotu wprost o sobie mówiły, iż są „dziwakami”, a chyba przecież nie chcą być jako tacy odbierani? Chciałem to zostawić do rozmyślań wszystkim aktywistom LGBT, iż mówienie o sobie dosłownie per „dziwny” jest pewną oznaką autostygmatyzowania. Sam jestem osobą LGBT i nie lubię tego zwrotu „queer”. Ciekawi mnie tylko, skąd w środowisku LGBT, z którym osobiście z wielu powodów się nie identyfikuję – takie umiłowanie do tego słowa, które siłą rzeczy stawia je w negatywnym świetle? TOMASZ WASIOŁKA

Ring wolny…

Nigdy nie lubiłem sportu przemocowego, jakim jest boks i jego pochodne, które w swojej specyfice trącą usiłowaniem zabójstwa, np. kick boxing. Chęć doprowadzenia świadomości przeciwnika na skraj jej utraty świadczy według mnie o braku człowieczeństwa, a już na pewno o braku części zachowań świadczących o gatunku ludzkim. W kontekście boksu, dyscypliny kojarzonej z Panem Karolem Nawrockim (PKN), chcę przedstawić, widziane z mojej perspektywy, sprawowanie przez niego powierzonej mu funkcji prezydenta kraju. Zakontraktowana 6 sierpnia 2025 r. na 12 rund walka z Koalicją 15 października rozpoczęła się od klasycznego „face-off”, czyli spojrzenia prosto w oczy przeciwnikowi przed publicznością i mediami (po ważeniu). W boksie to sposobność do pokazania swoich emocji, prowokowania gestami, wyzwiskami, często rękoczynami. W realnym świecie, na dzień przed orędziem, PKN nazwał Pana Donalda Tuska (PDT) najgorszym premierem Polski po 1989 r. Podczas orędzia nowo wybrany prezydent wchodził w buty rządu, snując niedorozwinięte marzenia o zmianie istniejącego w Polsce systemu politycznego na prezydencki.

Wracamy do walki. W narożniku ringu PKN widzę desant polityków i stronników PiS, których mowa ciała świadczy, iż złapali Pana Boga za nogi. W ich DNA partia wszczepiła gen pokonania Koalicji Obywatelskiej (KO) przed czasem – przez KO – nokaut (ang. KnockOut) – wetowaniem żywotnych ustaw, obaleniem rządu i doprowadzeniem w ten sposób do wcześniejszych wyborów. Nad sekundantami w ringowym narożniku PKN nikt nie panuje, ufając w ich trenerskie przygotowanie na zgrupowaniu na Nowogrodzkiej. Podczas „walki” w rundzie „Rada Gabinetowa” widzieliśmy wyprowadzenie przez PKN ciosów prostych w postaci pouczeń rządu. Te ciosy spotkały się z ripostą Pana Donalda Tuska, który zasłonił się gardą wzmocnioną słowami: „…Rada to nie jest substytut rządu czy parlamentu i z całą pewnością nie jest to klub dyskusyjny”.

Z kolei w rundzie „Rada Bezpieczeństwa Narodowego” Pan Karol Nawrocki tyradą monologu wymierzył nieczyste ciosy w PDT, stojącego z jeszcze nieprzygotowanymi do obrony rękoma, nie udzielając mu głosu w jawnej części posiedzenia. W tej rundzie PKN popełnił drugi faul – uderzeniem poniżej pasa (tematem rangi przedszkola), grillując marszałka Sejmu kontaktami towarzysko-biznesowymi, tym samym próbując wyrwać kilka cegieł z muru koalicji rządowej. Już na początku tej rundy wystawił sobie świadectwo obniżające klasę boksera, zadając znienacka dyskwalifikujące kopnięcie stwierdzeniem o braku przyjemności siedzenia przy stole z zaproszonym przez siebie gościem marszałkiem Włodzimierzem Czarzastym. Rundę skwituję cytatem z posła Ryszarda Terleckiego z innej „walki”: „gówniarzeria”. W polskim boksie politycznym nie ma przerw na plansze z numerem kolejnej rundy, to nieprzerwany ciąg walki z rządem w rundzie pt. „wetowanie ustaw”. Gołym okiem widać, iż to m.in. konsekwencja nierealizowania przez PDT kaprysu PKN, tj. nieprzysyłania do pałacu herolda z oficjalną informacją o projektach ustaw do uzgadniania.

Czy przyjmowanie wielu uderzeń w głowę na treningach i zawodach, a może choćby zderzenie z przedmiotem tępokrawędzistym na leśnej ustawce, pozostaje bez wpływu na stan umysłu pięściarza? Według mnie – nie. Słuchając uzasadnienia PKN do zawetowanej ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa, miałem pewność, iż był to komentarz do podobnej ustawy PiS z 20 grudnia 2017 r. z połajanką o: „…działaniu niezgodnym z konstytucyjnym modelem KRS, który ma zapewniać równowagę między władzami; o obsadzeniu organu ludźmi powiązanymi z jedną stroną sporu politycznego/ sędziowskiego”. A to było tylko wzmocnienie wcześniejszych słów Pana Andrzeja Dudy (PAD-a), czyli „dudnienia z głębi glinianego dzbana”. I ruszył znów do walki PKN, wzmacniając bokserską pięść nową bronią – swoją kontrpropozycją ustawy o sądownictwie i wymachując przy tym karami długoletniego więzienia za kwestionowanie struktur neo w sądownictwie, stanął w szeregu autorytarnych „ciepłych ludzi” z dyrektorem sowchozu – Aleksandrem Łukaszenką na czele (…). JANUSZ

Idź do oryginalnego materiału