Kto zarządza suszą w Polsce? Decyzje o wodzie zapadają daleko od rzek

21 godzin temu
Zdjęcie: susza w Polsce


W Polsce wodą zarządza wiele instytucji, ale susza nie respektuje granic ich kompetencji. Decyzje o tym, czy woda zostanie w zlewni, zapadają na polach, w lasach, miastach i dopiero na końcu – w rzekach. Kto więc naprawdę powinien odpowiadać za przeciwdziałanie suszy i czy obecny podział odpowiedzialności ma jeszcze sens?

Przyjrzyjmy się mapie Polski

Zacznijmy od liczb. Polska ma 31,4 mln ha powierzchni. Ponad 19 mln ha to grunty rolne. Grunty leśne oraz zadrzewione i zakrzewione zajmują kolejne 9,5 mln ha, z czego ponad 7,6 mln ha pozostaje w zarządzie Lasów Państwowych. A pod wodami powierzchniowymi płynącymi? Tam mamy ok. 523 tys. ha – niespełna 1,7 proc. powierzchni kraju.

Oczywiście nie jest to prosty podział według właścicieli czy zarządców. Grunty rolne należą do milionów podmiotów, a powierzchnia gruntów pod wodami płynącymi nie wyznacza całego obszaru kompetencji zarządcy, czyli Wód Polskich. Ale te liczby pokazują coś ważnego.

Jeżeli 60 proc. powierzchni kraju zajmują grunty rolne, jedną czwartą – grunty zarządzane przez Lasy Państwowe, a wody płynące to niespełna 2 proc., to gdzie tak naprawdę powinniśmy szukać miejsc, aby przeciwdziałać skutkom suszy?

Odpowiedź wydaje się oczywista. Nie tylko w rzekach.

Przez lata przyzwyczailiśmy się myśleć o gospodarce wodnej poprzez to, co najbardziej widoczne: rzeki, jeziora, zbiorniki, jazy, stopnie wodne. Kiedy przychodzi susza, patrzymy na niskie stany wód, a kiedy pojawia się powódź – na wodowskazy i wały. W obu przypadkach wzrok kierujemy w stronę rzeki.

Tylko iż zanim woda znajdzie się w rzece, musi przejść przez zlewnię. Przez pole, las, łąkę, miasto. I właśnie tam w dużej mierze rozstrzyga się, czy zostanie zatrzymana, czy odpłynie.

Zarządzanie wodą w skali zlewni to tylko jedna część układanki. O tym, ile wody zostanie w krajobrazie, decydują również sposób użytkowania gruntów rolnych, gospodarka leśna, planowanie przestrzenne czy tempo uszczelniania powierzchni w miastach. Kompetencje w tych obszarach są rozłożone pomiędzy różne instytucje, samorządy, właścicieli i użytkowników gruntów.

A przecież każda z tych decyzji jest również decyzją o wodzie.

Susza nie zaczyna się w rzece

To stwierdzenie może brzmieć banalnie, ale zmienia perspektywę patrzenia na przeciwdziałanie skutkom suszy.

Rzeka pokazuje nam efekt tego, co wydarzyło się wcześniej w zlewni. Woda z opadu może wsiąknąć w glebę, zasilić wody podziemne, zatrzymać się na mokradle, w zagłębieniu terenu albo niewielkim zbiorniku. Może też gwałtownie spłynąć rowem, drogą czy kanalizacją deszczową i po kilku godzinach znaleźć się w cieku.

Bilans jest bezwzględny – woda, którą gwałtownie odprowadzimy, nie będzie dostępna wtedy, kiedy będziemy jej potrzebować.

Dlatego znaczenie ma sposób użytkowania ziemi. Liczy się kondycja gleby, prowadzenie upraw, funkcjonowanie melioracji, obecność zadrzewień i mokradeł; w lasach – gospodarowanie wodą i stan siedlisk od niej zależnych; w miastach – każda kolejna uszczelniona powierzchnia i decyzja, czy wodę opadową potraktujemy jak zasób, czy jak problem, którego trzeba się jak najszybciej pozbyć.

Nie oznacza to, iż rzeki przestają być ważne. Wręcz przeciwnie. Zasobami trzeba zarządzać w skali całej zlewni, a ktoś musi widzieć ją jako jeden system. Rola zarządcy wód jest trudna do przecenienia.

Kłopot pojawia się tam, gdzie kończy się jeden system, a zaczynają dziesiątki kompetencji. Każdy zarządza swoim kawałkiem ziemi.

I chyba właśnie tutaj znajduje się jedna z największych słabości przeciwdziałania suszy w Polsce. Nie brakuje nam wiedzy o tym, co należałoby zrobić. Wiemy, iż trzeba spowalniać odpływ, zwiększać retencję glebową, odtwarzać mokradła, inaczej gospodarować wodą w rolnictwie, lasach i miastach. Tyle iż narzędzia potrzebne do osiągnięcia jednego celu są rozłożone pomiędzy wiele instytucji i właścicieli.

W efekcie za suszę odpowiadają po trochu wszyscy. Ale to nie zawsze oznacza, iż ktoś odpowiada za efekt.

opracowanie: Wodne Sprawy

Kto ma grunt, ten ma wpływ na wodę

Jeżeli większość retencji kształtuje się poza rzekami, to odpowiedzialności za suszę nie da się zamknąć w jednym urzędzie. Na gruntach rolnych o zatrzymaniu wody decydują sposób uprawy, stan gleby, melioracje, zadrzewienia czy małe zbiorniki. Ale decyzje rolnika nie zapadają w próżni. Wpływają na nie system dopłat, programy rolno-środowiskowe, przepisy i to, za jakie działania państwo jest gotowe zapłacić.

Podobnie jest w lasach. Ponad 7,6 mln ha pozostaje w zarządzie Lasów Państwowych. To ogromna przestrzeń, na której można spowalniać odpływ, odtwarzać mokradła, ograniczać niepotrzebne odwodnienie czy poprawiać retencję siedliskową. W miastach z kolei o wodzie decyduje się przy uchwalaniu planów miejscowych, wydawaniu pozwoleń na zabudowę, projektowaniu ulic, parkingów i kanalizacji deszczowej. Czasem jedna decyzja planistyczna ma większe znaczenie dla obiegu wody niż kolejne działanie wykonane już na rzece.

I właśnie dlatego pytanie kto odpowiada za suszę? jest źle postawione, jeżeli oczekujemy wskazania jednej instytucji. Odpowiedzialność musi podążać za narzędziami. Kto może wpływać na sposób użytkowania ziemi, odpływ, infiltrację czy retencję, ten ma udział w zarządzaniu ryzykiem suszy.

Nie oznacza to oczywiście, iż każda instytucja ma robić wszystko. Rolnictwo nie będzie bilansować zasobów wodnych w skali dorzecza, a zarządca wód nie będzie ustalał rodzaju upraw. Dylemat zaczyna się wtedy, gdy każdy realizuje własne cele, a nikt nie sprawdza, czy łącznie poprowadzą one do jednego efektu.

Nie potrzebujemy jednego zarządcy suszy

Pokusa, by poprowadzić tok myślenia najprostszą drogą, jest duża: skoro odpowiedzialność jest rozproszona, wyznaczmy jedną instytucję i każmy jej odpowiadać za całość. Tyle iż susza nie jest zagadnieniem czy zjawiskiem, który da się zamknąć w jednym resorcie czy strukturze organizacyjnej. Dotyczy jednocześnie gospodarki wodnej, rolnictwa, leśnictwa, planowania przestrzennego, ochrony przyrody i kierunku rozwoju miast.

Potrzebujemy więc nie jednego wykonawcy, ale jednego kierunku działania. Zarządzanie powinno odbywać się w skali zlewni, bo tylko ona pokazuje rzeczywisty obieg wody. Wykonanie musi jednak odbywać się tam, gdzie znajdują się konkretne narzędzia – na polach, w lasach, miastach i w samych rzekach.

I tu dochodzimy do pytania znacznie ważniejszego niż to, kto formalnie odpowiada za suszę. Czy potrafimy przypisać poszczególnym podmiotom konkretne zadania, zapewnić im instrumenty i finansowanie, a potem sprawdzić efekt?

Bo Plan przeciwdziałania skutkom suszy może zawierać dziesiątki adekwatnych działań. jeżeli jednak nie wiadomo dokładnie, kto ma je wykonać, skąd wziąć pieniądze, w jakim czasie i po czym poznamy, iż przyniosły rezultat, pozostaje przede wszystkim katalogiem dobrych intencji.

Dlatego dyskusja o suszy nie powinna kończyć się na pytaniu, czy odpowiedzialne są Wody Polskie, rolnicy, Lasy Państwowe czy samorządy. Ważniejsze jest to, czy działania tych wszystkich podmiotów składają się na jeden dobrze funkcjonujący system.

Bo woda poradzi sobie bez naszej administracyjnej mapy. Pytanie, czy administracyjna mapa poradzi sobie z wodą.

Idź do oryginalnego materiału