Orbán przegrał w końcu wybory i nie będzie już rządził tak jak i nie będzie miał też wpływu na kształt europejskiej, ale nie tylko europejskiej, polityki. Węgry, za Orbána, grały wyraźnie powyżej swego realnego potencjału. Na 28 państw członkowskich UE, Węgry, pod względem populacji, zajmują 13 miejsce, a pod względem rozmiarów gospodarki dopiero 17.
Jednak znaczenie Orbána było duże i to z wielu względów. Po pierwsze, już w czasach gdy liberalizm zdawał się nie mieć alternatywy i nikt w UE nie odważył się tego kontestować, rzucił on wyzwanie temu przekonaniu o jedynej możliwej drodze i zrobił to skutecznie eliminując wpływy organizacji George’a Sorosa na Węgrzech, czy przeciwstawiając się szkodliwej polityce migracyjnej wtedy gdy nikt inny nie śmiał tego zrobić. Po drugie, usiłował równoważyć zależność od Brukseli poprzez szczególne stosunki z innymi państwami, nie zważając choćby na to, iż może to nie być w zgodzie z interesami UE jako całości. Do tych ośrodków, z którymi Orbán ustanawiał bliskie relacje należała Rosja, Chiny, Izrael, USA, a choćby Turcja, czy Indie.
W praktyce polegało to na tym, iż za jakieś korzyści zapewniał on tym krajom to na czym im zależało w relacjach z UE. Rosja mogła liczyć na blokowanie przez Węgry finansowego wsparcia dla Ukrainy, Chiny na udostępnienie Węgier jako bramy do gospodarczej ekspansji do UE, zaś Izrael na blokowanie przez Węgry unijnych sankcji przeciw temu krajowi. Z kolei prezydent Trump, który także upodobał sobie w Orbánie, mógł liczyć na jego działania przeszkadzające w budowaniu przez brukselskie elity federalnego państwa. Na dodatek, także jeżeli chodzi o duże państwa UE, jak Niemcy, to często Orbán zajmował stanowisko, które było faktycznie zgodne z interesem Niemiec, jak odmawianie Ukrainie przyspieszonego członkostwa w UE, ale Niemcom nie wypadało akurat tego publicznie głosić. Wszystkie te działania Orbán prowadził jednocześnie i przypominało to balansowanie na linie z jednoczesnym żąglowaniem wielu piłkami. I, co najdziwniejsze, dzięki wyjątkowemu sprytowi, udawało mu się to przez bardzo wiele lat. W sumie był premierem przez 20 lat, z tego nieprzerwanie do dziś przez lat 16.
Trudno zaprzeczyć, iż ten szeroki front polityki Orbána względem o wiele poważniejszych graczy przynosił Węgrom konkretne korzyści. I tak, ocenia się, iż Chiny lokowały ostatnio na Węgrzech aż ok. 30-40 proc. wszystkich swoich inwestycji w UE, a szczególnie wielkie fabryki samochodów i baterii do nich. Rosja zapewniała tanie dostawy ropy i gazu oraz rozbudowę elektrowni jądrowej. Nazywano go dyktatorem i oskarżano o najgorsze rzeczy, ale te ostatnie wybory pokazały, iż nie było to prawdą zaś Orban natychmiast uznał wynik wyborów i pogratulował zwycięzcy. Bardziej chyba zgodnie z prawdą, inni nazywali system Orbána demokracją nieliberalną. Jednak pomimo tych jego wysiłków, węgierska gospodarka, jako całość, nie rozwijała się najlepiej. A najbardziej widzieli to Węgrzy porównując się z sąsiednią Rumunią. 16 lat temu, gdy Orbán, po raz drugi, został premierem, Węgrzy zarabiali średnio prawie dwa razy więcej niż Rumuni ( 800 € do 450 €). Dziś tej różnicy w zarobkach prawie już nie ma (2 080 € do 1939 €). Było oczywistym, iż tego rodzaju względna degradacja statusu materialnego, w stosunku do pogardzanego sąsiada, musi powodować niezadowolenie, które skieruje się przeciwko rządowi. Bardziej też zauważalna stawała się korupcja związana z powstawaniem oligarchii władzy.
Stąd nie tyle dziwi, iż Orbán w końcu przegrał, ale to, iż udało mu się nieprzerwanie rządzić aż 16 lat. To bardzo długo, choć i tak nie pobił on rekordu długości rządów w krajach UE. Należy on do premiera Luksemburga Junckera, który rządził nieprzerwanie przez prawie 19 lat. Tyle co Orbán, czyli 16 lat, sprawowała urząd kanclerza Angela Merkel, a wcześniej Helmut Kohl. Poza Unią Europejską byli i są przywódcy sprawujący władzę dłużej, ale to już inna historia.
Warto też zauważyć, iż Orbán popełnił poważny błąd polityczny, który umożliwi jego konkurentom rozmontowanie systemu politycznego przez niego stworzonego. Otóż ustanowił on system wyborczy, który większość mandatów do parlamentu rozdzielał w okręgach jednomandatowych, na zasadzie większościowej. Skutek tego był taki, iż w ostatnich wyborach partia TISZA, konkurenci Fideszu, zdobyli aż 70 proc. mandatów pomimo tego, iż uzyskali tylko 52 proc. głosów. Tak działa ordynacja większościowa w okręgach jednomandatowych. W wyniku tego TISZA Pétera Magyara nie będzie w realizacji swych politycznych planów podlegać praktycznie żadnym ograniczeniom prawnym, a tam gdzie one są to zostaną usunięte przez zmianę konstytucji. Można z tej sytuacji wysnuć taki wniosek, iż zwykła ordynacja większościowa źle funkcjonuje w systemie demokracji konstytucyjnej, gdyż praktycznie po każdych wyborach konstytucja może być zmieniana, co podważa sam sens jej istnienia jako fundamentu państwa. Wyjścia z tej sytuacji mogą być dwa: albo w kraju w ogóle nie ma konstytucji – jak w Wielkiej Brytanii, albo przeprowadzenie procedury zmiany konstytucji jest skrajnie trudne i długie – jak w przypadku USA.
Wychodząc z polskiego punktu widzenia, można ocenić, iż Orbán często spełniał korzystną dla nas rolę blokując różne szkodliwe pomysły Ursuli von der Leyen. Czy to się teraz zmieni i Węgry wartko popłyną z liberalnym prądem? Sądzę, iż wielu mających takie oczekiwania srodze się zawiedzie, gdyż już pierwsze zapowiedzi Pétera Magyara mogą na to wskazywać, jak choćby ta, iż już od 1 czerwca 2026 unieważni on wszystkie pozwolenia na pracę dla migrantów spoza UE: „Ich napływ zostanie zredukowany do zera. Będziemy pracować nad powrotem etnicznych Węgrów z Europy Zachodniej.” To nie jest podejście liberalne, a jeszcze bardziej narodowe niż miał Orbán, w którego partii Magyar działał przecież przez 15 lat. Niektórzy twierdzą też, iż Orbán był jedyną zaporą przeciw centralizacji Unii. Taka teza ma zasadniczą wadę, gdyż faktycznie Orbán blokował centralizację, ale jednocześnie jego działania były wielkim argumentem za tym by właśnie taką centralizację przeprowadzać, choćby dlatego, by uniknąć blokowania ważnych posunięć UE przez te jego kolejne weta. Teraz tego argumentu już nie ma, a zatem i nacisk na centralizację także straci swoją siłę.
Stanisław Lewicki

1 tydzień temu










