Jakaż to była piękna katastrofa! Do pełni szczęścia krakowianom zabrakło naprawdę niewiele, żeby odwołać również Radę Miasta, ale pan Aleksander Miszalski, który lubił występować z ośmioma gwiazdkami na czole, poniósł sromotną klęskę. I najzabawniejsze jest to, iż sam sobie na nią zapracował. Nie tylko tym, jak wyglądała jego prezydentura, bo wszyscy wiemy – obsadzanie spółek skarbu państwa swoimi bliskimi i przyjaciółmi i strefy czystego powietrza w Krakowie, usuwanie parkingów, zwężanie dróg, tak żeby absolutnie nikt nie mógł tam autem przejechać. Czyli to samo, co robi Rafał Trzaskowski w Warszawie, ale szczerze pisząc wątpię, żeby w stolicy fajnopolactwa ludzie odwrócili się od takiego fajnego prezydenta. Wracając jednak do Krakowa – choćby Demagog, którego parę razy złapałam na przekazywaniu nieprawdziwych treści na korzyść rządu, ogłosił, iż na 33 złożone przedwyborcze obietnice Miszalski zrealizował aż… zero, czyli pozostało skuteczniejszy niż nasz rząd – przynajmniej jeżeli chodzi o panującą domenę: „cóż szkodzi obiecać?”.
Błąd taktyczny Miszalskiego
Nie, mnie najbardziej rozbawiło, iż Miszalski wprost nawoływał swoich wyborców do nie pójścia na referendum. Szczery demokrata wystąpił przeciwko demokratycznie zebranym podpisom i demokratycznie zorganizowanym referendum, bo sobie wykalkulował, iż jak będzie nieważne, to na pewno nie spadnie. Apelował o to coraz goręcej – im bliżej daty wyborów, tym bardziej rozpaczliwie. Czekałam tylko aż dosłownie będzie błagać ludzi, żeby zostali, psia-jego-mać, w domu. A iż wyborcy KO są bardzo posłuszni swojej władzy, to zostali w domach i nie zagłosowali. Skończyło się oklepem 97,9% do 2,1%. Miszalski musiał chyba wiedzieć, iż w polskim prawie wystarczy tylko 3/5 osób, które brały udział w wyborach, nie trzeba 50% wyborców posiadających prawo do głosowania. Zniechęcanie ludzi do wzięcia udziału w referendum ma sens przy tej drugiej sytuacji (i Koalicji udało się to osiągnąć podczas ostatnich wyborów parlamentarnych), ale tutaj wystarczyło niespełna 30% przy olbrzymiej determinacji wkurzonych ludzi. To się musiało wykoleić. Przed referendum sprawdzałam sobie specjalnie komentarze pod różnymi krakowskimi stronami i mobilizacja, żeby iść na te wybory była naprawdę olbrzymia. Oczywiście, sondażu się na tej podstawie nie zrobi, ale przewaga głosów, żeby pójść na to referendum, była olbrzymia. Równie duża była w różnych „przedreferendalnych” sondach ulicznych, gdzie ludzie w znakomitej większości zapowiadali, iż pójdą zagłosować i dokładnie wyjaśnili czemu tak, a nie inaczej. Może mam wśród Obserwujących krakowian, którzy opowiedzieliby dokładniej, jak tam wyglądały nastroje przed niedzielą?
Spóźniona aktywność
Bawiło mnie również to, jaki Miszalski zrobił się nagle aktywny w mediach. Jak nagle zaczęło mu zależeć, jak bardzo zaczął się starać. Pochwalił się więc wyburzeniem budynku na ulicy Reduta, który był samowolką budowlaną. I znowu – szybki rzut oka na komentarze i okazało się, iż ludzie apelowali o to od dawna, a prezydent łaskawie zajął się tematem, kiedy już wiadomo było, iż została zebrana odpowiednia liczba głosów, żeby zrobić referendum za jego odwołaniem. Podobnie było z pijanym dorożkarzem, który bił konia podczas targów końskich, zdaje się? Facet ledwo stał na nogach i podchodził do koni od tyłu, co choćby ja wiem, iż nie powinno się tego robić, chociaż ja umiem na konia wleźć i z niego nie spaść, pod warunkiem, iż jest spokojny. I doczekał się kopa w łeb. Dobrze, iż koń w swojej łaskawości nie zdecydował się przypierdzielić mocniej, bo facet by już pewnie nie wstał. W każdym razie dorożkarz, który nie wiedział, iż do konia nie należy podchodzić od zadniej strony został zwolniony (i bardzo dobrze!), czym Miszalski zdążył się pochwalić, ale znowu – dlaczego ta decyzja nastąpiła dopiero po zatwierdzeniu referendum? Bo znowu przewertowałam sobie komentarze na różnych stronach i okazało się, iż podobne problemy były zgłaszane już wielokrotnie. I tutaj już nie chodzi o jednego tępaka, który dostał w głowę. Chodzi o to, iż koń jest zwierzęciem z natury płochliwym, ale jednocześnie silnym. Jakby któryś z koni się tam mocniej wkurzył, to mógłby coś zrobić przypadkowym osobom, które po prostu przyszły pooglądać koniki. Wtedy jednak nie było odzewu. Od razu jednak zadam kolejne pytanie obserwującym mnie krakowianom, jak to wyglądało w sprawie tej samowolki budowlanej i targów konnych, bo w Krakowie nie mieszkam. Dobrze byłoby znać Wasze opinie.
Pełna mobilizacja służb
O wpierdzieleniu się do mieszkania Karola Nawrockiego pod jego nieobecność, bo ktoś tam zadzwonił, iż jest pożar, już nie chce mi się rozpisywać. Ja mam świadomość, iż służby muszą reagować na każde zgłoszenie, ale czy naprawdę nie da się stwierdzić po dotarciu na miejsce, czy mieszkanie się fajczy, czy nie fajczy? I zadać sobie pytanie, jakim cudem ktoś obcy mógł tam dostrzec ogień, skoro służby musiały wyłamywać drzwi, żeby się przekonać, iż go tam nie było? Oraz czy osoby popierające te akcje naprawdę chcieliby, żeby policja wyłamała im drzwi do mieszkania i powywalała wszystko do góry nogami pod ich nieobecność, bo na przykład mają głupiego i złośliwego sąsiada? Głupi i złośliwy ludzie wcale nie są jakąś niespotykaną rzadkością. I jakim cudem takie akcje się powtarzają, skoro widać, iż dotyka to tylko jednej strony politycznego sporu? Że to zamierzona próba destabilizacja państwa i jego służb, a nie jakiś zwykły śmieszek? A jeżeli to zwykły śmieszek, to jakim cudem służby nie potrafią sobie z nim poradzić? Bo jakimś cudem potrafiły sobie poradzić bardzo dobrze podczas akcji Łatwoganga.
Kolejna akcja Łatwoganga
I może na nim zakończę, bo warto zakończyć czymś pozytywnym. Przyznam szczerze, iż jego pierwszej akcji nie oglądałam, włączyłam dopiero na koniec i wpłaciłam swoją cegiełkę. Tym razem przysiadłam na trochę dłużej i chłopak skradł moją sympatię, bo to naprawdę otwarty i lubiący ludzi człowiek. Wątpię, czy ktoś umiałby tak grać po paruset kilometrach jazdy na rowerze, a on za każdym razem jak ktoś go pozdrawiał, odpowiadał. Akcja znowu się udała, serdeczne gratulacje, ale tutaj mam jednak jedno „ale”. Tam momentami było bardzo łatwo o wypadek. Z jednej strony ludzie okazali mu olbrzymią pomoc, bo bardzo gwałtownie dołączyli do niego kolarze, którzy pomagali mu przejechać niemal całą trasę; z drugiej wielu z ludzi zachowywało się nieodpowiedzialnie. I o ile można zrozumieć dzieci, o tyle często dorośli mieli w tym swój udział. Myślę, iż sam Łatwogang nie docenił skali swojej popularności i nie spodziewał się takich tłumów na ulicach. I dlatego następnym razem mógłby się do takiej akcji przygotować lepiej i poprosić jednak służby o pomoc. Oraz robić może sobie te wyzwania mniej mordercze, bo to było niebezpieczne również dla niego. Szkoda by było, żeby się zajechał. Akcja jednak wciąż jest otwarta, więc niżej podam linki do zbiórek na Wojtka chorego na DMD. Ewentualna nadwyżka ma być przeznaczona na kolejne chore dziecko. Zbiórki mają być otwarte jeszcze przez 7 dni.
M.

18 godzin temu












