Kulisy samorządu: Demokracja bez prawdziwych dziennikarzy jest jak dom bez okien

57 minut temu
Nierzetelni, manipulatorzy, szukający dziury w całym – to tylko najdelikatniejsze epitety i zarzuty, jakie czekają na dziennikarzy, którzy nie kończą swojej pracy na odczytaniu urzędowych komunikatów i nie opierają się wyłącznie na wywiadach z rządzącymi na każdym szczeblu władzy. Łatwiej jest znieść obelgi i deprecjonowanie mediom ogólnopolskim, gorzej małym, lokalnym redakcjom. Niezależność wobec aparatu władzy w Polsce – jakąkolwiek ma on aktualnie barwę polityczną – to wyzwanie, któremu coraz trudniej sprostać. Media – których misją jest patrzenie władzy na ręce i stanie po stronie zwykłych mieszkańców – powoli znikają. A bez nich demokracja jest jak dom bez okien. I o tym w najnowszym odcinku bloga „Urzędniczo-Samorządowe Pogaduchy” pisze były samorządowiec i urzędnik.
Zanim zapowiedziany odcinek bloga, słowo o zdjęciach ilustracyjnych. To Plac Ludowy 6 w Świdnicy przed i po artykule w niezależnych mediach. Komunalny budynek przeszedł kosztowną termomodernizację, nadzorowaną przez miasto, a lista niedoróbek, bubli i zwykłej bylejakości jest zatrważająca.
O cieknącym dachu, przewałkach finansowych, źle położonym gumoleum, podmienionych drzwiach i totalnie zaniedbanym terenie wokół budynku mieszkańcy alarmowali od tygodni, a zarządca kompletnie ich ignorował. Na stronach MZN, na FB Beaty Moskal Prezydenta Świdnicy można było znaleźć jedynie informacje pochwalne: o tym, jak pięknie zmieniają się miejskie kamienice dzięki dotacjom z UE. Gdyby nie niezależna Swidnica24.pl, Świdniczanie pozostaliby w przeświadczeniu, iż wszystko poszło wspaniale. A nie poszło. Artykuł w niezależnym portalu informacyjnym zadziałał jak magiczna różdżka: dzień później skoszono chaszcze, a na miejscu pojawił się zarządca i wykonawca. Czy niedoróbki zostaną naprawione, sprawdzimy.
Sprawdzimy, bo wciąż jesteśmy i mimo bardzo skromnej obsady robimy co w naszej mocy, by być bezpiecznikiem: tym, który nie zważając na konsekwencje w postaci ostracyzmu ze strony władz, pomówień i szkalowania, pomimo wylewanych na nas żalów, będziemy pytać i dociekać. A jeżeli efektem ma być to, iż choćby jednemu mieszkańcowi przestanie lać się woda przez sufit i będzie miał poczucie, iż jego problem istotny i istotny, to warto.
Cena, jaką płacą dziennikarze i brak wsparcia systemowego sprawiają, iż takich redakcji lokalnych jak Swidnica24.pl jest coraz mniej. I o tym pisze autor „Urzędniczo-Samorządowych Pogaduch”
MARTWA CZWARTA WŁADZA. CZYLI WŁADZA, KTÓRA KIEDYŚ BYŁA
W Polsce uczymy w szkołach, iż istnieje trójpodział władzy. Jest władza ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza. Uczymy, bo tak mówi Konstytucja. A w praktyce coraz trudniej nie odnieść wrażenia, iż ten trójpodział zaczyna przypominać stary szkolny model anatomiczny. Kiedyś miał pełne wnętrzności, dziś połowa organów jest połamana, a druga połowa zagubiona (czytaj sądy).
Ale obok tego podręcznikowego trio zawsze była jeszcze czwarta władza. Media. Dziennikarze. Ci, którzy mieli patrzeć na ręce pozostałym trzem. Przykro powiedzieć, ale czwarta władza zaczyna wyglądać jak sierota po zbyt wielu rozwodach. Kiedyś dziennikarstwo było zawodem, a nie usługą.
Reporter miał etos, redakcja miała kręgosłup, a czytelnik miał zaufanie. Zawód „dziennikarz” niósł odpowiedzialność porównywalną z innymi zawodami zaufania publicznego. Rzetelność, weryfikowanie informacji, uczciwość wobec odbiorcy. Dziś coraz częściej obserwujemy producentów treści, twórców newsów, wydawców portali, ale rzadko z tego wynika coś, co można by nazwać staniem na straży prawdy.
Najbardziej widać to w mediach lokalnych. W Warszawie czy Krakowie zawsze znajdzie się ktoś, kto napisze tekst pod prąd. Ale w małej gminie, malutkim powiecie albo mikroskopijnym miasteczku sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Lokalny portal, lokalna gazetka, pojedyncze osoby próbujące coś tworzyć. Wszyscy muszą zaś płacić rachunki, a prawda jest brutalna.
W takich miejscach nie ma reklamodawców. Nie ma firm z pieniędzmi. Nie ma rynku, który pozwoliłby zarobić na niezależności. A jeżeli nie ma rynku, to zaczyna się gra o przetrwanie. I wtedy samorząd, ten, o którym media mają pisać, staje się największym, a często jedynym finansującym. Patronaty, artykuły sponsorowane, dodatki „samorządowe”, umowy o promocję, płatne komunikaty. I mamy odpowiedź na pytanie, iż kto płaci, ten wymaga. A jeżeli wymaga ten, kogo trzeba kontrolować, to gdzie tu miejsce na czwartą władzę?
W efekcie media lokalne często zamieniają się w tuby informacyjne urzędu. Teksty z przecięć wstęg, teksty o kolejnej inwestycji burmistrza, prezydenta, starosty, teksty o sukcesach, nagrodach, wyróżnieniach i jubileuszach. Za to o przetargach, uchybieniach, nieprawidłowościach, konfliktach interesów albo o zwykłych ludzkich problemach, cisza. Nie dlatego, iż dziennikarz nie widzi albo nie rozumie. On widzi. On rozumie. On wie. Ale też wie, iż bez tej umowy za 2,5 tysiąca miesięcznie portal przestanie istnieć. A to oznacza jedno. Władza lokalna płaci za to, aby kontrolujący jej nie kontrolowali.
Czy to wina dziennikarzy? Czasem tak, ale najczęściej, nie tylko. To wina warunków, w jakich pracują. Dziennikarz lokalny często zarabia tyle, iż w dyskoncie musi porównywać ceny margaryny, a jednocześnie ma być odważny, niezależny, nieugięty. Odwaga jest luksusem, na który najczęściej stać tych, którzy mają z czego żyć. W dużych mediach też nie jest idealnie, bo tam z kolei rządzi polityka, korporacje, wielkie interesy i jeszcze większe wpływy. Ale przynajmniej istnieje pewien pluralizm, jakaś konkurencja, ktoś zawsze patrzy komuś na ręce. A lokalnie? Lokalnie burmistrz może zadzwonić i powiedzieć: „Nie tego oczekiwałem. Przemyślcie to”, a redakcja zaczyna liczyć ile stracimy, jeżeli odmówią przedłużenia umowy?
Dlatego coraz częściej czwarta władza przenosi się poza media. Do Internetu, do obywateli, do blogów, do profili społecznościowych, które nie mają reklam, nie mają patronów, nie muszą stać na bankiecie z burmistrzem. Czasem jedna osoba z telefonem ma dziś więcej niezależności niż cała lokalna redakcja. I to jest paradoks naszej współczesności: czwarta władza nie zniknęła tylko zmieniła właściciela. Już nie stoi w redakcji za biurkiem. Nie ma legitymacji prasowej. Nie pokazuje jej na sesjach rady. Dziś często prawdziwym dziennikarzem bywa ktoś, kto ma tylko jedno odwagę mówić to, co widzi. I nie ma nad sobą ani wójta, ani prezesa spółki, ani lokalnego króla reklamy.
Czy to dobrze? I tak, i nie. Dobrze, bo niezależność w końcu gdzieś żyje. Źle, bo dziennikarstwo – to prawdziwe – staje się gatunkiem wymierającym. A bez prawdziwych dziennikarzy demokracja lokalna robi się jak dom bez okien. W środku niby ktoś mieszka, światło się świeci, ale nikt nie widzi, co się tak naprawdę dzieje. Pozostaje pytanie. Czy lokalna władza chce być kontrolowana? Bo jeżeli nie, a media się tej kontroli zrzekają, to obywatel zostaje w ciemności.
A ciemność to najlepszy przyjaciel każdego, kto ma coś do ukrycia. I dlatego trzeba pytać czy czwarta władza jeszcze istnieje? Czy tylko ktoś ściera kurz z tabliczki po niej, udając, iż wszystko jest jak dawniej? Bo jeżeli czwarta władza milczy, to trzy pozostałe robią, co chcą.
A wtedy już nikt nie patrzy na ręce – ani w gminie, ani powiecie, ani choćby w tej „małej pipiduwie”, która przecież też jest Polską.
/wstęp Agnieszka Szymkiewicz, blog: „Urzędniczo-Samorządowe Pogaduchy”/
Idź do oryginalnego materiału