Lewicka o Andrzeju Dudzie. "Aż chciałoby się zapytać: za jakie grzechy?"

1 miesiąc temu
Wiosną przyszłego roku będziemy już na ostatniej prostej przed wyborami prezydenckimi. Za kilka miesięcy, najpóźniej jesienią, partie wyłonią swoich kandydatów i ruszą z nieoficjalną kampanią. Znane są prezydenckie aspiracje marszałka Sejmu i mocna, po pewnym zwycięstwie w Warszawie, pozycja wyjściowa Rafała Trzaskowskiego.


Ucichły też plotki o starcie Donalda Tuska, dziś częściej mówi się o nim jako o premierze na dwie kadencje, tę i jeszcze kolejną. Brakuje oczywistego kandydata PiS – Jarosław Kaczyński będzie go dopiero wyłaniał z grona aspirantów lub z trzeciego szeregu, ale z doświadczeń roku 2015 wiemy, iż i nieznany szerzej opinii publicznej polityk może sięgnąć po najwyższe laury za sprawą instrumentarium marketingu politycznego i trafnemu rozpoznaniu społecznego zapotrzebowania.

Jak zawsze, niewykluczony jest jakiś homo novus, człowiek znikąd, który może i żyrandola ostatecznie nie popilnuje, ale trochę w kampanii namiesza. To wszystko dziać się będzie w cieniu końcówki prezydentury Andrzeja Dudy. A zachowanie głowy państwa w ostatnim czasie dowodzi, iż będzie trudno. Trudniej, niż mogłoby być.

Postawa Dudy


Mało prawdopodobne, wręcz niemożliwe, jest odegranie przez prezydenta jakiejś pożytecznej roli – występować będzie przez te ostatnie miesiące na urzędzie jedynie w charakterze celebranta, krytyka i hamulcowego, na co liczne dowody przyniosły nam ostatnie tylko dni.

Ot, choćby zadziwiająca reakcja na deklarację premiera o woli przystąpienia Polski do projektu, chroniącego europejskie niebo przed atakami rakietowymi. – Projekt kopuły nad Europą to jest biznesowy projekt niemiecki – orzekł Andrzej Duda, by się w ciągu kilkudziesięciu godzin, już ustami swoich współpracowników, z tej pogardy dla European Sky Shield Initiative wycofać. Jest zatem "za", a choćby "przeciw"? I czy to poważna postawa w trudnych, "przedwojennych" czasach?

Zasmucająca jest prezydencka aktywność w obszarze spraw wewnętrznych – nieustanne wspieranie byłych posłów Kamińskiego i Wąsika, poprzez kierowanie uchwalanych bez nich ustaw do Trybunału Konstytucyjnego, ideologiczne obsesje przejawiające się w zawetowaniu pigułki "dzień po" lub zapowiedzi blokowania procesu przywracania w Polsce praworządności.

Głowa państwa dosłownie wyspecjalizowała się w – mających spory ładunek jakiejś osobistej emocji – atakach na ministra sprawiedliwości. Kilka dni temu Duda przekonywał, iż Adam Bodnar "łamie wszystkie reguły", stąd dopiero teraz mamy w Polsce "całkowite bezprawie", co jest klasycznym odwróceniem pojęć i zakłamywaniem rzeczywistości.

Petent czy pożyteczny idiota?


Wreszcie: "prywatna kolacja" z Donaldem Trumpem w jego nowojorskim mieszkaniu. Trudno oprzeć się wrażeniu, by miała ona służyć czemukolwiek innemu, jak tylko dostarczeniu polskiemu prezydentowi przekonania o jego ważności, randze i wpływie. Tylko naiwni mogą sądzić, iż opinie Andrzeja Dudy dotyczące np. wojny w Ukrainie, mogą być istotne dla postrzegania tychże spraw przez kandydata Republikanów na prezydenta USA.

Zresztą, raptem kilkadziesiąt godzin po tej rozmowie, Trump wezwał Europę, by ta dobiła z wydatkami do poziomu finansowania Kijowa przez Waszyngton, co zostało odebrane jako sprzeciw wobec odblokowania Ukrainie kolejnego pakietu amerykańskiej pomocy. jeżeli zatem Duda coś na ten temat mówił, to Trump albo nie słuchał, albo nie zrozumiał, albo jak zwykle trzyma się swego.

Także opowieści o "przyjaźni" między obu panami można włożyć między bajki – to z definicji nierównorzędna relacja, w której polski prezydent występuje albo w roli petenta, albo w roli pożytecznego idioty, tuż obok węgierskiego premiera, saudyjskiego księcia i króla Bahrajnu, dociążającego Trumpa wizerunkowo w chwili startu jego procesu karnego z aktorką porno w tle.

Trump to piewca transakcjonizmu, polityk nieprzewidywalny, dla którego pacta non sunt servanda. Obiecane dziś, nie będzie miało znaczenia jutro. Tym bardziej iż choćby jeżeli nie sam Trump, to na pewno jego otoczenie zdaje sobie sprawę, iż Duda to polityk schodzący ze sceny.

Za jakie grzechy?


"Kulawa kaczka" to wszak anglosaski termin, popularny za oceanem dla opisu polityka, który niedługo opuści urząd, choć przez cały czas go piastuje. Jednak nikt się już z nim nie liczy i nikt się na niego nie orientuje – choćby najbliżsi współpracownicy zaczynają się oglądać za miękkim lądowaniem, kiedy koniec kadencji szefa jest za pasem, a kolejnej nie będzie, bo być nie może lub wybory zostały przegrane. W ten schyłkowy okres wpisane jest też oczekiwanie, by polityk taki nie podejmował ważkich decyzji, skoro zbliża się sukcesja.

Trudno, oczywiście, oczekiwać od Andrzeja Dudy bezczynności przez kolejnych kilkanaście miesięcy, ale już powściągliwość w kreowaniu własnej agendy i ściślejsza kooperacja z rządem byłaby pożądana. Niestety, nie ma na to szans. Prezydentura dla Dudy to nie ten rozmiar kapelusza, co on sam udowadnia, z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy, już od niemal dziewięciu lat.

Nie sprawdziły się też prognozy przychylnych mu komentatorów, iż nadejdzie ten czas, kiedy prezydent – wziąwszy pod uwagę, iż będzie oceniany przez historię – podejmie próbę zatarcia starych grzechów poprzez konstruktywną postawę w drugiej kadencji lub choćby pod sam jej koniec, zgodnie ze starą zasadą, iż zapamiętuje się pierwsze wrażenie lub ostatnie słowo.

Kohabitacja z rządem Tuska jest pełna napięć, których można byłoby uniknąć, gdyby tylko pojawiła się taka wola polityczna prezydenta. Ten jednak jest nieustannie skupiony na celebracji swojej osoby i swego urzędu, co już dawno zyskało komiczny lub – właśnie ze względu na pełnioną funkcję – tragikomiczny wymiar.

Patrząc na urobek tej prezydentury, aż chciałoby się zapytać: za jakie grzechy?


Idź do oryginalnego materiału