„W obronie »chłopców« z Pomorza”
Potrzeba nam dobrej spowiedzi…
Odnosząc się do listu Pani Stefanii Koziarowskiej pt. „W obronie chłopców z Pomorza” (ANGORA nr 3) pozwalam sobie nawiązać do niego i rozszerzyć o temat, niestety, bardzo niepopularny w Polsce. Dotyczy on nie tylko terenu przedwojennego Pomorza, ale też Górnego Śląska oraz wszystkich przedwojennych terenów Polski zamieszkanych przez potomków kolonistów niemieckich, którzy przez wieki przybywali do Polski.
Podczas drugiej wojny światowej hitlerowcy uważali ich za Niemców i zmuszali nie tylko do służby w Wehrmachcie, ale też do podpisania Niemieckiej Listy Narodowościowej, tzw. folkslisty, pod groźbą wysłania (często z rodziną) do obozu koncentracyjnego. W celu uniknięcia represji np. na Górnym Śląsku bp Adamski namawiał osoby zagrożone do podpisania folkslisty. I wiele osób tak robiło. Wśród nich byli potem i tacy, którzy niszczyli Polaków, ale byli też tacy volksdeutsche, którzy pomagali Polakom na różne sposoby, ocalając im życie i niejednokrotnie chroniąc ich przed wysyłką do obozów koncentracyjnych.
Niestety, od 1944 r. władze w Polsce więziły w dawnych pohitlerowskich obozach wiele osób narodowości niemieckiej, a także tych, którzy podpisali folkslistę. W owych obozach byli więzieni m.in. volksdeutsche, którzy przed sądem mieli przejść postępowanie rehabilitacyjne, podczas którego albo uznano ich winę wobec narodu polskiego i wymierzono karę pozbawienia wolności, albo byli oczyszczeni z zarzutów i uwalniani. Wielu nie doczekało procesu, bo warunki dla Niemców w tych obozach były bardzo ciężkie i wiele osób umierało z powodu niedostatecznego żywienia, braku opieki lekarskiej oraz z powodu bardzo złego traktowania ich przez obozowych strażników. Postępowanie tych, którzy zmarli przed rozprawą sądową w Specjalnych Sądach Karnych, było umarzane.
Jak pisałem, wśród volksdeutschów było wielu takich, którzy pomagali Polakom. To są fakty zapisane w protokołach przesłuchań zarówno samych volksdeutschów, jak i w zeznaniach świadków (np. sąsiadów) świadczących na ich korzyść w placówkach Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego podczas prowadzonych śledztw. Te akta można znaleźć w Instytucie Pamięci Narodowej. W stosunku do volksdeutschów pomagających Polakom podczas wojny, a tym samym działających na szkodę III Rzeszy – którzy ponieśli śmierć w obozach pracy przed rozprawą sądową – nie ma w tej chwili możliwości przeprowadzenia postępowania rehabilitacyjnego. Uważam, iż jest to niesprawiedliwe i krzywdzące te osoby (oraz ich rodziny), które co prawda z powodu swojego niemieckiego pochodzenia były zmuszone przez hitlerowców do podpisania Niemieckiej Listy Narodowościowej, ale ponieważ nie krzywdziły Polaków, to nie uciekły na Zachód razem z wycofującym się Wehrmachtem, bo uważały, iż skoro nic złego nie zrobiły, to nie muszą się obawiać o swoje bezpieczeństwo.
Niestety, po wojnie zostali uwięzieni i wielu z nich nie doczekało się rehabilitacji. A teraz ich potomkowie nie mogą doprosić się sprawiedliwości, ponieważ istnieje luka prawna, która powoduje, iż nie ma możliwości ubiegania się o rehabilitację osoby pochodzenia niemieckiego uwięzionej po drugiej wojnie światowej w obozie pracy, która w nim poniosła śmierć jeszcze przed postępowaniem sądowym. Dziwię się, iż posłowie i posłanki na Sejm ze Śląska nie poruszają ww. sprawy w celu stosownego uzupełnienia obowiązującego prawa w Polsce. Podobnie dziwi mnie milczenie środowisk ewangelickich. A tego przecież wymaga elementarne poczucie sprawiedliwości. Hitlerowcy podczas wojny czynili okropne zbrodnie Polakom i Żydom, zakwalifikowane prawnie jako zbrodnie przeciwko ludzkości, ale, niestety, po zakończeniu wojny obydwa narody rewanżowały się często niewinnym osobom pochodzenia niemieckiego. Niestety, Niemcy, Polacy i Żydzi są narodami, które potrzebują dobrej spowiedzi. A ta nie może się dokonać bez uznania własnych win, szczerego żalu za nie, mocnego postanowienia poprawy i zadośćuczynienia. Nie można być bezwzględnymi strażnikami, dla których pojęcie współczucia, litości, pokory, grzechu czy potrzeby zadośćuczynienia za popełnione winy są czymś niezrozumiałym i obcym.
Dopiero teraz zrozumiałem, dlaczego w 1966 r. polscy biskupi wystąpili, po latach od zakończenia drugiej wojny światowej, z orędziem do biskupów niemieckich, w którym zawarto zdanie: „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, co wywołało furię ówczesnych władz Polski. Teraz dopiero rozumiem sens tego apelu. Z poważaniem SPRAWIEDLIWY
„Dokumenty zaprzeczają”
Jaruzelski – bohater czy zdrajca?
W numerze 50/2025 ANGORY wydrukowano mój list pt. „Stan wojenny”, w którym stwierdzałem, iż Jaruzelski był bohaterem, a pan Kukliński zdrajcą ojczyzny. Byłem pewny, iż moja opinia będzie źle przyjęta i nie pomyliłem się. W ANGORZE nr 4 pan Sławomir w liście pt. „Dokumenty zaprzeczają” przedstawił swoją wersję wydarzeń i jego ocena była wręcz przeciwna – to Jaruzelski był zdrajcą, a Kukliński bohaterem, co starał się udowodnić, podając szereg uzasadnień i „niby to faktów”. Piszę: niby to faktów, bo ujawnione przez Władimira Bukowskiego dokumenty, iż Rosjanie nie planowali interwencji w Polsce, przyjmuję jako farsę.
Gdyby po wojnie zapytano Hitlera, czy chciał wojny z Polską, z pewnością orzekłby, iż nie, tylko… tak wyszło. Jednak argumenty o zmianie władzy w Związku Radzieckim i o toczonej wojnie w Afganistanie są prawdziwą przyczyną, dlaczego do interwencji nie doszło. Tu chcę podkreślić, iż w tym jednym momencie naszej historii, Polacy ponad wszelkimi podziałami wykorzystali maksymalnie sytuację i wyzwolili się z opieki naszych wielkich sąsiadów. I chwała im za to! Na koniec odniosę się do zdania, jakoby Jaruzelskiego do rozmów z opozycją zmusiła zarówno fatalna sytuacja gospodarcza kraju, jak i warunki geopolityczne. Na pewno nie!
Czy dzisiaj w Korei Północnej, gdzie rządzi tyran Kim Dzong Un, sytuacja gospodarcza jest dobra, czy Łukaszenka przejmuje się tym, czy jego obywatele mają co jeść? Na pewno nie! I co? Świat ich potępił, a oni rządzą dzięki kija, zaś cała reszta się przygląda i nic nie robi. Tyle polityki. Chciałem, panie Sławomirze, podziękować panu. Czytałem pański list z podziwem, bo dzisiaj niezwykle rzadko się zdarza się dyskutować, wymieniać poglądy w sposób kulturalny. Wiem, iż ja pana nie przekonałem, a pan nie przekonał mnie, ale zachowam ten list jako relikt przeszłości, kiedy ludzie, choćby nie zgadzając się, potrafili z sobą rozmawiać, a choćby zachować wobec siebie szacunek. WŁADYSŁAW GÓRNY
Przerzuciłem „Angorę”
Każdy poniedziałek zaczynam, a jakże, od przerzucenia ulubionego tygodnika. „Angora” ma kilka zalet, a należy do nich bardzo wyrazista, niezwykle śmiała i aktualna okładka. Wczoraj się działo, dziś jest na pierwszej stronie – taka od lat obowiązuje tu zasada. Drugą zaletą jest ukazywanie się w poniedziałek, co zapewnia lekturę na cały tydzień. Czytam w ciągu tygodnia wszystko z wyjątkiem „Angorki”, choć czasem tamtejsze żarciki też mnie zainteresują. Zaglądam do numeru 4. Okładka, jak zwykle, aktualna i wstrząsająca. Wiem, iż żadna władza, tym bardziej autorytarna czy wyznaniowa, swoich przywilejów nie odda bez rewolucji.
Tak sobie myślę, iż choćby immunitetu, który budzi powszechny wstręt, nasi parlamentarzyści nie oddadzą dobrowolnie. Wystarczy popatrzeć, co się dzieje w sprawie wynagrodzenia Ziobry czy innego członka tej złodziejskiej paczki. Jak może być posłem i pobierać wynagrodzenie ktoś, kto uciekł za granicę? Przecież ta sprawa powinna być załatwiona jednego dnia. Do tego chyba nie potrzeba – jak w Iranie – rewolucji i bratobójczej walki. Swoją drogą, zawsze mnie zastanawia, skąd biorą się obrońcy takiego reżimu. Mówi się: „Chomeini to, Chamenei tamto”, a przecież jego trwanie wynika z tego, iż są tysiące wiernych mu sług, którzy gotowi są bić i zabijać, by tylko trwał reżim. Wierzę, iż rewolucja w Iranie się nie zatrzyma i strąci tyranów z piedestału.
Jak mam w zwyczaju, zaraz po obejrzeniu okładki (i tych alternatywnych) – bardzo często po to, by zmienić nastrój – zaglądam na ostatnią stronę „Angory”. Dziś znajduję tam równie aktualne tematy, bardziej polskie, choć trochę polsko-węgierskie. I jak tu się przestać denerwować! Jedynym sposobem – i czynię to w następnej kolejności – jest wyszukanie stron z dowcipami, anegdotami i sucharami, co przenosi mnie znów na początek numeru. Jednak humor zdecydowanie poprawia. Idę więc dalej od początku. „Fotoplastykon” jest tym razem cały na czerwonym dywanie, więc mogę podziwiać kreacje wiecznie młodych pań i dalej przystojnych panów w mniej wyszukanym niż u pań odzieniu.
Najwyższa już pora zobaczyć, o czym napisali stali komentatorzy: Skiba, Martenka, Pietras, Ogórek czy Andrus. Na lekturę przyjdzie czas później. W poszukiwaniu ciekawych treści trzeba lecieć dalej. Dla Trumpa, na jego ultimatum o wyjściu z NATO, w przypadku gdy nie dostanie Grenlandii, mam jedną odpowiedź: „A wychodź”. I wzruszenie ramion. Nie takie rzeczy u nas ludzie opowiadają w zakładach psychiatrycznych, bym miał brać na poważnie takie słowa. Dalej jest w „Angorze” dużo o Ziobrze. To wyjątkowa kreatura, więc zasługuje na miejsce w poczytnym tygodniku. Podobnie jak drugi niesławny „bohater” ostatniego czasu, czyli Hołownia. Nie mówiąc już o lekturze tekstu o królu kiboli, niejakim Nawrockim.
Dalej jest trochę łagodniej, choć tekst „Kręcim pornola” znów podnosi ciśnienie. Niezdrowo podnosi. Jeszcze tylko kilka tytułów drobniejszych informacji i mogę oddać się pierwszemu tekstowi, przy którym od zawsze zatrzymuję się na dłużej, czyli „Zagadce kryminalnej”. Widząc, iż jest to już niemal 900. zagadka, zastanawiam się, ile czasu spędziłem na czytaniu tekstów p. Wojciecha Chądzyńskiego, a potem na myśleniu nad rozwiązaniem. Należę do entuzjastów zagadek tego typu i rozwiązywałem już te w „Przekroju”. Przeczytałem, znam – w moim przekonaniu – rozwiązanie, więc muszę lecieć dalej, znacznie dalej. Teraz przenoszę się analizować rubrykę „Ludzie listy piszą”. Czytam listy, w których wyrażane poglądy „…nie zawsze są zgodne z poglądami redakcji” i moimi, więc wybieram te, które zasługują na ewentualną polemikę. Jednak to już będzie następny list. ANDRZEJ ZAWADZKI
Monopoly
Obawą i strachem żyją mieszkańcy połowy świata, zatrwożeni poczynaniami prezydenta USA D. Trumpa. Po wskrzeszeniu XIX-wiecznej doktryny Monroe’a z jej jednoczesną aktualizacją na doktrynę Donroe’a, jej przesłanie brzmi: „Nikt więcej nie będzie kwestionować amerykańskiej dominacji na półkuli zachodniej” i więcej, że: „Półkula zachodnia jest nasza”. Przy tym chorym rozumowaniu jasne staje się ogłoszenie, iż USA będą rządzić Wenezuelą po porwaniu i usunięciu ze stanowiska fałszerza wyborów prezydenckich w tym kraju.
Po Wenezueli, gdzie D. Trump zainwestował w największe na świecie złoża naftowe, strach zawisł nad Grenlandią – autonomicznym terytorium Królestwa Danii, którą, jak grozi, przejmie w sposób pokojowy lub siłowy, bo ponoć „jest otoczona przez chińskie i rosyjskie statki” gotowe zająć wyspę. Kładąc na szali przyszłość NATO i relacje z Zachodem, twierdzi, iż „nie potrzebuje prawa międzynarodowego”. Gołym okiem widać, iż ślini się do tamtejszych węglowodorów, metali ziem rzadkich i uranu, a cały ten pic na wodę z obroną terytorium USA to tylko pretekst.
Nie może spać spokojnie premier Kanady, pieszczotliwie nazwany przez D. Trumpa gubernatorem (kolejnego stanu USA), bo położenie geograficzne pomiędzy Alaską a Grenlandią, ze strategicznego punktu widzenia, aż krzyczy (głosem Trumpa) o realizację sugerowanej wcześniej wizji likwidacji biegnącej w poprzek kontynentu granicy. Po aneksji Grenlandii do anschlussu Kanady prawo też nie będzie D. Trumpowi potrzebne. „Prawem” jest sama „Strategia bezpieczeństwa narodowego USA”, której tłumaczenie zmienionej doktryny oznacza: „przywrócenie amerykańskiej dominacji na półkuli zachodniej oraz ochronę ojczyzny i dostęp do kluczowych obszarów geograficznych w całym regionie”.
Ściema o bezpieczeństwie maskuje prawdziwe potrzeby USA, które wynikają dziś z tablicy Mendelejewa, a wspólnym mianownikiem tego łakomstwa są surowce naturalne. Sytuacja prawna staje się tak irracjonalna jak we śnie, pozwolę więc sobie na nieco surrealizmu. W mojej wyobraźni widzę D. Trumpa jako Wuja Scrooge grającego w grę „Monopoly”, w której gracze handlują państwami, budując, kupując i sprzedając ich własność. Przy stoliku siedzą jeszcze: car Rosji – spadkobierca komunizmu – W. Putin i naczelny komunista Chin – Xi Jinping. Celem jest doprowadzenie wszystkich pozostałych graczy do bankructwa. Prawem międzynarodowym – przepraszam – kostką rzuca Wuj Scrooge.
W grze „Monopoly” Wuj wchłonie połowę Meksyku, przesunie granicę USA i Ameryki Środkowej na zwrotnik Raka, Zatoka Meksykańska będzie Amerykańska, a swojemu kontynentowi Ameryki Północnej Wuj Scrooge nada nazwę Trump land. Czy to możliwe tylko we śnie i czy prawo międzynarodowe może mieć w d… tylko rzucający kostką? Takie pytanie na jawie zadają sobie również obywatele półkuli wschodniej, nie wiedząc, czy obok prawa międzynarodowego zmieści się tam… jeszcze ich prezydent lub premier, zabiegający o atencję dobrodzieja. Co odpuści sobie D. Trump, co i na kim wymusi, co zwasalizuje i na co pozwoli Chinom i Rosji?
O tym, iż gra toczy się o zasoby naturalne Arktyki, której status prawny nie jest w pełni uregulowany, to prezydent USA już dał światu znać. Co jeszcze leży na stole przykryte obrusem? Kiedy D. Trump pozwoli rzucić kostką kolejnemu graczowi i kto nim będzie? JANUSZ G.
Brunatna czy może już czarna?
Jasna Góra widziała w swojej historii wiele. Przede wszystkim miliony pielgrzymów, którzy przybywali tam dla religijnych przeżyć – z podziękowaniami czy z nadzieją, często choćby w bardzo konkretnych sprawach. Widziała też papieży, królów, prezydentów, najeźdźców, generałów, a choćby Hansa Franka. Tego ostatniego paulini przyjęli w czasie wojny bez entuzjazmu i – co dziś wydaje się szczególnie pouczające – bez robienia z tego wydarzenia tożsamościowego happeningu. Nie było zdjęć, transparentów ani opowieści o „historycznym spotkaniu”. Nie było choćby rac. Był okupant, była konieczność, był wstydliwy epizod, który najlepiej przemilczeć. Dawniej Kościół wiedział, kiedy milczenie jest cnotą. Dziś najwyraźniej ta wiedza się skończyła…
Wizyta urzędującego prezydenta na Jasnej Górze w towarzystwie kiboli pokazuje, jak bardzo zmieniło się rozumienie sacrum. Przywódcy PRL trzymali się od tego miejsca z daleka – i dzięki temu Kościół zyskiwał autorytet. Był niezależny, był „gdzie indziej”, był punktem odniesienia, a nie dekoracją. Dziś Jasna Góra coraz częściej przypomina scenę eventową. Od czasu rządów PiS związek Kościoła z polityką przestał być subtelną grą półcieni, a stał się relacją oficjalną, niemal facebookową. Pamiętamy tańce polityków tej partii pod klasztorem, przemówienia brzmiące jak partyjne exposé i nabożeństwa, z których aż kapała bieżąca polityka. Brakowało tylko konfetti. Na tym tle obecność kiboli jest już tylko logicznym dopełnieniem obrazu.
Skoro Jasna Góra ma być miejscem manifestacji „naszych”, to czemu nie zaprosić środowisk, które z manifestacji uczyniły styl życia? Skoro sacrum ma legitymizować politykę, to niech robi to w pełnym składzie – z flagami, hasłami i oprawą rac. W kontekście ostatniej wizyty prezydenta Nawrockiego na Jasnej Górze, znając jego nie do końca – notabene – jasną przeszłość, można zapytać, kto – jaka grupa – będzie następny? Kogo prezydent powita swoim słynnym „Czołem”? Narodowców? Uciekinierów na Węgry? Sutenerów? Seksworkerki? A może wyłudzaczy mieszkań od osób starszych? Zwłaszcza tych ostatnich zebrałaby się tam pewnie spora grupa.
Kościół, który kiedyś nie potrzebował władzy, by być silny, dziś wygląda na takiego, który bez niej nie potrafi funkcjonować. A historia – także ta jasnogórska – uczy, iż gdy ołtarz zbyt blisko przysuwa się do tronu, to prędzej czy później ktoś zapyta, kto tu komu naprawdę służy. I odpowiedź rzadko bywa budująca. I nie jest argumentem odpowiedź, iż każdy ma prawo przyjść się modlić. Że to takie miejsce. Modlić się tak, manifestować swoje poglądy, zwłaszcza – jak w przypadku kiboli – niemające nic wspólnego z nauką Kościoła, zdecydowanie nie. W internecie już trwa w najlepsze dyskusja, czy Jasna Góra to już czasem nie jest brunatna lub może choćby czarna? NARCYZ WASZKIEWICZ
Ohyda
Mam swoje lata, ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek używał tego określenia. Okazało się, iż na wszystko przychodzi kiedyś odpowiedni czas. Niestety. Ohyda nr 1 – Prezydent i jego Pałac. To, co tam się dzieje, kilka ma wspólnego z normalną prezydenturą. Weto za wetem, przy każdej okazji Pan Prezydent ma swoje zdanie. Tego rodzaju postępowanie to swoiste kuriozum.
Sytuacja oczywista – o żadnej współpracy z rządem nie ma mowy. Współczuję Tuskowi, współczuję wszystkim przedstawicielom rządu RP. Nikt nie oczekiwał weta za wetem, oczekiwaliśmy lepszej lub gorszej współpracy obu organów. Dziś, niestety, nie ma żadnej. Szkoda, wielka szkoda. Ohyda nr 2 – Partia polityczna o jakże pięknej nazwie Prawo i Sprawiedliwość. To tak jakby przestępców nazwać nadzieją narodu. Co Kaczyński i jego ekipa mogą mieć wspólnego z prawem i sprawiedliwością?
Kompletnie nic, z tym trudno się nie zgodzić. Robią, co chcą – w interesie członków i ewentualnie sympatyków partii. I mają nadzieję, iż od 2027 r. znów będą rządzić. Przypomnijmy – stare polskie przysłowie mówi, czyją matką jest nadzieja. Ohyda nr 3 – Grzegorz Braun i jego ekipa. O tym naprawdę aż wstyd pisać – ale, niestety, ma przecież wielu sympatyków. Co nimi kieruje? Pojęcia nie mam. Nie zgadzam się np. z poglądami Panów Bosaka i Mentzena – ale są to normalni politycy, z którymi można się zgadzać lub nie, ale których powinno się traktować normalnie, z należytym szacunkiem. Ale jak traktować Pana Brauna? Ponarzekałem, ponarzekałem… A dla Redakcji ANGORY – serdeczne życzenia wszystkiego najlepszego. KRZYSZTOF WAŚNIEWSKI

2 godzin temu













