W polskiej polityce istnieją momenty, w których sama treść sporu staje się mniej istotna niż sposób, w jaki władza na niego reaguje. Ostatnia wymiana zdań między ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim a otoczeniem prezydenta Karola Nawrockiego doskonale wpisuje się w ten schemat. Im mocniej krzyczą prezydenccy urzędnicy, tym głośniej wybrzmiewa pytanie: czego adekwatnie się boją?
Sikorski w swoim sejmowym wystąpieniu 19 listopada mówił ostro — to prawda. Zwrócił uwagę na akty dywersji na kolei, ale też oskarżył prezydenta o „przygotowywanie psychologicznego i politycznego gruntu pod wyjście z Unii Europejskiej”. Trudne słowa, ale wobec narracji płynącej od miesięcy z Pałacu — niepozbawione podstaw. Gdy prezydent kwestionuje decyzje unijne, blokuje mechanizmy współpracy i buduje obraz „brukselskiego dyktatu”, pytanie o polexit przestaje być publicystyczną przesadą.
Reakcja Pałacu Prezydenckiego była natychmiastowa — i, niestety, przewidywalna. Rzecznik Karola Nawrockiego, Rafał Leśkiewicz, stwierdził, iż jest „przerażony brakiem wiedzy pana ministra Sikorskiego”. W innym miejscu zarzucał mu, iż powinien „poświęcić chwilę na przeczytanie i zrozumienie konstytucji”. Znamy tę retorykę: zamiast wejść w spór merytoryczny, obóz Nawrockiego wybiera atak ad personam, w którym podważa się kompetencje, intencje i rzekomy brak orientacji w sprawach własnego resortu.
Problem w tym, iż ta taktyka jest już zużyta. Leśkiewicz i jego koledzy z Pałacu przez lata powtarzali dokładnie ten sam zestaw fraz wobec niemal każdego ministra, który nie zgadzał się z prezydentem. Sam fakt, iż Sikorski krytykuje głowę państwa, staje się dla nich wystarczającym pretekstem do uruchomienia politycznej syreny alarmowej.
Jeśli spojrzeć na treść zarzutów rzecznika, widać jednak przede wszystkim defensywę. Twierdzenie, iż minister nie zna przepisów o odznaczeniach, brzmi jak próba zmiany tematu. Mówienie o „naturalnym procesie badania wniosków”, choć zgodne z praktyką, nie odpowiada na istotę problemu: czy prezydent wykorzystuje odznaczenia jako narzędzie politycznej presji? Czy decyzje o ich przyznawaniu są przejrzyste? A przede wszystkim: czy Pałac nie stał się miejscem, w którym procedury są używane jako tarcza przeciwko niewygodnym pytaniom?
Słowa Sikorskiego, choć ostre, dotykają sedna. Nie chodzi wyłącznie o formalne kompetencje zapisane w rozdziale 5 konstytucji. Chodzi o faktyczny sposób wykonywania mandatu: o kierunek polityczny, jaki reprezentuje głowa państwa, i o konsekwencje tej polityki dla bezpieczeństwa Polski i jej pozycji w Europie. jeżeli prezydent — świadomie lub nie — staje się narzędziem eurosceptycznej narracji, minister spraw zagranicznych ma obowiązek to nazwać.
Właśnie dlatego w tym sporze to Sikorski zachowuje się jak polityk odpowiedzialny. Nie unika trudnych słów, bo wie, iż w polityce zagranicznej unikanie konfliktu za wszelką cenę bywa drogą do katastrofy. Jego apel — by nie budować w Polsce atmosfery dystansu wobec Unii — jest nie tylko merytoryczny, ale przede wszystkim realistyczny. Wie, iż w świecie rosnącej niepewności strategicznej sojusze są ważniejsze niż kiedykolwiek.
Tymczasem reakcja Pałacu, pełna emocji, ale pozbawiona treści, jest symbolem czegoś znacznie większego: coraz bardziej nerwowego stylu, w jakim prezydent Nawrocki i jego ludzie odpowiadają na krytykę. Gdy rzecznik krzyczy, a nie tłumaczy, to znak, iż zabrakło argumentów.

1 godzina temu














