Kultura anulowania, bo tak dosłownie można przetłumaczyć coraz bardziej popularny fenomen, jakim jest „cancel culture”, brzmi dla mnie jak oksymoron. Bo co wspólnego z kulturą miałoby mieć anulowanie, unieważnianie? A może idąc dalej, wręcz anihilacja, czy, za Orwellem, „ewaporowanie” pewnych osób z życia publicznego…
Według definicji, cancel culture jest zjawiskiem społecznym, gdzie użytkownicy mediów społecznościowych masowo bojkotują osoby (lub marki czy instytucje) za czyny uznane za nieakceptowalne, jak np. rasizm, seksizm, naruszenie norm społecznych. Cel? Wykluczenie z przestrzeni publicznej i wymierzenie sprawiedliwości za rzekome przewinienia, co często prowadzi do utraty pracy lub reputacji osób będących na celowniku tego samozwańczego wymiaru sprawiedliwości.
Odbieganie od normy w pozornie tolerancyjnych społeczeństwach Zachodu – problem czy szansa? Weronika Kursa
I o ile nietrudno potępić pewne zachowania (jak wspomniany rasizm, seksizm czy nawet, w wypadku niektórych rządów, ludobójstwo), o tyle niestety zjawisko to przybiera bardzo szerokie formy, ponieważ bojkotuje się zachowania, które niekoniecznie muszą być czymś złym (przykłady pojawią się w dalszej części tekstu). Pytanie jakie się nasuwa to, kto decyduje o tym, co jest nieakceptowalne i kogo należy anulować? Kolejne, jak bardzo płynne jest definiowanie tego, co jest niewybaczalne?
Czy cancel culture to istotnie walka o społeczną sprawiedliwość, czy może nowoczesna forma totalitarnego narzucania poglądów?
Czytelnicy, którzy już trochę znają moje przemyślenia z łatwością domyślą się, iż bliżej mi do tego drugiego opisu.
„Demokratyczna” fala nienawiści
Pamiętajmy, zawsze, gdy do akcji wkracza tak zwana „masa”, która, jak w tym wypadku, chce kogoś „anulować”, to robi się niebezpiecznie. Właśnie z tego powodu, iż nie jest wcale takie pewne, czy „masa” lub ci, którzy stoją za narzucaniem „masie” pewnych poglądów, istotnie idą w dobrym kierunku, a konkretnie, czy mają prawo decydować o tym, co miałoby być tym dobrym kierunkiem.
Tygodnik Spraw Obywatelskich
Od 2020 roku odkrywamy niewygodne prawdy i nagłaśniamy historie, które mają moc zmieniać Polskę.
Przekaż darowiznę i stań się naszym współwydawcą
Pięknie zobrazowano ten problem w serialu „Czarne lustra” („Black Mirrors”) w odcinku „Znienawidzeni” („Hated in the Nation”). W mediach społecznościowych używano tam hashtagu #DeathTo (#śmierć dla) dodając nazwisko osoby, która według społeczności najbardziej zasłużyła na śmierć, np. za kontrowersyjne wypowiedzi. Osoba z największą liczbą głosów była „anulowana”, krótko mówiąc, zabijano ją. Demokratyczne decyzje, nieprawdaż? Okazało się, iż „internetowy tłum” był narzędziem w rękach mordercy.
Ch. Brooker, A. Jones: Czarne lustro. Po drugiej stronie
To oczywiście przejaskrawiona wizja przyszłości, wymyślona dla potrzeb serialu, a jednak wydaje się, iż niedaleko nam do takich „demokratycznych” decyzji, podejmowanych przez grupę ludzi stojącą za tłumem, jakże chętnym do anonimowego wymierzania sprawiedliwości w sieci.
„Ofiary” cancel culture
Najczęściej słyszy się o „ofiarach” cancel culture z branży szeroko pojętego show businessu, choć nie dotyczy to tylko tego kręgu. Najpopularniejszą z nich jest z pewnością autorka bestsellerowego „Harrego Pottera”, która doczekała się choćby zakładki „kontrowersje” na Wikipedii. Dowiemy się stamtąd chociażby, iż zamiast używać określenia „osoby menstruujące”, J.K. Rowling preferuje słowo „kobiety” i tenże komentarz został uznany za „niewłaściwy i okrutny”. W ogóle jej poglądy uznane są za transfobiczne, mimo iż ona sama wcale tak nie uważa: „Znam i kocham osoby transpłciowe, ale wymazywanie koncepcji płci uniemożliwia rozmowę na temat życia wielu ludzi. Prawda to nie nienawiść”. Do zarzucanej jej transfobii doszła także kwestia antysemityzmu, ponieważ według Jona Stewarta, „przedstawione w «Harrym Potterze» gobliny pracujące w Banku Gringott przypominają ilustracje z antysemickiej książki «The Protocols of the Elders of Zion» z 1903 r.”.
W Internecie znajdziemy o wiele więcej artykułów w tym temacie, jak i wypowiedzi samej pisarki,
chciałam jednak na tych dwóch przykładach pokazać, jak płynne jest pojęcie tego, co jest nieakceptowalne i jak łatwo dopatrzyć się „niepoprawności”, jeżeli bardzo chce się ją znaleźć.
Również piosenkarka Róisín Murphy uważa się za „ofiarę” cancel culture, wspominając o mrożącym efekcie, jaki poprawność polityczna i cenzura wywarły na jej twórczość artystyczną. Sugeruje, iż artyści zmuszani są do autocenzury, a publiczne finansowanie sztuki sprzyja ideologicznemu konformizmowi. Nie dziwią jej słowa, biorąc pod uwagę, iż BBC wycofał ją z ramówki radiowej na kilka tygodni po tym, jak Murphy skrytykowała leki hamujące dojrzewanie u młodzieży transpłciowej. Grząski grunt, bo na domiar złego zahaczyła o pośrednie krytykowanie koncernów farmaceutycznych, a z tym gigantem trudno wygrać…
Zakładki „kontrowersje” w Wikipedii dorobiła się także niemiecka wokalistka, Nena. Stało się to za sprawą tego, iż sprzeciwiła się segregacji sanitarnej (w czasach Covid-19), zapewniając, iż wszyscy są mile widziani na jej koncertach, bez względu na to, czy są zaszczepieni, czy nie. Uznała ponadto, iż Niemcy idą w kierunku, którego ona nie zamierza być częścią. Poza tym ośmieliła się wyrażać solidarność z protestującymi przeciwko lockdownom, krytykując nieludzkie warunki panujące w wyniku ograniczeń związanych z koronawirusem.
„Epidemia COVID-19 – czas chaosu i nietrafionych decyzji” – o przemilczanym raporcie Najwyższej Izby Kontroli Weronika Kursa
Nie padła wprawdzie ofiarą cancel culture (jest naprawdę zbyt pozytywną osobą, by miało ją to spotkać!), ale ten przykład pokazuje, jak łatwo można zostać uznanym za „kontrowersyjnego”, będąc po prostu… proludzkim. W odrobinę lepszych czasach, bo w 2025 r., sama uczestniczyłam w jej koncercie w Warszawie. To było przyjemne, bo miałam świadomość, iż bez względu na czasy, na poglądy, jestem tam mile widziana.
Nawiasem mówiąc, to stoi zupełnie w przeciwieństwie do innego lubianego przeze mnie zespołu, Tame Impala, który stosował segregację na swoich koncertach. Nie mam tak wąskiej perspektywy, by tylko z tego powodu przestać słuchać ich muzyki chowając wielką urazę, natomiast wiem, iż choćby gdybym mogła, to w tej chwili nie wybrałabym się na ich koncert. Myślę, iż po prostu nie idzie się w gości tam, gdzie jest się persona non grata.
Przy okazji dodam, iż Instytut Spraw Obywatelskich także ma zakładkę „kontrowersje” na Wikipedii. Gdyby ktoś namiętnie zajmował się jej edycją, to ten felieton prawdopodobnie trafiłby tam jako jedno ze źródeł kontrowersji…
Niebezpieczne żarty
Znany aktor i komik, John Cleese, także wyraża swoje obawy wobec cancel culture, która jest według niego cenzurą.
Przyznaję rację Odysowi Korczyńskiemu, autorowi artykułu „Gwiazdy, które głośno sprzeciwiały się cancel culture”, w tym, iż żarty same z siebie mają być wytykaniem przerysowania, jakichś przywar, a druga strona powinna mieć dystans do siebie, by przyjąć, iż wobec żartu każdy jest równy.
Można jednak odnieść wrażenie, iż Cleese obawiałby się żartowania z homoseksualistów lub osób transseksualnych. Według Korczyńskiego, nie powinien się martwić, jeżeli nie przekroczy granicy dobrego smaku, dodając jednak, iż wizja aktora jest „wypaczeniem cancel culture i nie powinn[a] być żadnym argumentem w krytyce tego zjawiska kulturowego”. Tu jednak trudno mi się z Korczyńskim zgodzić. Dochodzimy do absurdalnego punktu, w którym w pewnych tematach powinniśmy być zgodni – samo stwierdzenie, iż istnieją dwie płcie może przecież kogoś obrazić. Nie zdziwiłabym się więc, gdyby John Cleese wcale nie przekraczając dobrego smaku, gwałtownie stał się obiektem krytyki, żartując z pewnej grupy ludzi.
Kto wie, czy o cancel culture nie otarli się Michał Czernecki i Adrianna Borek, znany duet kabaretowy, w programie „Bez pudru”. Ich skecz o zmianie płaci został uznany za „żenujący i niesmaczny”. Postanowiłam to sprawdzić i doprawdy nie dopatrzyłam się tam niczego, co miałoby przekraczać granice dobrego smaku. Tego samego jednak nie mogłabym powiedzieć o innym skeczu w tym samym programie „Bez pudru”, gdzie standuper Paweł Ścierski stwierdził, iż pewien polityk dostał ksywę „Pinokio”, po tym jak u innego polityka „znaleźli drzazgi w dupie” …
Bez względu na poglądy polityczne, tego typu żart jest istotnie żenujący. Dodam, iż sama nie jestem idolką byłego premiera ani prezesa jego partii (bo, jak można się domyślić, to o nich mowa), zresztą tak samo jak i obecnego premiera i partii rządzącej, ale o kimkolwiek by to nie było, przez cały czas jest pozbawione dobrego smaku. Nie słyszałam jednak, by ten skecz wywołał tyle samo kontrowersji. Pokazuje to tylko arbitralność decyzji o tym, co jest żenujące i niesmaczne, a co nie jest.
Nauka ofiarą cenzury cancel culture?
Nie tylko świat show businessu może być na celowniku kultury anulowania. Psycholog dr Witkowski został usunięty z konferencji na UJ, po tym jak napisał na Facebooku, iż „wygląda na to, iż moda na identyfikowanie się jako trans przemija”. Organizatorzy, choć będący pod wrażeniem jego dorobku naukowego, tłumaczyli swoją decyzję tym, iż chcą by konferencja „była bezpiecznym miejscem dla każdej osoby studiującej” …
Także niemieccy naukowcy zwrócili uwagę na to, iż cancel culture wywołująca presję konformizmu, tłumi debaty naukowe w zarodku:
„Dyskurs i badania, które nie koncentrują się na różnorodności, równości i integracji, które nie są zgodne z wielokulturowością (…), są piętnowane jako pozostałości po ideologii białego człowieka. Ci, którzy tego nie przestrzegają, są gwałtownie umieszczani w prawicowym, seksistowskim lub rasistowskim kącie”.
Kultura anulowania jest w jakimś sensie formą wyjścia z projektu Oświecenia: „zasady Oświecenia są fundamentalne dla działań akademickich: musimy ich bronić. Samokrytyka, błąd, rewizja stanowisk, otwartość pytań składają się na wolność nauki, która była mozolnie egzekwowana przez wieki. Są celem całego postępu społecznego i oczywiście rozwijania nowych pomysłów, aby w ogóle móc sprostać nowym wyzwaniom”.
Nie trzeba długo szukać innych przykładów, w końcu nie tak dawno temu polscy lekarze i naukowcy krytykujący działania zmierzające do walki z Covid-19 byli ścigani przez Izby Lekarskie. Na marginesie dodajmy, iż w tym roku jeden z tych lekarzy, Zbigniew Martyka, wygrał po latach w sądzie. W jakimś sensie tego typu (jak widać bezpodstawny) „publiczny lincz” to także efekt „kultury anulowania”, całkowicie sprzeczny z ideą nauki. A ta, przynajmniej w teorii, powinna stawiać na otwartość, zadawanie pytań, poszukiwania i wątpliwości.
Polowania na lekarzy. Dr Martyka, COVID i utajnione rozprawy sądowe Rafał Górski, Zbigniew Martyka
Czy wolno krytykować cancel culture?
Wracając do tematu umieszczania krytyków cancel culture w kącie, da się zauważyć pewien schemat: otóż krytykujący z pewnością są konserwatystami.
Tomasz Sawczuk z „Kultury Liberalnej” jednoznacznie takich krytyków określa:
„Konserwatyści protestują przeciwko kulturze wykluczania, ale w praktyce domagają się immunitetu na krytykę własnych przekonań. Tym samym żądają utworzenia dla siebie safe spaces w kulturze publicznej”.
Nie uważam się za konserwatystkę, nie identyfikuję się ani z prawicą, ani z lewicą, a jednak
ośmielam się krytykować, w moich oczach toksyczną, cancel culture, widząc w niej pewne zagrożenie. choćby nie tyle dla sławnych, co dla zwykłych ludzi, którzy także mogą paść ofiarą bezpodstawnej nagonki.
Zjawisko bowiem opiera się na szybkim (a więc może i bezrefleksyjnym?) piętnowaniu, a może i linczowaniu, często będąc nieproporcjonalnym do „przewinień”. Czy trzeba być konserwatystą by z ostrożnością podchodzić do modnych, ale niekoniecznie racjonalnych prądów? Obawiam się, iż od pewnego czasu zmierzamy już w kierunku jednomyślności.
Możemy się doszukać czegoś istotnie dobrego w idei kultury anulowania (np. jeżeli chodziłoby o potępienie bezsprzecznie złych zachowań, jak np. przemoc, agresja, rasizm, seksizm, ludobójstwo), i to faktycznie byłoby w porządku. Jednak obserwując arbitralność decyzji o tym, co należy bezzwłocznie potępić, cała idea kultury unieważniania pozostawia wiele wątpliwości.
A może anulujmy „kulturę upokarzania” w mediach?
O kulturze upokarzania w mediach pisał Michał Rydlewski, doktor nauk humanistycznych, z którym zresztą przeprowadziliśmy wywiad. Sam termin został wymyślony przez profesora Andrzeja Szahaja.
W terminie „kultura upokarzania” chodzi o uprzedmiotowienie innych ludzi, odbierając im ich głos, pokazując jako gorszych, słabszych, mniej zaradnych niż są. Według Rydlewskiego większość programów rozrywkowych na tym bazuje. „Bardzo dobrze widać to w programach takich jak «Chłopaki do wzięcia», «Damy i wieśniaczki» czy «Dżentelmeni i wieśniacy»”. Krótko mówiąc, człowiek godny szacunku to ten, który więcej ma, niż bardziej jest (idąc za Frommem).
Philip G. Zimbardo: Efekt Lucyfera. Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?
Jeśli wydaje nam się, iż w tych programach wszystko jest wyreżyserowane, a ludzie odgrywają tam tylko pewne role, które nie odbijają się na nich po zakończeniu emisji, to niestety jesteśmy w błędzie. Po emisji programu „Tylko miłość” ludzie nadali uczestnikowi, Grzegorzowi Piechowskiemu, prześmiewczą etykietę, co doprowadziło go do samobójstwa. Program gwałtownie zniknął z ramówki, ale w jego miejsce powstaje przecież wiele innych, bazujących na tej samej idei „lepsi vs gorsi”. Z kolei jeden z uczestników „Big Brothera” także przeszedł załamanie nerwowe. Problem jest więc jak najbardziej realny.
W kontekście omawianej tu kultury anulowania, która jest także udziałem mediów masowego przekazu, zastanawiam się, czy te same media mogłyby więc anulować kulturę upokarzania, którą promują?
To chyba byłby interesujący paradoks. Musiałyby przecież anulować same siebie.

1 godzina temu















