Kto ty jesteś? – frajer mały. Jaki znak twój? – orzeł wyliniały

1 miesiąc temu

Coraz częściej zastanawiam się nad pustosłowiem określającym mnie i moje miejsce na ziemi. Polska, ojczyzna dumnego narodu o tysiącletniej historii, chlubiąca się pierwszą, nowoczesną konstytucją w Europie, w sensie formalnym, spisaną jako jednolity akt prawny.

Najstarszą konstytucję posiada San Marino, ponieważ Statuty z 1600 roku przez cały czas stanowią fundament obowiązującej ustawy.

Nasza, Konstytucja 3 Maja, była próbą reformy państwa, wprowadzała zasady trójpodziału władzy, suwerenność narodu i wolności osobiste. To oczywiście skrót wymuszony objętością kilkustronicowego tekstu, jednak zawierający w sobie jądro problemu.

Tak czy owak, ustawa niedokończona, ale stworzona z wykorzystaniem oświeceniowego dyskursu i zawierająca rozwiązania uznawane w tamtych czasach za modelowe, stanowi niewątpliwie powód do dumy.

Tak rodziło się nowoczesne państwo z finałem, a raczej z przystankiem na odpoczynek w III Rzeczpospolitej. Co będzie w przyszłości? Pożyjemy, zobaczymy. Na razie cieszymy się demokracją parlamentarną.

Ale czy demokracja, teoretycznie pozwalająca społeczeństwu uczestniczyć w procesie sprawowania władzy, może stanowić źródło obywatelskiej satysfakcji? Oczywiście, satysfakcji i zarazem dumy. A skąd duma? Ano stąd, iż władza sprawowana jest przez naszych przedstawicieli ( moich, Twoich, Waszych ) wybranych w wolnych wyborach. Tym samym tworzymy parlament, najwyższą władzę kontrolującą rząd. Powołujemy także do życia głowę państwa, prezydenta mającego zgodnie z konstytucją czuwać nad przestrzeganiem ustawy zasadniczej, pełnić funkcje reprezentacyjne w Polsce i za granicą, choć na co dzień nie rządzi. Jest także zwierzchnikiem sił zbrojnych, co nie znaczy, iż jest głównodowodzącym.

Trudno nie być dumnym, wiedząc iż moja, także Twoja ręka, wrzucające głos do urny dały Ojczyźnie wspaniały bukiet parlamentarzystów, rząd i prezydenta.

Niestety moja dumna mina, nie wiem jak Twoja, zrzedła kiedy dotarło do mnie, iż w sumie zagłosowałem na listę komitetu wyborczego, dla którego mój wybraniec, wraz z innymi, podobnymi, będzie współtworzył klub sejmowych galerników, żeglujących tam, gdzie wskażą palce kapitana i pierwszych oficerów.

I w tym momencie moja duma traci rację bytu. Sejm, galera pełna wyrobników pozbawionych samodzielności, pochłonięta machaniem wiosłami, nie jest zdolna do wspólnej zadumy nad losem tych, którzy dryfują poza sejmową łajbą. Nikt z wioślarzy nie ma czasu pomyśleć, iż gdzieś na falach walczą o swobodny oddech jakiś ja i jacyś Oni, którymi trzeba by się w końcu zainteresować, rzucić im koło, otoczyć opieką, oczywiście w sensie inicjatyw umilających moje i nasze życie. DOCZESNE !

Tymczasem na sejmowej łajbie żyje się dostatnio i prawie bezproblemowo. Nikt z załogi nie martwi się NFZ-em, nie musi zaciągać pożyczek o drakońskich oprocentowaniach, bo kufry na pokładzie pełne są pieniędzy dla wszystkich, kto zna tajne szyfry. A ci co nie znają i bez tych pieniędzy prowadzą spokojne, tłuste życie. Edukacja nie ma tam specjalnego znaczenia, bo nie matura i dyplomy, ale oddanie i chęć szczera uczyni z każdego rentiera. A jeżeli jeszcze „przysłuży” się „Ojczyźnie”, będzie mieszkał gdzie zechce i w ilu mieszkaniach będzie miał ochotę. Na dodatek świat stanie przed takim otworem. Będzie mógł rozbijać się po świecie dla dobra kraju i własnej przyjemności samolotami, jachtami, samochodami najdroższych marek i czym tylko sobie wymyśli. Och, polityko, słodka kochanko, żyć nie umierać!

Ale zostawmy marynistyczne porównania i wróćmy na stały ląd. Duża część naszego społeczeństwa nie stara się zrozumieć zachodzących procesów społeczno-politycznych, tylko utożsamia się, bo tak jest najłatwiej, z grupami odwołującymi się nie do sfery intelektu, tylko emocji i to tych podstawowych. Stąd renesans dewizy „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Zakorzeniła się ona w mózgach zapalczywej części społeczeństwa jako wielkie dziedzictwo narodowe i usiłuje narzucić je całemu państwu, jako etyczny i moralny nakaz.

Moim zdaniem dewiza „Bóg, Honor, Ojczyzna”, powinna pozostać na sztandarach w muzeach i izbach pamięci. Tymczasem to bogoojczyźniane hasło ruszyło na barykady broniące polskiego, czarnego złota, czyli węgla. Owładnięci nieco muzealnym etosem, wykorzystują tę, skądinąd zasłużoną w historii dewizę, dla zwykłej walki politycznej. Oni walczą o tradycję, o to co polskie!

Nie pozwolą, żeby germańskie elektrownie wiatrowe niszczyły nasze polskie kopalnie. Nie one będą źródłem prądu, tylko nasz WĘGIEL! Notabene najdroższy w Europie i dodatkowo mocno zanieczyszczony. O zgrozo choćby zdrowy rozsadek nie pokona smrodu zatruwającego polskie powietrze, ponieważ zastąpiony został „głębokim” patriotyzmem.

Mam przekonanie, iż gdyby wymagała tego jakaś nadzwyczajna sytuacja, górnicy rąbaliby węgiel dla Ojczyzny kilofami, jak kiedyś zmyśleni ułani szablami niemieckie czołgi, skandując dumne:
Bóg, Honor, Ojczyzna!

I jeszcze jedno – bogoojczyźniana dewiza trafiła na ciała: ramiona, piersi i plecy rycerzy Chrystusa, jak sami siebie nazywają, na transparenty i wszelkiego rodzaju banery, często z towarzyszącą swastyką i nacjonalistycznym hasłami. Rzeczonymi rycerzami okazują się stadionowe legiony kiboli mianujących się obrońcami granic, wiary i kościołów. choćby Jasna Góra i jej święta załoga wita tych pomazańców z otwartymi ramionami, również obecnego tamże prezydenta Nawrockiego. Nic dziwnego, skoro jest On naczelnym depozytariuszem historycznej dewizy „Bóg, Honor, Ojczyzna”, szkoda tylko , iż w przestępczo nazistowskim wydaniu.

A tymczasem w Davos działo się, oj działo. Wiele spotkań, wiele problemów do omówienia. Wszyscy czekali na człowieka, który ubzdurał sobie, iż jest właścicielem świata i ludzkości. Na przemówienie prezydenta Trumpa czekał cały świat.

W oczekiwaniu na gwóźdź programu odbył się panel dyskusyjny – „Czy Europa jest w stanie się obronić”, to jedno z kluczowych spotkań dnia. Brali w nim udział: Mark Rutte, Aleksander Stubb i wiele innych, ważnych postaci, a między nimi Karol Nawrocki, osoba nader ważna. No i dał nasz prezydent światu dowód swojej ważności odkrywczymi i uspokajającymi myślami na temat bezpieczeństwa Europy.

Uwznioślony wymienianą wcześniej dewizą, uraczył gości przypomnieniem, iż Polska już raz, w XX wieku, pokonała Rosjan, armię głodomorów z karabinami na sznurkach, z zapleczem artyleryjskim z końca XIX wieku. Brawo! Mógł prezydent Nawrocki opowiedzieć także o wielkim zwycięstwie w bitwie pod Kłuszynem, co skutkowało zajęciem Moskwy i okupowaniem jej przez dwa lata. Przynajmniej w tym przypadku prawdziwej dumy przysparza fakt, iż Polska jako jedyny kraj w historii najechał Rosję i odniósł zwycięstwo. Ale jak to się ma do dzisiejszego bezpieczeństwa Europy? Szkoda, iż prezydent nie wspomniał o szarży ułanów na czołgi.

Szczyt w Davos stał się areną Donalda Trumpa, upajającego się swoją wydumaną wielkością, przy której wszyscy dotychczasowi „zbawiciele” ludzkości, to karzełki bez znaczenia. Chyba ma racje, rośnie nam nowy Lenin w kapitalistycznym wydaniu i tylko patrzeć jaka zacznie zaprowadzać sprawiedliwość i dobrobyt na własnych, pancerno finansowych zasadach. Wszystko to znalazło się w oczekiwanym wystąpieniu prezydenta, które ograniczyło się do: Ja zrobiłem, dałem, zakończyłem i zrobię jeszcze więcej, ale nie wszyscy są mi wdzięczni, nie dziękują.
Na szczęście mamy u boku prezydenta Trumpa, naszego prezydenta, wielkiego fana i naśladowcę amerykańskiego mistrza, dzięki Bogu jedynie w gestach i sposobie bycia. Widać gołym okiem to, co w polityce nie powinno stanowić o sojuszach, czyli głęboką przyjaźń jaką darzy prezydent Nawrocki prezydenta Trumpa. Trump również darzy swojego polskiego kolegę głęboką przyjaźnią, o czym często wspomina przy różnych, ważnych dla niego okazjach. A tak naprawdę prezydent Nawrocki jest klinem mającym pomóc w rozbiciu Europy, będącej dla Trumpa jedynie wielkim kłopotem, stojącym na drodze do realizacji jego terytorialnych zakusów. „Muszę mieć Grenlandię i będę miał, jeżeli nie na drodze dyplomatycznej, to…”

Trump mówi o prezydencie Nawrockim: mój przyjaciel i poklepując go po plecach, zaprasza do Rady Pokoju. Według mnie ta nieszczęsna rada, to „Koń Trumpiański” budowany na terenie Europy. No i masz babo placek, mamy pierwszy sprawdzian co daje przyjaźń w polityce. jeżeli prezydent Nawrocki przyjmie zaproszenie do grona bojowników mających spore problemy z demokracją, będzie mu pod górę z własnym elektoratem, a jeżeli nie przyjmie i zburzy lisie plany swojego przyjaciela Trumpa…? No cóż, zobaczymy. Prezydent Nawrocki nie jest moim bohaterem, ale nie zazdroszczę mu rozkroku w jakim się znalazł.

Pewne i niekorzystne dla Naszego Prezydenta jest jedno: przyjaźń z rozchwianym emocjonalnie osobnikiem kończy się, gdy nie da się spełnić warunkujących dalszą przyjaźń, jego oczekiwań.

Prawa strona wychodzi daleko przed szereg europejskiej, jeszcze wspólnoty, tłumacząc wszystko co z jadowitą śliną spływa na niewykształcony język Trumpa. Prawi politycy umniejszają znaczenie najbardziej dramatycznych wypowiedzi, przechodząc nad nimi do wazeliniarskiej czołobitności choćby kosztem setek żołnierzy, w tym polskich, którzy zginęli w Iraku i Afganistanie. Ale Trump wzrusza ramionami i kwituje to ryjkiem nie znającym wstydu, iż on nie żądał takiego poświecenia od sojuszników, a jeżeli już tam się znaleźli, to trzymali się ( dekowali ) z dala od pierwszej linii frontu.

Wystarczy tych wzajemnych, amerykańsko polskich serdeczności. Warto jednak pamiętać, iż wazelina jest niebezpiecznie śliska, co może spowodować wybicie choćby najpiękniej świecących bielą, politycznych zębów.

Idź do oryginalnego materiału