Polski samorząd na najniższym szczeblu opiera się na dwóch filarach: wójcie (burmistrzu, prezydencie) i radzie gminy. Od tego, czy współpracują, czy torpedują się nawzajem, w znacznej mierze zależy realizacja inwestycji takich jak remonty dróg, chodników czy budowa placów zabaw. Czy jest coś pomiędzy ślepym popieraniem wójta a paraliżem? O tym w kolejnym odcinku pisze autor bloga Urzędniczo-Samorządowe Pogaduchy, były samorządowiec i urzędnik.
TEGO NIE PRZECZYTASZ W „MEDIACH” SAMORZĄDOWYCH

Relacje między radą gminy a wójtem – między jednomyślnością a paraliżem
Samorząd terytorialny w Polsce opiera się na jasnym podziale kompetencji. Zgodnie z Konstytucją oraz ustawą o samorządzie gminnym mamy do czynienia z dwoma kluczowymi organami: radą gminy – stanowiącą i kontrolną oraz wójtem/burmistrzem/prezydentem miasta – wykonawczym. Na papierze podział ten wygląda przejrzyście i logicznie.
Rada uchwala prawo miejscowe, kontroluje, decyduje o kierunkach rozwoju. Organ wykonawczy realizuje te decyzje, odpowiada za administrację i bieżące sprawy. W praktyce jednak relacje między tymi organami bywają znacznie bardziej skomplikowane. A od tego, czy są zdrowe, zależy jakość całego lokalnego życia publicznego.
Jednomyślność – gdy rada staje się „klubem poparcia”
Pierwsze niebezpieczeństwo to jednomyślność absolutna. Na pozór brzmi dobrze – rada współpracuje z wójtem, decyzje zapadają szybko, uchwały są przyjmowane jednogłośnie. Problem w tym, iż taka sytuacja często oznacza, iż rada rezygnuje ze swojej kontrolnej funkcji. Staje się „klubem adoracji” organu wykonawczego.
W konsekwencji:
● brakuje dyskusji na sesjach, bo wszystko jest ustalone wcześniej,
● nie ma realnej kontroli, bo radni nie chcą wchodzić w konflikt z wójtem,
● obywatele tracą poczucie wpływu, bo mechanizmy demokratyczne są tylko formalnością.
Wójt z radą „na telefon” może rządzić wygodnie, ale dla wspólnoty samorządowej to poważne zagrożenie. Demokracja lokalna nie polega na tym, by wszyscy się zgadzali – tylko by decyzje były wypracowywane w debacie, a władza wykonawcza podlegała kontroli.
Brak współpracy – gdy rada i wójt blokują się nawzajem
Drugie ekstremum to konflikt totalny. Rada i wójt nie współpracują w niczym – blokują sobie nawzajem inicjatywy, nie ma zgody choćby w sprawach podstawowych. Sesje zamieniają się w pole bitwy, a decyzje o strategicznym znaczeniu dla gminy grzęzną w sporach personalnych.
Przykłady z praktyki:
● brak uchwalenia budżetu, co skutkuje tym,
● brak zgody na inwestycje, które mogłyby poprawić jakość życia mieszkańców,
● paraliż komunikacyjny urzędu – pracownicy nie wiedzą, czy realizować decyzje, czy czekać na wynik politycznych przepychanek.
Taka sytuacja jest równie groźna jak jednomyślność – bo zamiast debaty i rozwoju mamy stagnację i wzajemne oskarżenia. Wspólnota lokalna staje się zakładnikiem sporu, a samorząd traci swoją sprawczość.
Dlaczego oba scenariusze są szkodliwe?
Jednomyślność zabija kontrolę, konflikt totalny zabija sprawczość. W obu przypadkach mieszkańcy – czyli suweren – tracą najwięcej. Albo dlatego, iż nikt nie patrzy władzy na ręce, albo dlatego, iż nikt nie potrafi się porozumieć.
Można to porównać do życia rodzinnego:
● w „małżeństwie bez kłótni” coś jest nie tak – bo ktoś zawsze milczy i rezygnuje z własnego zdania;
● w „rozwodzie z orzeczeniem winy” wszyscy cierpią, a dom się rozpada.
W samorządzie podobnie: ani ciągłe przytakiwanie, ani wieczna wojna nie służą wspólnocie.
Złoty środek – kooperacja z kontrolą
Optymalny model relacji to równowaga. Rada i wójt mogą się spierać, ale merytorycznie – nie personalnie. Rada powinna patrzeć władzy wykonawczej na ręce, ale nie torpedować każdej inicjatywy tylko dlatego, iż wyszła „od drugiej strony”. Wójt powinien umieć przekonywać i argumentować, a nie liczyć na automatyczną większość.
Najlepsze rady to te, które:
● współpracują przy budżecie, ale pytają o szczegóły,
● akceptują strategiczne kierunki rozwoju, ale pilnują przejrzystości procedur,
● rozmawiają z mieszkańcami, a nie tylko z wójtem.
Samorząd gminny działa dobrze tylko wtedy, gdy działa mechanizm równowagi – nie ślepej zgody, nie totalnej wojny, ale konstruktywnej debaty. Tego oczekują mieszkańcy: sprawnych decyzji, ale i poczucia, iż ktoś patrzy władzy na ręce. Rada, która zamienia się w „maszynkę do głosowania”, i rada, która zmienia sesję w ring polityczny – obie w równym stopniu zawodzą wspólnotę. A przecież to wspólnota jest istotą samorządu.
/Źródło: Blog Urzędniczo-Samorządowe Pogaduchy/

2 godzin temu










