Lewicki: Przegrywają, bo są Niemcami.

10 godzin temu

Niemcy, jako naród, mają o sobie wysokie mniemanie, a choćby więcej – chyba zawsze takie mieli. Kiedyś, także z tego powodu, wywołali dwie wojny światowe, w wyniku czego zginęły dziesiątki milionów ludzi zaś Europa obróciła się w ruiny i definitywnie straciła pierwszą pozycję w świecie. Ale to wszystko nie zmieniło zasadniczo ich mentalności i tego urojenia wyższościowego w stosunku do innych, szczególnie do mieszkańców państw położonych na wschód od ich kraju.
I nie jest to tylko moja subiektywna ocena, ale dostrzegają to także niektórzy przytomni Niemcy jak choćby pisarz, publicysta i podróżnik Klaus-Jürgen Gadamer, który w jednym ze swoich ostatnich tekstów ujął to następująco: „Niemcy, zaślepione wyimaginowaną wyższością moralną, nie rozumieją świata. A jednak właśnie z tego powodu uważają, iż muszą wszystkich pouczać”. To ich poczucie „wyższości moralnej” jest szczególnie absurdalne gdy odniesie się ją do odpowiedzialności Niemców za masowe zbrodnie i ludobójstwo w przeszłości, dla którego trudno znaleźć odpowiednik w historii ludzkości.

Pomimo tych zaszłości Niemcy mają jednak dobre samopoczucie i uważają swoje państwo za „moralne mocarstwo” (niem. Moralmacht), i z wyżyn tej uroszczonej pozycji żądają dla siebie udziału w decydowaniu o sprawach świata. Są przy tym pełni kompleksów i uroili sobie, iż osiągnięcia w innych dziedzinach mogą im zrekompensować, brak rzeczywistej potęgi. Do niedawna uważali swoją gospodarkę, a szczególnie wielkość eksportu swojego przemysłu, jako takie narzędzie dla wywierania wpływu. Ostatnio jednak z niemiecką gospodarką jest coraz gorzej i nie jest to tylko koniunkturalne zachwianie ale kryzys systemowy. Także w innych dziedzinach Niemcy zachowują się w sposób daleki od racjonalności, iż przypomnę tylko nagłówki w niemieckiej prasie po wyborze kardynała Ratzingera na stolicę piotrową: „Jesteśmy papieżem!”.
Tkwi w nich taka potrzeba ciągłego udowadniania innym, a jeszcze bardziej sobie, iż nazizm i jego zbrodnie to był przypadek, za który odpowiadają nie Niemcy, ale jacyś naziści. Tak się składa, iż tylko zbrodniami tych nazistów chcą Niemcy podzielić się i innymi, w tym także z nami. Tego rodzaju narrację zdają się Niemcy usilnie promować nie szczędząc pieniędzy na granty i nagrody dla osób i środowisk chętnych działać zgodnie z ich oczekiwaniami. Jest to polityka realizowana z żelazną konsekwencją i Niemcy mają w tym ostatnio szczególnie duże osiągnięcia na terenie Polski.
Nie wszystko jednak idzie zgodnie z ich planami i ambicjami. Takim celem, na którego osiągnieciu szczególnie im zależy, jest pozycja stałego członka w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Kanclerz Gerhard Schroeder, w tej chwili na żołdzie prezydenta Putina, ujawnił takie niemieckie ambicje już w roku 2005. Wtedy nic z tego nie wyszło, zaś od tego czasu pozycja Niemiec uległa degradacji i pomimo podtrzymywania tych starań przez kolejnych kanclerzy wątpliwe jest uzyskanie pożądanego rezultatu. Jako pewien surogat stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa Niemcy wielokrotnie uzyskiwały funkcję niestałego, na okres dwóch lat, członka RB ONZ. Powtarzało się to, do tej pory, sześć razy, średnio z przerwą siedmiu lat po zakończeniu poprzedniej kadencji. Ostatnio Niemcy pełniły taką funkcję w latach 2019-2020 i miały nadzieję na ponowny wybór na okres 2027-2028. Tym razem sprawy nie poszły jednak gładko, chociaż Niemcom bardzo na tym zależało, gdyż dałoby im to możliwość jakiegoś przeciwstawiania się polityce Donalda Trumpa na forum ONZ i prezentowania się tam jako główne państwo Unii Europejskiej. Niemcy zrobiły wszystko, co tylko mogli, by dobić swego. Uruchomili choćby nowo wybranego premiera Węgier Pétera Magyara, który oświadczył, iż poprze niemiecką kandydaturę. Zwracali uwagę, iż są drugim największym płatnikiem na potrzeby ONZ, czyli domyślnie, według nich, ta pozycja im się należy.
O dwa miejsca w RB, przypisane państwom europejskim, rywalizowały trzy państwa: Niemcy, Austria i Portugalia. Wybór dwóch został dokonany w wyniku głosowania. I oto okazało się, iż Portugalia uzyskała 134 głosy, Austria 131, zaś Niemcy tylko 104 i to Niemcy zostały wyeliminowane. Co najciekawsze, jak ujawnił znany portal Politico, Austriacy zastosowali prostą metodę na pokonanie Niemców. Wysoki rangą austriacki dyplomata tak zachęcał delegacje innych państw na poparcie Austrii: „Głosujcie na nas właśnie dlatego, iż nie jesteśmy Niemcami”. Tyle niemieckich starań, zabiegów, wielkich pieniędzy i wszystko to poszło w piach, a to dlatego, iż oni są jednak Niemcami.
Szef niemieckiego MSZ musiał przyznać, iż doznał „dotkliwej porażki”. „Sueddeutsche Zeitung” napisała, iż „skala porażki jest tak duża, tak wyraźna i tak bolesna, iż nie da się jej niczym przykryć” zaś Republika Federalna musi jako kraj przyjąć do wiadomości, iż otrzymała od wspólnoty międzynarodowej „wotum nieufności”. To straszne i na pewno wielu ministrów rządu Donalda Tuska, jak i on sam, dzieli ten ból i upokorzenie oraz serdecznie współczuje swoim niemieckim przyjaciołom.

Stanisław Lewicki

Idź do oryginalnego materiału