Unia Europejska, gdzie przewodnią rolę uzurpują sobie Niemcy, prowadzi wiele, na szeroka skalę zakrojonych, działań, z których każde można przyrównać do kampanii wojennej, choć oczywiście, jak na razie, z wojnami w klasycznym znaczeniu nie mają one wiele wspólnego. Chodzi mi tu o wielkie projekty polityczne, społeczne, a choćby gospodarcze, których realizacja angażuje olbrzymie środki i generuje jednocześnie wielkie napięcia i konflikty polityczne. Aż się nie chce wierzyć, iż Unia Europejska, która jest przecież, jak do tej pory, tylko organizacją międzynarodową, a nie żadnym państwem, może wprowadzić swoich członków w tak wielki stan napięcia.
Jakież to zatem „wojny” prowadzi Unia Europejska? Jest ich wiele i obejmują one różne dziedziny. Po pierwsze chodzi o samo oblicze Unii, której klasa polityczna, najczęściej nie pochodząca z wyborów, oraz otaczające ją masy biurokratów postanowiły przekształcić Unię w państwo federacyjne. Z uwagi na to, iż takie zmiany mogą się odbyć tylko za cenę degradacji znaczenia państw członkowskich, z których wiele, jak Polska, ma za sobą ponad tysiąc lat historii, to musi to budzić wielkie napięcia i konflikty. Innym wielkim wyzwaniem, realizowanym niejako równolegle, jest próba zbudowania jakiejś istotnej siły militarnej, która byłaby w stanie zapewnić realizację geopolitycznych celów UE. Z tym jest chyba najgorzej, gdyż żadnej armii europejskiej nie ma, choć już od bardzo dawna podejmowano różne wysiłki by stworzyć choćby jej namiastki. Ta próba budowy jakiejś wspólnej siły zbrojnej jest też związana z sytuacją na wschodnich granicach Unii, gdzie trwa intensywny konflikt na Ukrainie. Z innych wielkich projektów unijnych, wysysających potężne środki, jest uparcie realizowany program przyjmowania wielkich mas imigrantów i to bez względu na konsekwencje, szczególnie jeżeli chodzi o zagrożenia dla bezpieczeństwa czy przeciążenie systemów socjalnego zabezpieczenia i ochrony zdrowia.
Jakby tego wszystkiego było mało to mamy jeszcze wielki, angażujący astronomiczne środki, program transformacji energetycznej, związanej z celem dekarbonizacji gospodarki. Już realizacja tylko jednego z tych wielkich programów, czyli dużego zwiększania wydatków na zbrojenia, transformacji energetycznej czy przyjmowania mas migrantów, wymaga olbrzymiego zaangażowania środków i budzi wielkie napięcia polityczne mobilizując masy ludzi nie widzących sensu w ponoszeniu takich ofiar, które powodują nie tylko spadek poziomu życia, ale także, jak w przypadku migrantów, pogorszenie bezpieczeństwa w miejscach zamieszkania. Pogorszenie nastrojów społecznych widać w prawie każdym kraju Unii, iż przytoczę tylko przypadek Niemiec, gdzie, jak podaje Deutsche Welle, w latach 2020-2025 inflacja wyniosła łącznie 21,8 proc., a dochody wzrosły tylko o 11 proc. Jak widać niezadowolenie ludzi ma realne przyczyny.
Można by to podsumować następująco: UE prowadzi jednocześnie przynajmniej trzy wielkie wojny, a nie jest pewne czy posiada środki na prowadzenie choćby jednej. A na dodatek wielu ma wątpliwości nie tylko co do sposobu ich prowadzenia, ale także i sensu. Spójrzmy bliżej na transformację energetyczną. Niemcy narzucili tu bardzo radykalne cele, i aby też dać przykład innym, doprowadzili do całkowitej likwidacji u siebie energetyki jądrowej, jak i nie ustawali w wysiłkach by inne państwa skłonić do tego samego. W efekcie tych działań zniszczono całkowicie wszystkie jądrowe elektrownie w Niemczech o potężnej łącznej mocy prawie 22 GW. Te elektrownie wyprodukowały w 2000 roku ok. 170 TWh energii, co dawało Niemcom czwarte miejsce w świecie; po USA, Francji i Japonii. W tym samym roku 2000 w Chinach energetyka jądrowa wytworzyła tylko 17 TWh energii. I minęło 24 lata, kiedy to w Niemczech przestała zupełnie funkcjonować energetyka jądrowa, zaś w Chinach elektrownie jądrowe wytworzyły aż 450 TWh. Czyli w 2000 roku Niemcy wygrywały z Chinami 170 do 17, zaś w 2024 roku przegrywały 450 do zera. Należy oczekiwać, iż także w innych dziedzinach przemysłu i biznesu, w tym w produkcji samochodów, wynik konkurencji między Chinami a Niemcami będzie wyglądał podobnie. Dlaczego Niemcy to zrobili? Próżne jest poszukiwanie racjonalnej odpowiedzi na takie pytanie, tak samo jak nie da się wytłumaczyć rozpętania przez nich dwóch wojen światowych. Być może w Niemczech, w razie zderzenia rozumu z głupotą, zawsze wygrywa ta druga. W przypadku elektrowni jądrowych, cała rzecz opierała się na ideologicznie rozumianej ekologii, którą w Niemczech, chyba nie pierwszy raz w historii, streszczono do trzech haseł: Nie ma Planety B. Ochrona klimatu jest jedyną opcją. Energia jądrowa nie jest rozwiązaniem.
W 2011 roku kanclerz Angela Merkel podjęła ostateczną decyzję o likwidacji elektrowni jądrowych i ta decyzja została z niemiecką żelazną i totalną, bez oglądania się na cokolwiek, konsekwencją wykonana do roku 2023. I oto nie minęły trzy lata i obecny kanclerz Merz przyznał: „Rezygnacja Niemiec z energetyki jądrowej była poważnym błędem strategicznym. Kraj ten przeprowadza najdroższą transformację energetyczną na świecie, której nie da się już dofinansować z budżetu. Nie znam innego kraju, który przeprowadziłby wszystko tak skomplikowanie i kosztownie jak Niemcy”. Zaraz też Ursula von der Leyen, powtórzyła za nim podobne stwierdzenia. Ale cóż z tego skoro elektrowni jądrowych już w Niemczech nie ma i perspektywy ich odbudowy są wyjątkowo słabe, gdyż utracono zdolności budowy reaktorów jak i zerwane zostały łańcuchy dostaw. To tylko taki niemiecki płacz nad rozlanym mlekiem. Mleko można rozlać przez nieuwagę, ale w tym przypadku Niemcy zrobili to rozmyślnie i z premedytacją.
Skoro, jak twierdzi kanclerz Merz, bogate Niemcy nie stać na sfinansowanie transformacji energetycznej, to odpowiedź na pytanie, czy stać na to Polskę, jest oczywista. Czy, po takich strategicznych błędach, Niemcy mogą dalej przewodzić Europie? A jeżeli jednak będą to dalej robić, to jaki będzie końcowy rezultat?
Stanisław Lewicki

1 dzień temu














